SPRAWDŹ
    POPULARNE

    Popularne w marcu

    Rozwiń
    SPRAWDŹ
    Zwiń

    Popularne w marcu

    • Psie piękności na wystawie w Jarosławiu [FOTO, WIDEO]
    • Wiosenne trendy "Styl, moda i uroda". Akcja w galerii w Przemyślu [FOTO]
    • 10 najpopularniejszych rzeszowskich osiedli. Tu przybywa mieszkańców

    Bóg się rodził, a oni umierali (III)

    Bóg się rodził, a oni umierali (III)

    Wojciech Malicki

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Mimo upływu czasu ludzie w Zrębinie nie chcą mówić o tej makabrycznej zbrodni.

    Mimo upływu czasu ludzie w Zrębinie nie chcą mówić o tej makabrycznej zbrodni. ©archiwum

    W noc wigilijną zakatowano w Zrębinie koło Połańca trzy osoby. Po 30 latach naoczni świadkowie zbrodni milczą. Albo mówią, że kiedyś kłamali, bo katowali ich milicjanci.
    Mimo upływu czasu ludzie w Zrębinie nie chcą mówić o tej makabrycznej zbrodni.

    Mimo upływu czasu ludzie w Zrębinie nie chcą mówić o tej makabrycznej zbrodni. ©archiwum

    Skazani na śmierć Jan Sojda i Józef Adaś prosili o łaskę. Łaski nie było. Pod koniec października 1982 roku obu powieszono w krakowskim więzieniu.

    Świadkowie twierdzili, że egzekucji towarzyszyły dziwne i dramatyczne okoliczności. Mieczysława Kulpińska, córka straconego Jana Sojdy opowiada zapłakana:

    - Gdy przyprowadzili tatusia z celi śmierci, padł na kolana przed szubienicą i tak powiedział: "Ginę niewinnie, a wy dalej szukajcie winnych". Wiem to od jednego z naszych adwokatów. To był obcy człowiek, ale jak to opowiadał, nie mógł powstrzymać łez.

    Mecenas Zbigniew Dyka, obrońca oskarżonych:

    - Nie było mnie podczas egzekucji Jana Sojdy, bo wyrok wykonano kilkadziesiąt minut przez zaplanowaną wcześniej godziną. To był skandal, bo dla skazanego liczy się każda sekunda życia. Napisałem wtedy skargę do ministra sprawiedliwości. Odpisał mi, że Zakład Karny w Krakowie nie ma doświadczania w wykonywaniu wyroków śmierci.

    Rozmówca X. (prosi o anonimowość): - Ksiądz, który tuż przez powieszeniem wyspowiadał Sojdę, wykonał w kierunku prokuratora gest, który wszyscy odebrali jednoznacznie - nikt nie skrzywdził niewinnego.

    Obrońca składa rewizję

    Egzekucja dwóch zabójców i prawomocne długoletnie wyroki więzienia nie zakończyły sprawy. W 1992 roku znów powróciła na łamy gazet i... wokandę sądową. Stało się to za sprawą mecenasa Dyki, obrońcy oskarżonych, który w rządzie Hanny Suchockiej został ministrem sprawiedliwości, prokuratorem generalnym. Skorzystał z przysługującego mu wówczas prawa i złożył tzw. rewizję nadzwyczajną do Sądu Najwyższego.

    Zażądał powtórzenia procesu. Powiało wówczas skandalem, bo nigdy wcześniej (ani potem) nie doszło do takiej sytuacji. Określenia dziennikarzy "prywata", "wykorzystywanie stanowiska do własnych celów" należały do najłagodniejszych.

    Nic bym nie zmienił

    Dziś mecenas Zbigniew Dyka przyznaje, że często wraca myślami do sprawy zrębińskiej. - Robiłem wszystko, żeby uratować te dwa życia, ale mi się nie udało. Proces tych ludzi był nieuczciwy i nie wyjaśnił wielu wątpliwości. Największą jego wadą było to, że łamano prawo świadków do swobody wypowiedzi... a sędzia dopuścił się manipulacji

    - W jaki sposób?

    - Powiedział do mnie: Wiadomo, że sprawa skończy się w Sądzie Najwyższym. Aby nie zniszczyć oryginałów akt, posługujmy się kopiami, a potem je zamienimy. Zgodziłem się. Okazało się, że oryginały zostały uzupełnione wpisami, których nie było na kopiach. Podniosłem ten zarzut w rewizji.

    W trakcie rozprawy Dyka przykazał oskarżonym, by nie odpowiadali na żadne pytania sądu. Czy dzisiaj, po latach, zmieniłby taktykę obrony?

    - Absolutnie nie.

    Starcie dawnych AK-owców

    Podczas rewizji nadzwyczajnej pełnomocnikiem Kulpińskiego, Sochy i rodzin obu straconych został jeden z najbardziej znanych i uznanych polskich adwokatów Władysław Siła-Nowicki. 80-letni wówczas mecenas już za życia był legendą: żołnierz AK, powstaniec warszawski, więzień stalinowski skazany w 1948 roku na karę śmierci, obrońca działaczy KOR i KPN w procesach politycznych, doradca Lecha Wałęsy, sędzia Trybunału Stanu.

    Siła-Nowicki bardzo zaangażował się w sprawę "zrębińską". W prasie katolickiej publikował artykuły, w których dowodził, że zbrodni nie było, a sąd skazał niewinnych ludzi. Do rzecznika praw obywatelskich pisał: - Wyrok jest hańbą polskiego wymiaru sprawiedliwości. Podczas procesu rewizyjnego przed Sądem Najwyższym sławny mecenas zagrał jeszcze ostrzej.

    Nieżyjącego już wtedy sędziego Marka Maciąga określał maniakiem i psychicznie chorym człowiekiem, a proces przed tarnobrzeskim sądem porównał do zbrodni sądu PRL, który skazał na śmierć generała AK Augusta Fieldorfa-Nila, czym obruszył mecenasa Rajmunda Aschenbrennera, pełnomocnika Kalitów, też... byłego żołnierza AK.

    Jaki był wyrok Sądu Najwyższego? Nowego procesu nie będzie, wyroki są sprawiedliwe!

    Świadkowie nie chcą mówić

    Minęło 30 lat od tamtej Wigilijnej Nocy. Wielu świadków umarło, ale wielu wciąż żyje. Do sprawy wracają niechętnie.

    - Daj pan spokój, po co o tym gadać. Siedziałem parę lat. Zapomniałem o wszystkim - mówi Edmund Portacha. Henryk Witek (dostał piętnaście lat, zmniejszono mu wyrok do pięciu) jest bardziej rozmowny:

    - Jak Boga kocham, nie było mnie tam. Wciąż żyją ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Bili mnie, to powiedziałem, co chcieli usłyszeć. Potem w sądzie odwołałem, ale nic to nie dało. Nie mam pojęcia, czy to było zabójstwo, czy wypadek. Mnie tam nie było...
    Maciej Wysocki za składanie fałszywych zeznań dostał osiem lat. Odsiedział 22 miesiące. Po krótkiej namowie godzi się porozmawiać, ale do domu nie zaprasza.

    - Na początku milicja traktowała ludzi jak należy, ale potem lali mnie jak cholera. Gdy złamali mi trzy żebra i rozbili nos, poszedłem do lekarza, żeby mi na to dał zwolnienie z pracy. Wtedy mnie zamknęli. Nie wytrzymałem bólu i podpisałem, co chcieli. Liczyłem, że w sądzie powiem prawdę, że nie było żadnego zabójstwa.
    Kto skasował autobus?

    Po 30 latach na wiele ważnych pytań wciąż nie ma odpowiedzi. Jedno z nich brzmi: - Kto kilka tygodni po tamtej Wigilii nakazał "skasować" sprawny autobus PKS, którym przewożono ofiary zbrodni, zanim zbadano w nim ślady?

    Nikt nie wie. Prokurator Franciszek przypuszcza tylko jakie było wytłumaczenie tej "kasacji":

    - Ktoś do kogoś trafił i ten ktoś postanowił utrudnić śledztwo...
    Stanisław Kulpiński również nie wie, kto nakazał zlikwidować autobus, ale swoją teorię ma. Odmienną niż prokurator:

    - Autobus był dowodem naszej niewinności. Nie było zbrodni, to nie mogło w nim być jej śladów. Kazali go zniszczyć ci, którzy nas w to zabójstwo wrobili...

    Co się stało z Leszkiem?

    Na 82 osoby, które - wedle śledczych -były świadkami mordu (były w autobusie) - 40 konsekwentnie zaprzeczało, że do zbrodni w ogóle doszło, 17 początkowo potwierdziło, że byli świadkami mordu, ale potem zmieniło zeznania i do końca sprawy konsekwentnie trwało przy swoim, 24 najpierw potwierdziło okoliczności mordu, potem zmieniło zeznania i temu zaprzeczyło, a na koniec - powróciło do swoich początkowych zeznań.

    40+17+24 = 81. Osiemdziesiątym drugim świadkiem był Leszek Brzdękiewicz. On jako jedyny od początku do końca zeznawał, że widział jak Adaś i Sojda mordowali Łukaszków i Krysię. Nieco ponad rok po Wigilii 1976 r. ciało Leszka znaleziono w rzeczce Czarnej. Oficjalna wersja - utonął, nieszczęśliwy wypadek.

    - Dostaliśmy informacje o osobach, które mogły pomóc Leszkowi utonąć. Jednak nie mieliśmy dowodów - mówi kapitan Janusz Ragan.

    Śledczy i sąd przyjęli, że motywem makabrycznej zbrodni było to, że rodzina Kalitów posądziła Helenę Adasiową, że podczas wesela Stanisława i Krysi wynosiła wędlinę - co Król Zrębina uznał za niebywałą zniewagę.

    Czy taka błahostka rzeczywiście mogła spowodować tak potworną zbrodnię? To chyba najważniejsze pytanie.

    - Wiem, że dla ludzi żyjących współcześnie, taki motyw wydaje się nieprawdopodobny. Ale jeśli uwzględnić specyfikę ówczesnej wsi, można zrozumieć, że był on wystarczający - tłumaczy prokurator Franciszek Bełczowski

    Chodzę z podniesioną głową

    Dla wdów po Sojdzie i Adasiu i rodziny Kulpińskich ta sprawa wciąż nie jest zakończona.

    - Zastanawiamy się, czy nie oddać jej do Trybunału w Strasburgu - mówi Anna, córka Kulpińskich, a jej ojciec dodaje: - Chodzę po wsi z podniesioną głową, bo ludzie wiedzą, że jestem niewinny. Wierzę, że cała prawda jeszcze ujrzy światło dzienne.

    Zdzisława Kalitowa przez te 30 lat nie zamieniła słowa z nikim z rodzin zabójców. Dotąd nie przyszedł żaden świadek zbrodni i nie powiedział - Przepraszam. Kalitowa to rozumie. Bo kiedyś się bali, potem czuli zobowiązanie za to że przysięgali i wzięli pieniądze. Dzisiaj, choć przestali się bać, chcą zapomnieć, bo się wstydzą, że wtedy milczeli.

    Czy wybaczyła oprawcom swoich dzieci?

    - Nigdy im nie wybaczę. Nawet, kiedy będą mi zasypywali oczy piachem...


    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (5)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (5) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo