Cała wieś zarobi u Wajdy

Norbert Ziętal
Najpierw mówili, że będziemy grać tylko polskich oficerów, a potem niektórym kazali ubierać sowieckie mundury - narzekają statyści. KRZYSZTOF ŁOKAJ
Po kilku godzinach w deszczu statystom na planie filmowym wszystkiego się odechciewa. - Cały dzień pracy żeby nakręcić ledwo kilka minut filmu! - narzekają.

Jan Jabłoński z podlubaczowskich Folwarków przyszedł na casting we wrześniu. Wtedy z 300 ochotników połowa odpadła. Jemu się udało.

- Myślałem, że będę grać polskiego oficera, a tymczasem wręczają mi sowiecki mundur. A tymczasem mam przebrać się za enkawudzistę, co mordował Polaków! No... ale w końcu to tylko film. Przecież oprócz polskich oficerów muszą też być ich sowieccy strażnicy - tłumaczy sobie.

Statyści, którzy załapali się do we wrześniowym castingu, pamiętają dokładnie, że ogłoszono wtedy nabór do ról polskich oficerów przedwojennych.

- Może filmowcy bali się, że jakby powiedzieli, że Ruskich też szukają, to nikt by nie przyszedł - zastanawiają się .

Nie wolno się golić

Kilka minut po godz.6 rano. Niektórzy są od godziny. Mają już na sobie mundury, ale zawsze coś trzeba doszyć, poprawić. Każdy musi założyć płaszcz, ale nie wolno go zapinać. Tak jest w scenariuszu filmu, przynajmniej w scenach kręconych wewnątrz cerkwi. Zenon Tkacz z Dąbrowy pod Lubaczowem nie golił się od kilku dni. Zabronili, bo polscy oficerowie byli już tak zrezygnowali i zmęczeni, że zapominali o toalecie.

Post mortem. Opowieść katyńska.

Post mortem. Opowieść katyńska.

Historia o trzech kobietach - matce, żonie i córce, nadaremnie czekających w Krakowie w 1946 r., na powrót polskiego oficera z sowieckiej niewoli.

Rozpoczynają własne poszukiwania i wtedy wychodzi zakłamanie władz PRL i chęć ukrycia przed Polakami sowieckiej zbrodni na polskich oficerach.

- Bałem się, że ten film mnie ominie - tłumaczy Andrzej Wajda, pytany o to, dlaczego podjął się zekranizowania jednej z najstraszliwszych zbrodni Rosjan na Polakach.

Zdecydowały przede wszystkim względy osobiste. Ojciec reżysera, kpt. Jakub Wajda, był więźniem w Kozielsku, został rozstrzelany w lasach katyńskich.

Film będzie kosztował 15 mln złotych. Główne role zagrają: Artur Żmijewski (jako rotmistrz 8-go Pułku Ułanów w Krakowie), Maja Ostaszewska (żona Artura), Maria Komorowska (matka), Wiktoria Gąsiewska (córka). Wystąpią również: Andrzej Chyra, Paweł Małaszyński, Jan Englert, Marek Kondrat, Dorota Segda, Krzysztof Globisz, Magdalena Cielecka.

Premiera filmu we wrześniu.

Pan Zenon na pagonach płaszcza ma jedną gwiazdkę. Przed wojną tak oznaczano podporuczników. Dzisiaj mają dwie gwiazdki. Filmowym podporucznikiem jest również jego syn Marcin. Włosy na zapałkę.

- Co ściąć kazali? Nie szkoda było?

- Ściąć? Ja normalnie to zupełnie łysy jestem, a kazali zapuścić. Po filmie zgolę - żartuje pan Marcin.

Ruskiego łatwiej rozpoznać

Mirosław Kuźniarz przyjechał aż z Tomaszowa Lubelskiego. 70 km. Na casting zgłosił się kilka dni przed kręceniem filmu, gdy ogłoszono dodatkowy nabór. Nieźle prezentuje się w płaszczu NKWD. Wydaje się, że z Sowietów jest najważniejszy.

- Byłem bardzo ciekawy, jak wygląda praca w filmie. Było mi obojętnie, jaką rolę zagram. Zresztą, łatwiej rozpoznam się potem w filmie, bo wśród statystów Ruskich jest niewielu, a oficerów to tylko może ze trzech - cieszy się.

Andrzej Biedroń spod Lubaczowa przyszedł na dodatkowy casting. Od razu spodobał się filmowcom. Jest porucznikiem. Pierwszy raz będzie na planie filmowym. Przyznaje, że ma dużą tremę.

- Dali nam trochę wskazówek, resztę dowiemy się na planie. Najważniejsze na co zwracali uwagę, to aby nie patrzeć w kamerę - mówi.

[obrazek3] Ten film Andrzej Wajda traktuje bardzo osobiście. (fot. KRZYSZTOF ŁOKAJ)Stary Dzików czyli rosyjski Kozielsk

Na razie statyści żartują i palą papierosy. Robią sobie pamiątkowe fotografie. Za chwilę przychodzi po nich Michał Piłat, asystent reżysera Andrzeja Wajdy i prowadzi polsko-sowiecki oddział do starej cerkwi.

- Pamiętajcie o orzełkach na czapkach. Mają być na wierzchu - krzyczy za nimi kobieta odpowiedzialna za kostiumy.

Na plan filmowy nie wolno wchodzić. Kilkudziesięciu gapiów stoi za ogrodzeniem. Gdy tylko ktoś się przeciśnie, od razu jest wyrzucany przez kierownika planu. Teraz to pan i władca.

- Jak jeszcze raz wyciągniesz aparat, to jutro będziesz go mógł kupić na Allegro - straszy mężczyznę w garniturze. Okazuje się, że największą tajemnicą jest scenografia wewnątrz cerkwi. Zresztą filmowcy mają same tajemnice, nic nie powiedzą.

Cerkiew jest sowieckim obozem w Kozielsku. Obok filmowcy postawili ponury drewniany płot z drutem kolczastym i wieżę strażniczą. Odrapana, murowana cerkiew jest doskonała do swojej roli. Tak wyglądały te świątynie w przedwojennym ZSRR, zaledwie po 30 latach komunizmu.

W cerkwi w Starym Dzikowie nagrane zostały sceny z pobytu oficerów w obozie w Kozielsku, w tym wieczerza wigilijna. W okolicznych lasach nakręcono przemarsz polskich wojsk. Niespodziewanie jedną scena powstała również w Jarosławiu, który "zagrał" kresowe miasteczko.

W nagraniach tych scen wzięło udział 400 statystów, w tym 200 z powiatu lubaczowskiego, najwięcej z gminy Stary Dzików. Także stu żołnierzy z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich z Rzeszowa.

Leżeliśmy martwi w rowie

- Każą nam tylko przyjść na umówioną godzinę rano i tyle. Nawet nie powiedzą, gdzie i co będziemy robić. Za dużo tych tajemnic - irytuje się pan Marcin.

Część oficerów pakuje się na ustawione w cerkwi drewniane prycze. Sześciopiętrowe, niewygodne, wykładane słomą. Przy drzwiach ustawiają się sowieccy wartownicy, ktoś daje im karabiny z długimi bagnetami.

- Nieźle się prezentują. O, to Romek Osypanko. Z Osypanków do filmu kilku wzięli. Wszystkich na Ruskich - mówi kobieta.

Piotr Strzetelski i Janusz Walczak, w mundurach polskich oficerów, dość pewnie zachowują się na planie. Wyciągają cyfrowy aparat i fotografują starą cerkiew. Okazuje się, że to nie jest ich pierwszy raz. Byli już statystami w tym filmie, przy nagrywaniu poprzednich scen. Obaj z kilkudniowym zarostem.

- Dzisiejsze zdjęcia będą łatwiejsze niż poprzednio. Szczególnie dały się we znaki te na poligonie w Wesołej, z rozstrzeliwania polskich oficerów. Niektórym z nas charakteryzatorzy nałożyli na twarze sztuczną krew. Leżeliśmy wśród manekinów. Udawaliśmy martwych, rozstrzelanych polskich oficerów. To była przejmująca scena. Nawet pomimo tego, że to tylko film - mówi pan Janusz.

Doktor Kuba w oficerskim mundurze

Dwie starsze panie niecierpliwe zaglądają do środka. Marzną już od dwóch godzin. Przyszły tylko dla jednego aktora - Artura Żmijewskiego. Dla nich to doktor Kuba z "Na dobre i za złe".

- Ma być rotmistrzem. Pewnie jeszcze jest w szkole i ćwiczy wojsko - zastanawia się jedna z pań.

- Może przyjdzie na czele i przyprowadzi wojsko?

Wreszcie jest! Idzie od strony przyczep kampingowych, gdzie jest polowa baza aktorów.

- O, jest mój doktorek! - pani promienieje z radości.

- Dzień dobry - przyjacielsko uśmiecha się Żmijewski. Wita się z kobietami. Musi dbać o swoje fanki.

Obok niego idzie Andrzej Chyra, ale on nie wzbudza większych emocji.
Ale do Andrzeja Wajdy ludzie boją się zagadnąć. Statyści tylko ukradkiem spoglądają na niego. Wreszcie dwie odważne młode dziewczyny podchodzą i poproszą autograf. I okazuje się, że Wajda nie taki straszny, wręcz przeciwnie. Po chwili spory tłumek kłębi się koło niego.

Wieś zarobi na filmie

- Patrz, coś zamiatają i polewają wodą. Ciekawe po co? - mężczyzna aż spod Kielc przyjechał popatrzeć na nagranie.

Ma malutki modlitewnik, dokładnie taki sam, jakiego używali polscy oficerowie w czasie wojny. I notes na autografy.

Godz. 10. Kierownik planu krzyczy na widzów, aby dalej stanęli. Gdy to nie pomaga, odgradza plan taśmą. Zaczęło się.

- Ja się nie nadawałem, ale w filmie są mój szwagier Julek Wawrzyniec, brat stryjeczny Tadek Horajski i trzech sąsiadów - wylicza Stanisław Horajski ze Starego Dzikowa. - Cała wieś zarobi. Sporo osób nocuje u siebie filmowców. Stolarz pomagał drzwi robić. Geesowska piekarnia dostała zamówienie na dwie drożdżówki dla każdego. Może po takim filmie, ktoś się wreszcie za cerkiew weźmie.

Ale było zimno

Gdy się ściemnia, statyści są wolni. Przez cały dzień nagrywali tylko dwie sceny. W sobotę jest jeszcze trudniej. Głównym zajęciem była wieczerza wigilijna.

- Byłem przygotowany na ciężką pracę. Jednak przydałaby się lepsza organizacja. Staliśmy niepotrzebnie kilka godzin. Było straszliwie zimno. Tymczasem aktorzy wyskakiwali z ciepłych przyczep na kilka minut przed ujęciem, szybko robili swoje i już ich nie było. O nas też mógł ktoś pomyśleć - narzeka Marcin Tkacz.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie