Dzieciństwo spędzone na trzepaku. Tak bawiliśmy się, będąc dziećmi

Cezary Kassak
Trzepak służył nie tylko do czyszczenia dywanów. Stanowił punkt zborny. Można tu było poćwiczyć, omówić podwórkowe plany.
Trzepak służył nie tylko do czyszczenia dywanów. Stanowił punkt zborny. Można tu było poćwiczyć, omówić podwórkowe plany. Zdjęcie z profilu na Facebooku "Rzeszów 80.90".
Nie było Internetu, smartfonów ani PlayStation, za to było… podwórko. I tam nikt się nie nudził. Przypomnijmy sobie kultowe gry i zabawy sprzed lat.

"Ciągle żyję jak dzieciak” - śpiewa wokalista hip-hopowej grupy Rasmentalism w piosence, której tytuł jest pytaniem: „Wyjdziesz na dwór?”. Na to pytanie w dzieciństwie często odpowiadali, a także sami zadawali je innym, mający dziś 40 czy 50 lat. Z tą różnicą, że w naszym regionie nie wychodziło się „na dwór”, tylko „na pole”.

- Gdy miałem 8, 10, 12 lat, najszczęśliwszy byłem wtedy, kiedy przebywałem na podwórku, pod swoim blokiem. To był mój żywioł. Tam miałem najlepszych kumpli, tam każdego dnia zdawało się swoisty egzamin z koleżeńskości, zaradności, sprytu - opowiada rzeszowianin Filip Kruszański.

Lata temu prawie każdą wolną chwilę na podwórku spędzał Waldemar Wywrocki, dzisiaj radny Rzeszowa i nauczyciel muzyki.
- Czasem nawet posiłek zdarzało mi się zjeść na ławce przed blokiem - śmieje się.

Co prawda, byli i tacy, którzy na pole nie wychodzili. Niektórzy dlatego, że mieli naturę domatorów, innym wychodzić nie po-zwalali rodzice. Odsetek takich nieszczęśników był jednak znikomy.

Jeszcze w latach 80. ub. stulecia na podwórkach istniały raczej kłopoty bogactwa. Dzieci było tyle, że czasem trudno było im uzgodnić, w co się bawić. Gdy jedni proponowali „harcerskie” podchody, drudzy optowali za berkiem, grą w klasy albo w dwa ognie. - Podwórko uczyło współpracy, trzeba się było porozumiewać, dogadywać. W cenie były też pomysłowość i własna inicjatywa, uwielbialiśmy wymyślać swoje zabawy - zaznacza Wywrocki.

Jedyny taki Wyścig Pokoju

Podwórkowym szlagierem lat 70. i 80. była gra w kapsle (co poniektórzy mówili, że grają w „trasę”). Pstrykało się je palcami, a uczestnicy gry zwyczajowo występowali w charakterze kolarzy startujących w Wyścigu Pokoju. Kapsle wypełniano np. plasteliną i ozdabiano flagą państwa, ew. nazwiskiem kolarza. Można było grać i guzikami. Potrzebna była jeszcze kreda bądź farba, nieodzowna do wytyczenia trasy na asfalcie.

W ruch często szły również… elementy do podków końskich. Nazywano je haclami, ciupami; w naszych stronach dominowało określenie „sztole”. W tej grze liczyły się refleks oraz zręczność. Sztole rzucone do góry należało chwycić w dłoń, a w tym czasie ta sama ręka musiała jeszcze podnieść kolejne sztole z podłoża. Rozgrywki toczyły się na podwórkach, ale równie często - na szkolnych korytarzach.

- W swoim czasie była moda na latawce - opowiada Waldemar Wywrocki. - I nie, że się je kupowało - robiło się własnym sumptem. Podobnie jak minigokarty. Brało się deski, cztery łożyska i powstawał malutki pojazd.

Dziewczęta z zapałem bawiły się m.in. w dom, ćwiczyły z hula-hoopem, no i, przede wszystkim, grały w gumę. „Guma była zwykłą gumką z pasmanterii” - pisze w książce „Niedziela bez Teleranka” Beata Tadla. - „Dwie osoby rozciągały ją, oplatając sobie nogi, a trzecia skakała tak, by się nie zaplątać. Pierwszy - najłatwiejszy - poziom to kostki, ostatni, najtrudniejszy - szyjka”.

Milicjanci i złodzieje

Dużo rozrywek było koedukacyjnych. Choćby zabawa w chowanego.

- Chętnych do zabawy rekrutowało się za pomocą wierszyka: „Palec pod budkę, bo za minutkę zamykam budkę” - wspomina Jakub Uhrin, mieszkaniec Opola, krośnianin z urodzenia. - Pamiętam klupiankę vel klupankę - najważniejsze miejsce, gdzie trzeba było dotrzeć, tak aby nie zauważył nas gracz, który krył, to znaczy szukał pozostałych. A jeżeli ktoś naruszył reguły i zabawę trzeba było przerwać, krzyczało się „pobite gary!”.

Kilkadziesiąt lat temu dzieci z lubością wcielały się w role milicjantów i złodziei. Reguły były proste: jedni (milicjanci) gonili drugich (złodziei). O tym, kto do jakiej grupy należał, rozstrzygało losowanie.

- Większość marzyła, żeby los wyznaczył im rolę złodzieja. Może to dlatego, że funkcjonariusze MO generalnie nie cieszyli się nadmiernie dużą estymą. No, ale „złodziej” też przecież nie brzmi dumnie - zauważa z uśmiechem Filip Kruszański.

- Ja, oprócz standardowych zabaw w Indian albo w ściganego, lubiłem robić użytek z długich szklanych rurek - dorzuca Tomasz z Rzeszowa. - Nie pamiętam, skąd je braliśmy, w każdym razie pluliśmy przez nie ryżem, względnie kulkami z plasteliny. Dostać taką kulką - to nie było przyjemne…

Bywało niebezpiecznie

Ulubione miejsce spotkań i długich dysput na podwórku stanowił trzepak (lub kilka trzepaków). Tutaj można się było wyrobić towarzysko, ale i sprawnościowo. Dzieciarnia wykonywała fikołki czy wymyki, których nie powstydziliby się profesjonalni akrobaci. Zdarzało się jednak, że te popisy kończyły się bolesnymi upadkami.

- To fakt, że nieraz wymyślaliśmy zabawy, które naszym rodzicom mogłyby zmrozić krew w żyłach - przyznaje Wywrocki. - Dla przykładu, wychodziło się na wieżowiec i podziwiało panoramę miasta. Albo urządzaliśmy zawody, kto z największej wysokości skoczy na górkę z piasku. Albo właziliśmy do kanału telekomunikacyjnego na swoim osiedlu (mowa o rzeszowskim osiedlu Kmity, dawniej Gwardzistów - red.), a wychodziliśmy w kanale przy ul. Dąbrowskiego. Pod ziemią szło się 2-3 km.

Młodzi poszukiwacze mocnych wrażeń pasjami przygotowywali i odpalali mieszanki z saletrą, karbidem. Pan Tomasz z kolei przypomina sobie wojny blokowe.

- Było wtedy trochę śmiechu, ale i chuligaństwa - nie ukrywa. - Z rówieśnikami z sąsiedniego blokowiska stawaliśmy np. po przeciwnych stronach ulicy i obrzucaliśmy się różnymi rzeczami. Za narzędzia walki służyły m.in. jajka, grudy ziemi albo… kalarepa, w którą wtykało się kolce róży. Wojna trwała z reguły przez parę dni, po czym następowało zawieszenie broni.

Rozmaite ryzykowne tudzież łobuzerskie pomysły można było wprowadzać w czyn głównie dzięki temu, że w tamtych czasach dzieci na podwórkach przeważnie pozbawione były wnikliwej kurateli rodziców.

- Rodzice na ogół stali akurat w sklepowej kolejce - dopowiada Wywrocki.

Na tropach Deyny i Bońka

Przypominając, jak przed laty wyglądało życie na podwórku, grzechem byłoby nie napomknąć o piłce nożnej i zabawach okołopiłkarskich.

- Futbol to była nasza miłość - podkreśla pan Waldemar.

Organizowano mecze blok na blok, klatka na klatkę. Odbywały się zmagania w żonglowaniu piłką. Sympatycznym „wypełniaczem czasu” była siatkonoga. Wzięcie miała gra w beki - piłkarski pojedynek, ale jeden na jednego i bez możliwości przekraczania połowy boiska. Popularna była też gra w kwadraty, które rysowano kredą. Piłkę wolno było podbijać nogą, głową. Z rywalizacji odpadał ten, na którego polu futbolówka odbiła się dwa razy.

Trzeba wiedzieć, że dawniej każdy małolat, posiadający własną piłkę do „nogi”, miał prawo chodzić dumny jak paw, ponieważ futbolówka to nie była błaha rzecz. Deficyt piłek był tak dotkliwy, że czasami padały one łupem złodziei.

- Ceniono zwłaszcza „prawdziwe” piłki. Czyli mające taki sam rozmiar jak piłki, którymi grali dorośli piłkarze - wyjaśnia Jakub Uhrin.

- Moja pierwsza gała nazywała się Saturn - włącza się Kruszański. - Była wprawdzie „wymiarowa”, ale w latach 80. ze-szłego wieku nasz główny przedmiot pożądania stanowiły piłki „Jupiter P5”. Nimi rozgrywały mecze Resovia czy Stal Rzeszów.

Infrastruktura boiskowa pozostawiała wiele do życzenia, ale nikt nie miał wygórowanych oczekiwań. Areną frapującego piłkarskiego widowiska mógł stać się w gruncie rzeczy każdy trawnik. Słupki bramek robiono z cegłówek, kamieni, fragmentów odzieży, wykorzystywano rosnące drzewka.

Uprawiano, rzecz jasna, i inne dyscypliny. Pan Tomasz pamięta, jak z kolegami na podwórku urządzał zawody żużlowe. - Jeździliśmy, oczywiście, na rowerach, np. na składakach „Wigry”. Niekiedy dochodziło do kolizji, a niektórzy przewracali się… celowo, aby dodać wyścigom dramatyzmu.

My się zimy nie boimy

- śpiewająco zapewniały dzieciaki przy różnych okazjach. A kiedyś zima to była... zima, śnieg leżał tygodniami. Podwórka wcale wówczas nie zamierały, prawdziwie zimowa pogoda stwarzała szerokie możliwości interesującego spędzania czasu. Można było ulepić bałwana, stoczyć bój na śnieżki, pójść na lodowisko i pośmigać na łyżwach.

- A jaką wspaniałą trasę mieliśmy do jazdy na sankach! - przypomina sobie Waldemar Wywrocki. - Jak jeszcze nie było obwodnicy południowej, to z górki obok cmentarza Staroniwa, gdzie teraz biegnie ulica Panoramiczna, zjeżdżaliśmy aż do ulicy Szarych Szeregów (wtedy ul. Warskiego - red.). Trasa liczyła dobre kilkaset metrów.

- Zimą obowiązkowo budowaliśmy igloo - dopowiada Wywrocki. - I pilnowało się, by ktoś nam naszego igloo nie zniszczył.

Swoich wielbicieli miał hokej.

Kruszański: Lodowisko robiliśmy sami; wiadrami rozlewaliśmy wodę na placu przed blokiem. Kto nie miał łyżew, po lodzie poruszał się w samych butach. W sklepie „Maraton” przy ul. Marchlewskiego (obecnie ul. Lisa-Kuli - red.) zaopatrywaliśmy się w krążki i kije. Hokejowy kij dało się zresztą zrobić samemu.

A jeśli aura nie sprzyjała zabawom na polu, to zapraszało się znajomych do domu, by zagrać z nimi w państwa-miasta, bierki, statki, spróbować szczęścia w grach planszowych lub zabawić się w ciepło-zimno.

Zabaw było bez liku, wszystkich wymienić nie sposób. Wspomnijmy jeszcze tylko o tym, że był taki okres, kiedy wśród młodzieży panował istny szał karciany. Grano m.in. w pana, inaczej nazywanego inteligentem (posługiwano się jeszcze inną nazwą, ale wysoce niecenzuralną), w makao, tysiąca, kuku, wojnę, świnię. - Dobre było 66, rozwijało myślenie. Potrafiliśmy w to grać i po 10 godzin - wspomina pan Waldemar.

Tamtych podwórek już nie ma

Podwórka, niegdyś tętniące życiem, dziś opustoszały. Młodzi raczej preferują inne rozrywki, mają komputery, Internet, multum kanałów w telewizji. Na podwórkach widać głównie matki z malutkimi dziećmi.

- Te nieco starsze dzieciaki mają teraz także sporo zajęć pozalekcyjnych, uczęszczają na karate, akrobatykę, naukę tańca - zauważa Wywrocki. - Oczywiście, dobrze, że są te zajęcia. Według mnie jednak żadne zajęcia, a tym bardziej gry komputerowe, nie dadzą młodzieży tego, co nam kiedyś dawało podwórko. Ileż tam było przygód, przyjaźni, śmiechu, płaczu...

Wideo

Komentarze 39

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

L
LemonHead

No, ale pokolenie urodzone w latach 90. i 80. też mieli podobne dzieciństwo, co pokolenie urodzone w latach 70. :-) Jestem rocznik '96, i choć artykuł dotyczy pewnie w większości osób urodzonych w latach 70., uwierzcie, że pokolenie urodzone w latach 80. i 90. (w tym ja) również odnajdą w tym artykule swoje dzieciństwo! Ach, te zabawy na podwórku do późnego wieczora, gry w dwa ognie, berka, podchody... Gra w kapsle i ozdabianie ich plasteliną to było coś! A gra w gumę była moją ulubioną i grałam w nią nie tylko w dni wolne, ale także na przerwach w szkole. Ach... trzepak- król dzieciństwa i najlepsze miejsce spotkań z kumplami. Raz wywinęłam takiego orła na trzepaku, że... miałam ogromnego fioletowego siniaka z tyłu głowy. ;-D Haha... do dziś boli jak wspominam. Ludzie urodzeni w latach 80. i 90. też wchodzili do kanałów! Było to strasznie mroczne miejsce, ja się zawsze tego bałam, ale moi koledzy chętnie wchodzili do kanałów ściekowych. Co do własnej piłki do gry w nogę- ja miałam szczęście- pamiętam, jak dostałam swoją własną od wujka. Czułam się wtedy jak prawdziwy piłkarz (byłam straszną chłopczycą). A w domu- gra w bierki, karty, szachy... Nie było nudno. I choć roczniki urodzone w latach 90. żyły już w czasie rozkwitu komputerów, ja swój pierwszy dostałam mając dopiero 16 lat (do tego czasu nie miałam Internetu). Jak widać, pokolenie lat 80. i 90. nie jest jeszcze takie złe. ;-D Fakt faktem, to bardzo przykre dla mnie widzieć opustoszałe place zabaw, na których ja za dzieciaka spędzałam całe dnie. Ech. Trzeba tym dzieciom XXI wieku pokazać, jak MY się bawiliśmy, może by pokochali fikołki na trzepaku tak jak my? :-)

T
Tomo ŁÓDZKIE

Oj tak r. 79 pamięta większość, strzelnice, salony gier. Potem weszły , komputery 8 bitowe itd ale te dzieciaki już z chaty nie wychodziły. Odtwarzacz VHS kablówka, nie miałem, dlatego dalej Krótkofalówki motorowery, walkmeny, tetris i telefony. Od tej chwili już nic nie było takie samo. Miło się wspomina rzekę, budowanie tam, ogniska ze starszym bratem, pierwszy łyk wina i piwa :D

z
z gwardzistów

zainteresowało mnie przejście kanałami bo nie znałem  w którym miejscu się wchodziło i gdzie wychodziło ?

M
Mariusz

fajny tekst, dobrze sie czytało

tylko szkoda że to już tyle lat minęło

jak ten czas zapitala...

pozdrawiam roczniki z lat 70

p
pniok Rzeszowski
W dniu 04.02.2016 o 00:00, rzeszowiaczek napisał:

Współczuje dzisiejszym dzieciom gdyby wyłączyli internet i komórki wiele by nie przeżyło . nic ich nie interesuje oprócz najnowszego modelu telefona i laptopa.A stare czasy wspominam z nostalgią siedziało sie na polu w innych miastach mówiło sie na dworze do nocy aż jakiś film ekstra w telewizji leciał i nikt sie nie nudził bo ciągle były jakieś zabawy i wygłupy To grało sie w piłke na trawie lub prowizorycznych boiskach ,to w ściganego lub w bębenka lub gra w okienka w główki w kwadraty w palanta itp...  ile to gier sie wymyślało lub w chowanego ,w strzelanego , w żandarma i złodzeja ,a ile wrzasku i kłótni było nie raz.Na ławkach ,w piwnicach w karty sie czesało ,chodziło sie na mecze  do kina na basen lub lodowisko lub do salonów gier .Były też sezonowe zabawy .przed swietami leja wiec każdy miał miał sprzed w szkole i na przerwach albo lano sie wodą lub rurki szklane ,pózniej wykorzystywano z ołówków obudowę he he he (po rurki szklane to wyprawy były do młyna ,jak przyniosłeś pół metrowe rurki to byłeś gość) nawet w szkole na przerwach były zabawy aż do dzwonka to w gumę to w piłkę w sztole lub bardzo populana dawniej zośkę ( nie była to łatwa gra wymagała zręczności i precyzji)   Po wyścigu pokoju zawsze były rowerowe zabawy oraz ściganego na rowerach, I to było prawdziwe dzieciństwo zabawy i koleżeństwo i przyjażnie a dziś mamy wyścig szczurów na każdym kroku o najnowszy trend i najdroższy i najmodniejszy.....itdPozdrawiam wszystkich wspominających dawne cudowne radosne czasy

W dobrych czasach juz byles dzieckiem, na tyle ze bylo czym sie bawic.

Ja z czasow bierutowo-gomulkowskich na takie luksysy nie mialem zadnych szans. Kolko ze starego rowera to bylo marzenie chlopaka, a zabawkami to byly stare dziurawe garniki i pokrywki wyrzucone na smietnik oraz polceglowki ( cala cegla byla za ciezka) kiczki, kamyczki lub nozyk. Jak ktory dostal GUMOWA pilke zrobiona przez rodzica z detki (byly troche kwadratowe) to sie cala ulica cieszyla ze bedzie czym pograc.

Najwieksze atrakcje po przyjsciu ze szkoly to byly kolejki gdzie rodzice wysylali nas do sklepow po zakupy. W zimie malo ktorego puszczali aby pojezdzil na sankach bo nie kazdy mial sie w co ubrac, a do tego zedrze buty najczesciej ze starszego i zelowane starymi oponami z rowerow i w czym pojdzie do szkoly ?

Siedziec w domu i sie uczyc. Mogl posluchac jak chcial glosnika bo radio to byl luksus niebyle jaki.

Cudowne czasy dziecinstwa az plakac sie chce !

r
rzeszowiaczek

Współczuje dzisiejszym dzieciom gdyby wyłączyli internet i komórki wiele by nie przeżyło . nic ich nie interesuje oprócz najnowszego modelu telefona i laptopa.A stare czasy wspominam z nostalgią siedziało sie na polu w innych miastach mówiło sie na dworze do nocy aż jakiś film ekstra w telewizji leciał i nikt sie nie nudził bo ciągle były jakieś zabawy i wygłupy To grało sie w piłke na trawie lub prowizorycznych boiskach ,to w ściganego lub w bębenka lub gra w okienka w główki w kwadraty w palanta itp...  ile to gier sie wymyślało lub w chowanego ,w strzelanego , w żandarma i złodzeja ,a ile wrzasku i kłótni było nie raz.Na ławkach ,w piwnicach w karty sie czesało ,chodziło sie na mecze  do kina na basen lub lodowisko lub do salonów gier .Były też sezonowe zabawy .przed swietami leja wiec każdy miał miał sprzed w szkole i na przerwach albo lano sie wodą lub rurki szklane ,pózniej wykorzystywano z ołówków obudowę he he he (po rurki szklane to wyprawy były do młyna ,jak przyniosłeś pół metrowe rurki to byłeś gość) nawet w szkole na przerwach były zabawy aż do dzwonka to w gumę to w piłkę w sztole lub bardzo populana dawniej zośkę ( nie była to łatwa gra wymagała zręczności i precyzji)   Po wyścigu pokoju zawsze były rowerowe zabawy oraz ściganego na rowerach, I to było prawdziwe dzieciństwo zabawy i koleżeństwo i przyjażnie a dziś mamy wyścig szczurów na każdym kroku o najnowszy trend i najdroższy i najmodniejszy.....itd

Pozdrawiam wszystkich wspominających dawne cudowne radosne czasy

r
rocznik1972

Dorzucę łyżkę dziegdziu do tej beczki miodu. Wszystko wydaje się takie fajne z jednej prostej przyczyny - byliśmy wtedy beztroskimi dziecmi. To siermiężna rzeczywistość PRL wymuszała na nas takie, a nie inne zabawy. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że w przeciwieństwie do obecnych czasów, dzieci trudno było uświadczyć w domu i wykazywaliśmy się dużo większą kreatywnością pomimo tego, że dysponowalismy  nieporównywalnie mniejszymi możliwościami.

36
Dzis mam 36 lat. Mielismy z bratem popularna p5 do dzis wspominam ja z sentymentem. Brat mial relaksy a sofixy. Nie bylo tel. Ale kazdy z kolegow umial gwizdac na palcach i czesto naawet rodzice znali dzieci po ksywie. W hokeja gralo sie "na butach" kijami zrobionymi wlasnorecznie. Wspaniale lata
s
szkoda mi dzisiejsze dziec

dlatego jak patrze na wspolczesne dzieci to jestem naprade zalamany siedza tylko na grach,ogladaja tv.,siedza na cell,i innych uzalezniajacych zabawkach wspolczesne dzieci sa zepsute,egoistyczne kto to zmieni?? i czy wogole da sie cos zrobic??

40 latek kiedyś z NM

Ja pamiętam jak z kolegami z podwórka ubraliśmy biało niebieskie getry, korki, piłki pod pachę, przeskoczyliśmy przez ogrodzenie i "trenowaliśmy" na bocznym boisku na Stali :)  Piękne równe boisko, trawa, to było marzenie. Po dwóch godzinach grania w gałę w końcu ktoś się zorientował, że my jesteśmy zwykłymi przebierańcami i nas przepędził :) 

Ta akcja była jeszcze wspominana przez nas długi czas.

S
Szeregowy Jajko
W dniu 03.02.2016 o 12:14, Chomiczówka 82;) napisał:

Pamiętacie "kanciapy",czyli niezagospodarowane pomieszczenia piwniczne.W mojej klatce zimą zbierało się pół bloku,wywołując duchy,strasząc się nawzajem,popijając pierwsze tanie winka ,kupione przez starszych kolegów,grając w karty. 

myśmy na taką piwnicę mówili klub

wywoływania duchów nie pamiętam ale palenie papierosów to i owszem:-)

G
Gość
Najlepsze było zbieranie łusek, chodzenie w okopach i "karuzela" z lufy czołgu na strzelnicy wojskowej i paniczne ucieczki z "łupami" przed ścigającymi nas żołnierzami z tejże strzelnicy :)no i po drodze truskawki z działek, śliwki i jabłka z sadu w polach..... :P Fakt, to były czasy.
B
Beka

Na Pułaskiego bawiliśmy się w ściganego po połączonych wieżach strażackich. To był sport extremalny. Później był konkurs kto skoczy z wyższego piętra tych wież, Niektórzy skakali ze zwisu z 2 piętra. Graliśmy w siatkę przez trzepak, lub przez sznurek zawieszony między rakietą, a drzewem (kto grał ten wie;)) Wiele niezliczonych jeszcze zabaw i gier. Strzelanie z proc i rurek "pożyczonych" na zakładzie "Zelmer" to była codzienność.

C
Chomiczówka 82;)

Pamiętacie "kanciapy",czyli niezagospodarowane pomieszczenia piwniczne.W mojej klatce zimą zbierało się pół bloku,wywołując duchy,strasząc się nawzajem,popijając pierwsze tanie winka ,kupione przez starszych kolegów,grając w karty. 

K
Karol

Aż mi się ciepło na sercu zrobiło kiedy to przeczytałem. Prawdziwe dzieciństwo! Nie takie papierowe jak teraz. Pozdrawiam roczniki 70 :)

Dodaj ogłoszenie