4 godziny z workiem na głowie. Dziennikarka porwana przez "talibów"

Karolina Jamróg
Podczas porwania z workiem na głowie spędziłam ponad 4 godziny.
Podczas porwania z workiem na głowie spędziłam ponad 4 godziny. Kamila Kreis-Tomczak, Centrum Przygotowań do Misji
Gdy lufa kałasznikowa ląduje przy mojej skroni, myślę sobie: żarty się skończyły! A po chwili refleksja: nie bój się, przecież to tylko szkolenie dla korespondentów wojennych.

Zostałam porwana 28 czerwca. Był piątek, dochodziła godzina 8 rano. Właśnie wyjechaliśmy na patrol. Padły strzały i się zaczęło...

Piątek był piątym i ostatnim dniem szkolenia, jakie musieli przejść kandydaci na korespondentów wojennych. Piętnastu dziennikarzy z całego kraju szkoliło się na Bukówce, w Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach.

Ten kurs muszą zaliczyć wszyscy dziennikarze, którzy chcą wyjechać do krajów, w których stacjonują polscy żołnierze. Większość reporterów chce odwiedzić Afganistan. W momencie, gdy piszę ten tekst, pierwsi dziennikarze przygotowują się właśnie do wyjazdu. W Ghazni pojawią się 22 lipca.

Alarm: Jezu, tylko nie teraz

Podczas kursu dowiadujemy się, że dla żołnierzy jesteśmy tak zwanym pax-em, przesyłką, na którą muszą szczególnie uważać. Uczymy się, w jaki sposób poruszać się na patrolu, jak zachować się podczas ostrzału. Jak nie utrudniać pracy żołnierzom, nie narażać ich i siebie na niebezpieczeństwo.

Punktualnie o 5.30 budzi nas ryk alarmu. Na czas kursu naszym domem są specjalne kontenery. 20-kilogramowe kamizelki kuloodporne leżą już przygotowane na tę okazję. Obok nich kewlarowe hełmy.

Sygnał syreny to znak, że w ciągu kilku sekund na bazę spadną pociski moździerzowe. I dokładnie tyle czasu mamy, by dobiec do schronu. W kamizelkach i w hełmach rzecz jasna. Obłożony workami z piaskiem betonowy schron znajduje się za kontenerami.

Razem ze współlokatorką, dziennikarką z portalu Money.pl, wyskakujemy z łóżek. Spodziewając się alarmu, spałyśmy w ubraniach. Narzucam kamizelkę, hełm ubieram już w drodze. Plac jest zadymiony. Wszędzie słychać huk wybuchających petard. Udaje się, wpadamy do schronu!

- Zdarza się, że syrena zaskoczy was w toalecie, albo pod prysznicem. Czasem żołnierze przybiegają do schronu odziani tylko w ręcznik. Panie również. Nikogo to w bazie nie dziwi - wyjaśnia kpt. Robert Rząca, dyrektor naszego szkolenia.

Po kilku minutach alarm jest odwołany, wracamy do kontenerów. Teraz wiem, że już nie zasnę. Nie mija nawet minuta i znów syrena. Kamizelka, hełm i w nogi. Trzeci alarm zaskakuje mnie w toalecie. - Jezu, tylko nie teraz!

Kamizelkę i hełm ubieram już w schronie. Dochodzi 7 rano. Jestem totalnie zmęczona, a dzień dopiero się zaczyna.

Worek na głowę, kajdanki na rękach

Przed godziną 8 wsiadamy do trzech hummerów i ruszamy na patrol. Obok mnie siedzi Bartek, fotoreporter z Polska The Times. Po kilkunastu minutach rozlegają się strzały.

- Na dół! Głowy w dół! - krzyczy dowódca patrolu. Nie musi dwa razy powtarzać. Leżę skulona. Głowę osłaniam rękoma. W naszym kierunku idą rebelianci. Kominiarki na głowach, w rękach kałasznikowy. Najpierw wywlekają z pojazdu mojego kolegę. Wracają. Teraz moja kolej!

- Biegiem! Szybko! - pogania mnie porywacz. Przebiegamy kilkanaście metrów. Rzucają mnie na ziemię. - Nie odwracać się! Nie rozmawiać! Jeden ruch i nie żyjecie! - wrzeszczą nad głowami.

Mamy oddać kamizelki, hełmy, aparaty i dyktafony. Jeden z rebeliantów zakłada mi płócienny worek na głowę, w tym czasie drugi krępuje ręce kajdankami. Nie mogę złapać oddechu.

Ktoś mnie szarpie, wstaję, znów rozkazują biec, znów nie mogę oddychać. Boję się, że zaraz upadnę.

- Podnieś nogę! I wchodź! Szybko!
Wrzucają mnie do samochodu. Jest cholernie niewygodnie, bo chyba na kimś leżę. Ręce mam skrępowane z tyłu, drętwieją mi dłonie.

- Ahmed! Jest sześć! Mamy full - słyszę. Na wykładach instruktorzy nieraz przypominali, żeby zwracać uwagę na każdy szczegół. No dobrze. W pojeździe jest nas szóstka. Jeden z porywaczy ma na imię Ahmed. Nosi czarne, wojskowe buty. To na tyle szczegółów. Raczej niewiele.

Wyobraźnia podpowiada scenariusze

Ruszamy. Drzwi samochodu są otwarte. Tuż obok mnie siedzi jeden z porywaczy. Za każdym razem kiedy samochód skręca, boję się, że wypadnę. Jasna cholera, mógłby mnie przytrzymać. Próbuję liczyć, w jakim kierunku i ile razy skręcamy. Mylę się, ale udaje się to mojemu koledze z Polska The Times.

Zatrzymujemy się trzy razy. Chyba porywacze komuś nas pokazują. Po kwadransie wysiadka. Wchodzę do jakiegoś pomieszczenia w budynku (bo potykam się o próg). Sadzają mnie na stołku, zdejmują worek z głowy. - Nie jesteś ranna? - pyta talib. - W porządku - odpowiadam.

Jeśli jesteś ranny, powiedz to. Dla porywaczy jesteś kartą przetargową, za którą będą chcieli dostać okup. Nie jest im na rękę twoja śmierć. Przynajmniej na początku - przypominam sobie słowa instruktorów.

Worek znów ląduje na mojej głowie. Siedzę niedaleko wyjścia, bo dokładnie słyszę przechodzących obok porywaczy. Wprowadzają kolejnych dziennikarzy.

Jeden z talibów łapie mnie za ręce i wyprowadza z budynku. Każe usiąść. Kładzie mi na nogach jakiś przedmiot. Wyobraźnia podpowiada - ładunek wybuchowy! Ktoś zdejmuje worek. Wtedy widzę, co położyli mi na udach. Lalka. Najbrzydsza lalka, jaką kiedykolwiek widziałam.

- Afgańczycy są biedni. Nie stać ich na porzucenie czegokolwiek. Kawałek tkaniny, sznurka, zabawka. Jeśli cokolwiek takiego zobaczycie podczas patrolu, natychmiast poinformujecie żołnierzy. To najpewniej ładunek wybuchowy - przestrzegali nas wielokrotnie żołnierze. Mój oprawca zabiera lalkę. Mam wrażenie, że stoi za mną i obserwuje, co robię.

Staram się nie ruszać. Nie prowokować. Mijają minuty. Ciągle siedzę w jednej pozycji. Niewygodnie. Ile czasu minęło od porwania? Pół godziny, może trochę dłużej. Tracę rachubę. Musieli mnie zostawić niedaleko budynku, bo słyszę, że przesłuchują moją koleżankę. Porywacze mówią po angielsku.

Nagle wyczuwam jakiś ruch. Instruktorzy mieli rację. Nic nie widzę, ale inne zmysły się wyostrzyły. Każdy najmniejszy szelest zwraca uwagę. - Teraz ty - warczy porywacz.

Twoja sytuacja nie jest zabawna

Siedzę naprzeciwko przywódcy talibów. Dobrze zbudowany. Na głowie kominiarka, granatowa bluza z białymi paskami. Dzieli nas stół. Na nim zdjęcia dwóch mężczyzn i kobiety. I jakiś dokument.

- Jak masz na imię? - pyta spokojnie. Nie podnosi głosu.
- Karolina.
- Witaj, Karolina - mówię. Teraz nie mogę się powstrzymać, uśmiecham się. Sytuacja jest absurdalna.

- Uważasz, że twoja sytuacja jest zabawna - przywódca talibów przestaje być miły. - Absolutnie nie - zaprzeczam.

- Po co przyjechałaś do mojego kraju, kto jest dowódcą żołnierzy, ilu ich mieszka w bazie? - padają kolejne pytania.

- Jestem dziennikarzem. Chcę napisać artykuł o ludziach w Afganistanie. Nie wiem, kto dowodzi, nie wiem, ilu ich jest - odpowiadałam jednym tchem.

- Kto jest twoim dowódcą? - dopytuje rebeliant.
- Nie mam.

- Każdy ma jakiegoś dowódcę. Nawet ja. Moim dowódcą jest Allach - słyszę, że schodzimy na bardzo niebezpieczny temat.

- Przeczytaj to i podpisz - podsuwa mi jakiś dokument. Coś o Allachu. O jego dobroci i miłości.

Instruktorzy przekonywali nas, żeby nie starać się przypodobać porywaczom. To ich rozwścieczy. Najlepiej powiedzieć, że jest się niewierzącym.

- Nie podpiszę, nie mogę. Jestem niewierząca - tłumaczę. Dowódca zmienia temat. - Jesteś głodna? - zaskakuje mnie. - Spróbuj. To dobre - przekonuje. Jego żołnierz podsuwa mi pod nos kawałek konserwy. Najpierw odmawiam.

- Jeśli częstują cię jedzeniem, nie odmawiaj. Po pierwsze - możesz ich obrazić. Po drugie - nie wiadomo kiedy znów dostaniesz coś do jedzenia - tłumaczyli nam żołnierze.

Pochłaniam kawałek konserwy. Pierwsza klasa. Przesłuchanie dobiega końca. Worek na głowę i wychodzimy. Potem przez długie minuty albo stoję albo klęczę. Nam głową słyszę strzały. To już nie robi na mnie większego wrażenia. Zaczynałam czuć zmęczenie.

Podpisz, albo ją zabiję

- Dobrze się czujesz? - pyta jeden z talibów. - Popatrz na mnie - ściąga mi worek z głowy. - No popatrz na mnie. W moje oczy.

Choć wbijano nam do głów, żeby nie patrzeć porywaczom w oczy, łamię się. Mój porywacz ma najpiękniejsze błękitne oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Wydaje mi się sympatyczny.

Znów trafiam na przesłuchanie. Znów te same pytania. Znów daję takie same odpowiedzi. Znów odmawiam podpisu pod tekstem wychwalającym Allaha. Chyba zaczynam porywacza wkurzać.

Inny talib przyprowadza do budynku operatora TVP Kielce. Sadza go obok mnie. On też nie chce się podpisać. Jeden z talibów przykłada mi broń do głowy. - Podpisz się, albo ją zabiję - krzyczy do mojego kolegi. Krzysiek sięga po długopis.

W końcu nasi!

Znów jestem przed budynkiem. Słyszę szepty. Nagle robi się nerwowo. Jadą nasi? Taką przynajmniej mam nadzieję.

- Na kolana! - krzyczy talib i rzuca mną na ziemię. Robi się naprawdę głośno. - Wojsko polskie! - słyszę.

Rozlega się kanonada. Podbiegają żołnierze. Z kajdankami na rękach i z workami na głowach wrzucają nas do samochodu. Akcja odbicia zakładników ma być błyskawiczna - przypominam sobie.

Jeśli wcześniej miałam nadzieję, że zdejmą nam chociaż te cholerne worki, to się grubo myliłam. Odjeżdżamy.

- Nie rozmawiać! - wrzeszczy jeden z żołnierzy. - Traktują nas w tym aucie dokładnie tak jak tamci - myślę sobie.

Docieramy do bazy. Żołnierze ustawiają nas w rzędzie, na klęczkach. Zaczyna się weryfikacja. - Imię, nazwisko, numer pesel. Odpowiadaj - zwraca się do mnie żołnierz. Dane się zgadzają. Dopiero kiedy reszta dziennikarzy potwierdza moją tożsamość, rozkuwają kajdanki i zdejmują worek.

- Zdarzało się, że podczas odbicia porywacz sam wkładał sobie na głowę worek i udawał ofiarę. Jeśli miał przy sobie broń albo ładunek wybuchowy to nietrudno się domyślić, co się działo potem - wyjaśniają nam żołnierze.

Tym razem nie ma wśród nas żadnego obcego. Jestem wolna.

***
Podziękowania dla żołnierzy z Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach, bez których nie powstałby ten tekst.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie