Aleśmy ołowiu natłukli

Norbert Ziętal
Kanonada trwa kilkanaście minut.
Kanonada trwa kilkanaście minut. NORBERT ZIĘTAL
Jak sobie postrzelasz, zapominasz o całotygodniowym stresie - mówią podkarpaccy pasjonaci wiatrówek.

Na pierwszy ogień idą zapałki. Huk ogromny. Potem plastikowe zakrętki od butelek. Wreszcie ostała się tylko puszka po piwie. Ambitniejsi celują w sznurek, na którym wisi puszka. Po kilkunastu minutach nie ma już do czego strzelać.

Zjeżdżają się co dwa tygodnie. Są z Przemyśla, Sanoka, Krosna, Lubaczowa, Łańcuta i Rzeszowa. W sumie 30 osób. Nauczyciele, ekonomiści, urzędnicy. Ale najwięcej informatyków. Poznali się przez forum internetowe www.airbar.pl.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Nie można przyjść, ot tak sobie, i popatrzeć na strzelających. A już o plątaniu się w pobliżu nie ma mowy.

- Bezpieczeństwo przede wszystkim. Dlatego wprowadziliśmy żelazne reguły - tłumaczy Marek Niedźwiecki, informatyk z Przemyśla, który pasjonuje się strzelaniem od pięciu lat.

Najlepiej więc się nie ruszać. Jeżeli już musisz przejść, to z tyłu strzelających. Ale i tego strzelcy nie lubią, bo rozpraszasz ich uwagę. A do dobrego strzału konieczna jest koncentracja.

- Zdarza się, że musisz przejść przed szeregiem strzelających. Wtedy najpierw należy to głośno zasygnalizować, a potem upewnić się, czy wszyscy podnieśli wiatrówki do góry - poucza pan Marek.

Tani sprzęt jest niebezpieczny

Żaden strzelec nie chce mówić o tym, ile wydaje na wiatrówki, śruty i materiały eksploatacyjne. Tłumaczą tylko, że nie interesują ich chińskie wiatrówki za 100 czy 200 złotych. Wolą brytyjskie, niemieckie lub czeskie. Bo solidniejsze i bezpieczniejsze.

- Odradzam kupowanie najtańszego sprzętu - ostrzega pan Ryszard. - Nie tylko dlatego, że łatwiej wtedy zrobić komuś krzywdę, bo to można nawet bardzo dobrym karabinem. Tanie wiatrówki są niebezpieczne przede wszystkim dla strzelającego. Mają gorsze zabezpieczenia. Sprężyna może z łatwością rozgnieść lub obciąć palce. Były już takie przypadki.

Zrobią wszystko, aby trafiać idealnie

- Co fajnego jest w strzelaniu? - dziwi się tak postawionemu pytaniu Daniel. -Przede wszystkim... strzelanie. No i treningi, bo oprócz predyspozycji, konieczna jest systematyczna praca. To także sposób na odstresowanie po całym tygodniu pracy. I okazja do spotkania w przyjacielskim gronie.

Daniel opowiada, że aby lepiej strzelać, kupują coraz to lepsze sprzęty, lunety. Niektórzy nawet przerabiają wiatrówki. Oczywiście, w zakresie dozwolonym przez prawo. Można doskonalić wylot z lufy, łoże, chwyt. Okresowo karabin należy czyścić i smarować. Sporo pracy można włożyć w kolbę. Najefektowniejsze są drewniane. Niemalowane, lecz woskowane. Strzelcy mówią, że ta robota, to przyjemność, a nie obowiązek.

Ostatnio spotykają się w klubie jednej z przemyskich firm. Świetlica świeci pustkami, więc szefostwo firmy pozwoliło strzelcom trenować.

Przyjeżdżają nie tylko panowie. Urszula Małochleb przyszła ze swoim chłopakiem Damianem Nanowskim. Niby tylko, aby mu towarzyszyć, jednak sama również trzyma w rękach karabin.

Propagujemy kulturę strzelania

- Spotkanie w świetlicy to konieczność ze względu na porę roku. Wolimy strzelanie na powietrzu, w bezpiecznym terenie. No, ale teraz jest za ciemno, no i zimno - tłumaczy Jarosław Woliński.

Na wiosnę i w lecie spotykają się częściej. Niektórzy przyznają, że zaraz po pracy jadą w teren. Ale proszą, aby nie podawać nazwisk, ani nawet imion. Wiadomo... żony byłoby niepocieszone, że mąż zamiast natychmiast wrócić po pracy do domu, to się gdzieś szwęda.

Do tarcz strzelają rzadko. Preferują field target, czyli strzelectwo terenowe. Np. do blaszanych figurek zwierząt. Albo do pustych puszek po napojach, kapsli od butelek a nawet zapałek.

- Propagujemy kulturę strzelania. Przede wszystkim bezpieczeństwo. Dlatego, jeżeli ktoś nas na forum zapyta, jaka wiatrówka najlepsza jest na ptaki, to wyjaśniamy mu, że do ptaków z wiatrówki nie wolno strzelać i proponujemy nasz sposób - twierdzi Zdzisław Zając.

Wstrzymaj oddech i strzelaj

Odległość od tarczy 25 metrów. Na podeście szpaler strzelców. Każdy trzyma karabin z lunetą. Najbardziej zapobiegliwi przynieśli stołeczki. Inni podpierają ręce na drewnianych schodkach - karabinki są dość ciężkie. Wszyscy zazdroszczą panu Markowi, bo wytrenował sobie własną, doskonałą pozycję. Siedzi na wędkarskim stołeczku, a obie ręce ma na kolanach. Dzięki temu ma doskonałe oparcie. Nie drżą mu ręce. Nikt tego, jak na razie, nie potrafi powtórzyć.

- Najpierw trzeba wciągnąć powietrze w płuca. Potem jedną trzecią wypuścić, przytrzymać wydech, wycelować i strzelić - wyjaśnia pan Marek.

Po paru takich próbach trzeba wziąć kilka głębszych haustów powietrza.

Aleśmy ołowiu natłukli

Na pierwszy ogień idą zapałki. Potem plastikowe zakrętki od butelek. Po kilku minutach ostała się tylko puszka po piwie. Celować do niej to żaden wysiłek, bo jest duża. Dlatego co ambitniejsi celują w sznurek, na którym wisi puszka. Fajnie jest szczególnie jak dynda, po poprzednim strzale. Po kilkunastu minutach nie ma już do czego strzelać.

Karabiny w górę, kilka osób idzie ustawiać nowe przedmioty do celowania.
- Aleśmy ołowiu natłukli - pan Zdzisław ogląda szczątki śrutów.

Strzelcy zastrzegają, że puszka po piwie to cel przypadkowy. Bo, owszem, na swoich spotkaniach lubią pojeść (pizza!). Ale o alkoholu nie ma mowy. Bo strzelec pijany to żaden strzelec.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie