SPRAWDŹ
    POPULARNE

    Popularne w marcu

    Rozwiń
    SPRAWDŹ
    Zwiń

    Popularne w marcu

    • Psie piękności na wystawie w Jarosławiu [FOTO, WIDEO]
    • Wiosenne trendy "Styl, moda i uroda". Akcja w galerii w Przemyślu [FOTO]
    • 10 najpopularniejszych rzeszowskich osiedli. Tu przybywa mieszkańców

    Bóg się rodził, a oni umierali

    Bóg się rodził, a oni umierali

    Wojciech Malicki

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Zdzisława Kalitowa od początku nie wierzyła, że jej dzieci zginęły w wypadku.

    Zdzisława Kalitowa od początku nie wierzyła, że jej dzieci zginęły w wypadku. ©WOJCIECH MALICKI

    Ta zbrodnia wymyka się wszelkim schematom. Opisano ją nawet książce "Procesy wszechczasów", obok procesu Chrystusa, Galileusza, Templariuszy...
    Zdzisława Kalitowa od początku nie wierzyła, że jej dzieci zginęły w wypadku.

    Zdzisława Kalitowa od początku nie wierzyła, że jej dzieci zginęły w wypadku. ©WOJCIECH MALICKI

    Stało się to w Noc Wigilijną. Podstępem wywołano z pasterki trzy osoby i zakatowano na śmierć. Świadkowie przysięgali własną krwią, że będą milczeć. Dziś mija trzydzieści lat od koszmarnej zbrodni w Zrębinie pod Połańcem. Czas jednak niewiele zdziałał...

    Próżno szukam Stanisława Strzępka po Zrębinie. W domu, czyli rozlatującej się drewnianej chacie z powybijanymi oknami, go nie ma. A sąsiad tylko macha ręką.

    - Panie, on tu śpi raz na miesiąc, albo rzadziej. A tak łazikuje. Z tym wypije, to z tamtym wypije. Nawet, jakby go pan spotkał, to sobie nie pogadacie. Stasiu rzadko bywa trzeźwy...

    Sprawdzam dalej. Od jednych znajomych już wyszedł, do drugich jeszcze nie doszedł.

    Gdyby nie Stach

    Wielka szkoda. Bo Stasiu to bardzo ważna postać w tej opowieści. Gdyby nie on, może nie nakręcono by paru filmów i reportaży, Roman Bratny nie napisałby swojej kolejnej powieści, a Wiesław Łuka nie wydałby kilku książek reporterskich. Może prawnicy zamiast o trudnym do wyobrażenia mordzie, mówiliby tylko o tragicznym wypadku drogowym. Może "Król Zrębina" wraz ze swoim szwagrem nie poszliby na szafot. Kawalarz wie, co mówi.

    Może. Ale wtedy 14-letni Stasiu Strzępek nie milczał. Dwa dni po Wigilijnej Nocy zakradł się pod dom Józefa Adasia i krzyczał co sił: - Mordercy! Tylu ludzi wymordowali!

    Janusz Ragan był młodym sierżantem, zatrudnionym w "kryminalnej" Komendy Wojewódzkiej MO w Tarnobrzegu, gdy przełożeni wysłali go do Zrębina.

    - Dochodzeniówka robiła swoje w śledztwie o wypadek drogowy, a ja miałem zasięgnąć języka, tak na wszelki wypadek - opowiada. - I dowiedziałem się, że Stasiu wykrzykiwał pod oknem Adasia. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak.

    Stasiu miał opinię urwisa i kawalarza, ale tym razem nie bujał. Opowiedział śledczym, co i kogo widział.

    Tak to się dla Ragana zaczęło. Poświęcił śledztwu przeszło rok życia i swoją pracę magisterską. To sprawa jego życia, może i chce o niej rozmawiać bez przerwy, podpierając się dokumentami i notatkami z prywatnego archiwum o nazwie "Zrębin".

    Biegły: zabił ich autobus

    [obrazek2] Na miejscu zbrodni kilka razy przeprowadzano wizje lokalne.Ekipa dochodzeniowo-śledcza MO, która przyjechała pod Zrębin nad ranem w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1976 roku, zastała taki widok: Kilkaset metrów przez zabudowaniami, w rowie stał dwoma kołami autobus san. Za nim leżały zwłoki obnażonej do pasa młodej kobiety. Po wypchnięciu sana z rowu milicjanci odnaleźli ciała młodego mężczyzny oraz kilkunastoletniego chłopca.

    Rozwikłaniem zagadki śmierci tych trojga zajęła się Prokuratura Rejonowa w Staszowie, która zleciła lekarzowi - biegłemu sądowemu - wykonanie sekcji zwłok. Doktor uznał, że 18-letnia Krystyna Łukaszek (wtedy w piątym miesiącu ciąży) jej mąż 21-letni Stanisław i 13-letni brat Miecio Kalita zginęli w wyniku potrącenia przez autobus.

    Śledztwo w sprawie tragicznego wypadku było o krok od umorzenia z powodu niewykrycia sprawcy (sprawców?). Kilka tygodni po tzw. wypadku ktoś wydał polecenie skasowania autobusu. Kto i dlaczego to zrobił, skoro san był nadal sprawny? To pytanie - po 30 latach - zadam wiele razy.

    To nie był wypadek!

    Zdzisława Kalitowa, matka zabitych Krysi i Miecia, mieszka nadal w tym samym domku co wtedy. Sama. Osiem lat temu zmarł jej mąż Wacław. W pokoju ich dzieci czas zatrzymał się w miejscu - te same meble, na ścianach duże zdjęcia Krystyny i Wiesława (ze ślubu) i Miecia (z legitymacji szkolnej). Pani Zdzisława już dawno nie płacze. O swoim losie opowiada sucho, rzeczowo, bez emocji.

    - Autobus mi córki nie rozebrał do naga. Od początku nie wierzyłam w żaden wypadek, a gdy ostro upominałam się o poszukiwanie zabójców, straszono mnie, że sama pójdę siedzieć...

    Sierżantowi Raganowi też "to" nie wyglądało na wypadek.

    - Do znudzenia oglądałem zdjęcia zrobione przed sekcją zwłok i bardzo się dziwiłem, że, według biegłego lekarza, śmierć spowodowało uderzenie autobusu...

    Pierwszy był Henryk

    Stasiu Strzępek pokrzyczał po oknem, ale szybko zamilkł. Zamilkła też cała wieś. O tym, co naprawdę wydarzyło się w wigilijną noc pod Zrębinem, jako pierwszy opowiedział do protokołu Henryk (prosił nas o niepodawanie nazwiska). Miał wtedy 24 lata, był kawalerem i nie bał się zemsty "Króla Zrębina".

    Wtedy tak zeznawał: - Na Pasterce byłem w Połańcu. W trakcie mszy wyszedłem z kościoła na rynek, na papierosa. Stamtąd poszedłem do stojącego pareset metrów dalej autobusu marki san. Wewnątrz było wiele osób, a za kierownicą siedział Józef Adaś.

    Po Henryku zeznawali także inni mieszkańcy Zrębina i sąsiedniej wioski - Wolicy. W marcu 1977 r. prokurator aresztował 34-letniego Adasia, z zawodu kierowcę staszowskiego PKS-u. Dostał zarzut śmiertelnego spowodowania wypadku drogowego. Nie przyznał się do winy.

    - Mnie tam nie było, bo zostałem w domu - tłumaczył. A jego żona to potwierdzała słowami: - Poczułam wtedy, co to znaczy mieć męża pod pierzyną.

    Nie, tak nie będzie!

    W przyszłym tygodniu, w następnym odcinku:

    * Co dzisiaj mówią członkowie rodzin sprawców, świadkowie zbrodni
    * Kulisy niezwykłego przewodu sądowego, stawianego jednym rzędzie z najgłośniejszymi procesami wszech czasów
    * Dramatyczne relacje z przebiegu egzekucji sprawców zabójstwa
    * O tajemniczej śmierci świadka, który jako jedyny nigdy nie odwołał swoich zeznań



    Wedle śledczych, oboje kłamali. Bo w autobusie byli wtedy i Adaś, i jego szwagier 48-letni Jan Sojda, zwany "Królem Jasiem", albo "Królem Zrębina". I to "król" odezwał się wówczas tak: Muszę z tą Kryśką zrobić porządek. Nie będzie tak, że jej matka nosi nas na pyskach, że moja siostra to złodziejka, bo kradła im z wesela wódkę i kiełbasę. Wywołajcie ją z kościoła i każcie iść do domu, że niby tam jej ojciec robi matce awanturę.

    Polecenie wykonała Zofia, siostra cioteczna Krysi. Po chwili Krystyna wraz z mężem Stanisławem i młodszym bratem Mieciem szybko ruszyli w kierunku Zrębina. Po drodze, kiedy mijali autobus, zapytali nawet Sojdę, czy mogą wsiąść i zabrać się do wsi. Odmówił. Po upływie kwadransa "król" nakazał szwagrowi ruszać.

    Przed nimi pojechał także fiatem 125 p Jerzy Socha, zięć Sojdy. Łukaszków i Miecia dogonili pół kilometra dalej.

    - Mamo, ratuj! - krzyczał potrącony przez fiata Miecio. W drzwiach autobusu stanął jednak Stanisław Kulpiński, drugi zięć Sojdy i groził śmiercią każdemu, kto spróbuje wyjść na zewnątrz.

    Nikt nie się nie odważył.

    Przysięgali na krew

    Adaś wyciągnął z autobusu ciężką, metalową łyżkę do kół i bił nią dotąd Stanisława Łukaszka, aż ten skonał. Krysia próbowała uciekać w pole, ale dopadł ją Sojda.

    - Zabiłeś mi mężą i brata! Chociaż mnie ocal - błagała ciężarna kobieta.

    "Król" był bezlitosny. Zakatował ją metalowym prętem. Po czym nakazał Sosze rozjechać fiatem jęczącego na jezdni Miecia. Zięć wykonał polecenie. Ciała zamordowanej trójki załadowali do autobusu i przewieźli w kierunku wsi. Kilkaset metrów przed pierwszymi zabudowaniami ułożyli je rowie i - aby upozorować wypadek - kilka razy rozjechali.

    W autobusie Sojda nakazał przysięgę. Agrafką nakłuwał palce kilkudziesięciu pasażerów, którzy własną krwią rysowali znak krzyża na kartce i przysięgali, że będą milczeć. Jeszcze tej samej nocy "król" rozdzielił pośród pasażerów autobusu kwotę 150 tys. zł. Dobra miesięczna pensja wynosiła wtedy 2,5 - 3 tys.

    To nieprawdopodobne!

    - Zbrodnia, która rzekomo miała się dokonać, nie tylko nie mieści się w znanych z historii polskiej kryminalistyki schematach, lecz również rozsadza swoim nieprawdopodobieństwem wszelkie konwencje literackie - tak mecenas Zbigniew Dyka, adwokat oskarżonych przekonywał sąd, że to, co ustalili śledczy, nie może być prawdą.


    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo