Alpejski sukces Marcina Piecucha

Tomasz Ryzner
Marcin Piecuch wypił  w czasie maratonu w Austrii trasie około 15 litrów płynów.
Marcin Piecuch wypił w czasie maratonu w Austrii trasie około 15 litrów płynów. archiwum
Udostępnij:
Marcin Piecuch (SZiK Martombike Eska Team) w austriackim Bad Goisern zajął 3 miejsce (kat. 19-29 lat) na najdłuższym dystansie 211,3 km w najsłynniejszym europejskim jednodniowym maratonie - Salzkammergut.

Rzeszowianin uzyskał czas 11 godzin 13 minut i 4 sekund. Zwyciężył Austriak Krenn Wolfgang, drugi był Niemiec Ziegler Markus.
Od 1998 roku, w połowie lipca zjeżdżają do Salzkammergut tysiące kolarzy górskich, by zmierzyć się z wymagającą alpejską trasą. W tym roku organizator przygotował 6 dystansów, na których w sumie wystartowało prawie 4500 kolarzy z 37 państw świata. Jednak to ten najdłuższy, liczący 211,3 km oraz 7049 m w pionie przyprawia nawet doświadczonych zawodników o ciarki na plecach. Kolarz SZiK Martombike Eska Team jako pierwszy w historii wyścigu ukończył rywalizację w dziesiątce, zdobywając 3 miejsce w swojej kategorii, a 9 open.

- Zdecydowanie był to dla mnie najważniejszy i najtrudniejszy jednodniowy wyścig w sezonie i całej dotychczasowej karierze - podkreśla nasz kolarz. - Maraton wliczany był do europejskiego cyklu MarathonMan Europe, który jest dla mnie priorytetem w sezonie. Po trzech edycjach zajmowałem 1 miejsce. Bardzo chciałbym utrzymać się chociaż na podium, chodź wiem, że będzie ciężko. Do klasyfikacji generalnej wliczane sa trzy z pięciu wyścigów. Wybrałem dystans 211 kilometrów, bo można było dostać jeszcze więcej punktów, a zaplanowane przygotowania od grudnia zrealizowałem w stu procentach Przejechałem 11 000 kilometrów.
- W Austrii byłem trzy dni przed wyścigiem - mówi rzeszowianin. - Poznawałem kluczowe odcinki trasy. Poznawałem kluczowe momenty trasy i razem z dwójką znajomych oglądałem miejsca, w których dostarczali mi póniej picie i jedzenie podczas wyścigu. Punktów takich wyznaczyliśmy kilkanaście, by ciężar, jaki musiałem wieźć, był jak najmniejszy. Pomimo deszczu w czwartek i piątek pokonywałem trudniejsze odcinki trasy. Spotykałem mnóstwo kolarzy, którzy również chcieli jak najlepiej przygotować się do rywalizacji. Starałem się również odpoczywać i przyzwyczajać do wczesnej pobudki, ponieważ start miał być skoro świt!

- W sobotę o 5 rano ruszyliśmy z Bad Goisern - wspomina Marcin. - Pomimo tego, że jeszcze była noc na starcie zjawiło się bardzo dużo kibiców, którzy towarzyszyli nam również na trasie. Tempo było spokojniejsze od tego na normalnych wyścigach, każdy rozsądnie oceniał swe siły. Szybko na czele uformowała się grupka prawie 20 kolarzy. Pierwszy podjazd liczył 12 kilometrów i prawie 1000 metrów w pionie. Na szczycie byłem po godzinie, jadąc ze znajomym Czechem na 11 pozycji. Już na pierwszym zjeździe kilka osób z czołówki przebiło opony. Ja starałem się jechać rozważnie. Na 21 kilometrze już po raz drugi Arek podał mi bidon. Do końca wyścigu nie wystarczyło przygotowane 12 bidonów, ostatecznie wypiłem ponad 15 litrów specjalnego napoju Power Drink. Nie doliczyliśmy się ilości zjedzonych batoników i specjalnych fiolek magnezu zapobiegających skurczom. Na szczęście, dzięki takiej obsłudze nie miałem większego załamania i równo jechałem do przodu. Nie zawiódł mnie również mój Cannondale Flash.
- Przejazdy tunelami i specjalnie wykutymi półkami skalnymi dostarczyły niezapomnianych wrażeń. Kilkunastokilometrowe zjazdy nie pozwalały odpocząć zmęczonym mięśniom. Śliskie kamienie i korzenie wymagające ciągłej koncentracji z każdym kilometrem pokonywało się trudniej. Jednym z trudniejszych odcinków był 3,5 kilometrowy podjazd z ponad 500 metrami przewyższenia na około 150 kilometrze. Podjazd początkowo szutrowy, następnie prowadzący łąką w końcowej fazie był asfaltowy. Mimo to, był tak stromy, że kilka odcinków podbiegałem, a w zasadzie wspinałem się z rowerem na plecach. Palące słońce i blisko 10 godzin w siodełku spowodowało, że niejeden kolarz wycofał się na nim z wyścigu. Ostatecznie do mety nie dojechało 20 procent startujących - informuje Marcin.

- Wyścig ukończyłem z czasem 11 godzin 13 minut i 4 sekund, tracąc do zwycięzcy 47 minut. Ostatni sklasyfikowany zawodnik miał czas ponad 16 godzin gorszy Tłumy kibiców na mecie pomagały zapomnieć o zmęczeniu i cieszyć się z pokonania tak ciężkiej trasy. Po raz kolejny udało mi się dobrze pojechać tak ważny dla mnie maraton, a całe przygotowanie logistyczne, pomoc Arka i Piotrka na trasie zagrały w 100 procentach. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc sponsorów: SZiK - części samochodowe, Martombike, Radio Eska, Miasto Rzeszów, Resgraph, Greinplast, KU AZS PRz, 7Anna, CoolGym, CSTR, TPM. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, na szczegółową relację i galerię zdjęć zapraszam na www.marcinpiecuch.rzeszow.pl.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie