Ekonomia fajerwerków, czyli medialna podróż w czasie po krainie mlekiem i miodem płynącej

Dr Krzysztof Kaszuba
Udostępnij:
Kilkadziesiąt godzin temu minął pierwszy rok czwartej dekady III Rzeczypospolitej. Trzy pierwsze dekady przemknęły prawie jak jeden dzień. By nie odeszły bezpowrotnie w cień zapomnienia, przenieśmy się na chwilę wspomnień, do krainy mlekiem i miodem płynącej. Podróż wypada rozpocząć od pierwszych miesięcy 1990 roku, czasu prawdziwej apokalipsy dla 99% Polaków.

(O roku ów! kto ciebie przeżył w Tym kraju!. Ciebie lud zowie dotąd rokiem nieurodzaju, A bezrobotny rokiem głodu; dotąd boją się o tobie gadać starzy, dotąd wróg o tobie marzy.)

Ekonomia terroru

Ekonomia terroru, zwana także „terapią szokową” albo „planem Sorosa”, firmowana przez wicepremiera Leszka B. zauroczonego ucznia Jeffreya Sachsa, narzuciła z dnia na dzień milionom Polaków nowe, niepojęte prawa, nazywane przez nowego guru ekonomii nad Wisłą, prawami wolnego rynku, na wzór wyśnionej przez wielu Ameryki. Co prawda dla większości Polaków, potoczna, wolna amerykanka, kojarzyła się raczej z oszustwem, ale skoro uczeni i rządzący powtarzali, że to będzie krótki, prawie bezbolesny zabieg to Naród czekał na kolejny cud. Ale cud w krainie, gdzie spoczęli, by zbierać owoce pracy tubylców, przybysze nienazwani, nie nadchodził. Jak wspominał Waldemar K., wybitny specjalista od paserskiej prywatyzacji, „Soros przyjechał z planem reformy polskiej gospodarki, kombinacji „szokowej” operacji antyinflacyjnej z restrukturyzacją polskich firm, z których część miała być oddana zagranicy za długi, a same długi miały być zredukowane”.

Niewidzialna ręka

Do milionów kredytobiorców nadeszły w zamian od wciąż jeszcze państwowych banków informacje, że uzgodnione przed kilkoma miesiącami czy latami stawki oprocentowania kredytu są już nieaktualne, odeszły w cień. I zamiast jak wynikało z zawartej umowy płacić np. 6%, od nowego 1990 roku należy płacić np. 60%. Kredytobiorcy – rolnicy, przedsiębiorcy, rzemieślnicy, przedsiębiorstwa państwowe - zawyli z bólu. Ale guru ekonomii pouczał, że czas marnotrawnej komuny minął. A nowy czas nazywa się wolny rynek. A wolnym rynkiem rządzi niewidzialna ręka. Widzialna dla wybranych, niewidzialna dla większości. Miliony zastygły, niczym ofiary Wezuwiusza w Pompei, bo jak walczyć z niewidzialną ręką?

Piwny dar

Pracownicy dużych przedsiębiorstw państwowych zostali ubogaceni innym darem, pięknie brzmiącym podatkiem, tzw. „popiwkiem”, czyli podatkiem od ponadnormatywnych wynagrodzeń. W tłumaczeniu na język ludu oznaczało to, że jeśli pracownicy dobrze pracowali i więcej wyprodukowali, to dyrekcja może wypłacić dodatkowe pieniądze, ale dodatek należy wysoko opodatkować. Bo zdaniem guru nowej ekonomii wyższe płace polskich pracowników za lepszą pracę są niezgodne z zaleceniami, widocznej dla wybranych, niewidzialnej ręki. Kredytowy haracz, popiwek i kilka innych innowacyjnych pomysłów jak np. otwarcie granic dla zagranicznych towarów, od alkoholu po czwartej jakości proszek do prania i piątej jakości wyroby buto-podobne, zaowocowały zamykaniem setek państwowych przedsiębiorstw, eksterminacją pracujących i PGR-ów, erupcją, nieznanej w czasach realnego socjalizmu, nowej kategorii ekonomicznej – bezrobociem.

Napoleon pij-aru

Na szczęścia rząd wybrany z beneficjentów okrągłego stołu, posiadał gwiazdę od cudownie skutecznego, tzw. pij-aru, czyli odwracania kota ogonem, według starodawnej teorii odwróconego rozumienia i postrzegania spraw i czynów. Niczym przesławny Napoleon, bohater „Folwarku zwierzęcego” George Orwell’a, który pełne piasku skrzynie nakazał na wierzchu zasypać resztkami ziarna i mąki by udowodnić krytykom, że w Folwarku Zwierzęcym żywności jest pod dostatkiem, minister od bezrobocia, w telewizyjnym okienku, wsparty termosem z cudownym napojem, mówił z pasją, że nie trzeba się bać. Zupki wystarczy dla wszystkich. Do dzisiaj trwają spory czy wystarczyło. Posłańcy niewidzialnej ręki twierdzą, że nawet trochę zostało i dodają, że przecież najważniejsze, że korzystając z okazji nowi stachanowcy sprawnie sprzedali prawie siedem tysięcy do niedawna państwowych przedsiębiorstw. Nienawistnie kontestujący twierdzą, że skoro ponad dwa miliony wyjechało w świat to zupka była poniżej minimum egzystencji, a sprawna sprzedaż ich przedsiębiorstw ubogaciła nielicznych i ograbiła miliony.

Cud złotego

Nielicznych, wybranych z wybranych, na skalę niezwykłą, ubogacił kolejny, precyzyjnie zaplanowany i perfekcyjnie zrealizowany, cud na miarę pustynnej manny dla błądzących. Guru ekonomii, jako zdyscyplinowany posłaniec niewidzialnej ręki, nakazał by oprocentowanie lokat ustalić na 100% rocznie, kurs złotego w stosunku do dolara USA usztywnić przez rok na poziomie 9500 zł za jednego dolara no i oczywiście przyjmować bez ograniczeń setki milionów dolarów i zamieniać je na złote w państwowych bankach. Mijały miesiące, kredytobiorcy, polscy frajerzy, spłacali horrendalne odsetki, przedsiębiorstwa upadały, a dolarowi inwestorzy w złotego, w mediach całego świata sławili dzieła nadwiślańskiego cudotwórcy, bezwzględnego wykonawcy projektu Sachsa-Liptona, nazywanego, jakże celnie, przez amerykańskich finansistów „Big Bank Approach”. Bo czyż nie było to piękne „podejście dużego banku” przez specjalistów od dojenia naiwnych, łudzonych mirażami wolnego rynku. Po roku dolarowi inwestorzy mogli wymienić pomnożone złotówki na dolary. Według krytyków kursowego cudu, Polacy stracili na tej walutowej operacji-innowacji miliardy dolarów. Ale cóż, krytyk to przecież, jak wynika z definicji, osoba, która nie potrafi cieszyć się z radości i sukcesu innych.

Projekt 30-lecia

Lata 90-te XX wieku były w Polsce czasem wielu ekonomicznych cudów. Największy z nich, 30-letni projekt biznesowy, do historii przeszedł w roku 2019. O projekcie tym, gwiazdy okrągłego stołu opowiadały oszołomionym beneficjentom wolności, że będzie nie tylko piękny i dochodowy ale co ważne, że uczyni z milionów Polaków dumnych akcjonariuszy, właścicieli akcji 512 najlepszych polskich przedsiębiorstw. Warunkiem startu projektu był przyjazd do kraju nad Wisłą specjalistów od 3E – emigracji, ekonomii i eutanazji majątku narodowego. Jako wybitni przedstawiciele niewidzialnej ręki rynku, przywieźli dla ubogich w wiedzę o prawach i kategoriach prawdziwej ekonomii, przemyślaną strategię zagospodarowania narodowego majątku Polaków w postaci pięknie nazwanego Programu Powszechnej Prywatyzacji (PPP). Wspierani przez kolejnych premierów i kolejne rządy, specjaliści od PPP wybrali ponad 500 najlepszych państwowych przedsiębiorstw, oddali je pod zarząd 14 firm, pięknie nazwanych Narodowymi Funduszami Inwestycyjnymi (pod imieniem polskich władców i wybitnych Polaków), zarządzanych przez kilkudziesięciu menedżerów, z kilkusetdolarowych spółek, od Wiednia, przez Zurich do Nowego Jorku. Menedżerowie, ubogaceni kilkuset milionami złotych, ściągniętymi od 26 milionów nabywców tzw. świadectw udziałowych, przygotowali kilkaset przedsiębiorstw państwowych, przekształconych w spółki akcyjne, do wejścia na parkiet Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Mniej niż zero

Wielkie wejście na giełdowy parkiet nastąpiło w 1999 r. Miliony posiadaczy świadectw udziałowych, którzy w zamian za nie stali się właścicielami akcji 14 Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, zgodnie z zapowiedziami premierów, ministrów i oczywiście guru nadwiślańskiej ekonomii, czekało na czas gdy coroczne dywidendy i rosnące kursy akcji będą źródłem finansowania ich marzeń i wakacyjnych podróży po świecie bez granic. No bo przecież skoro czternastoma Funduszami zarządzali absolwenci najlepszych szkół biznesu w Europie i USA to sukces był pewny. Przeciętny właściciel, przeciętnego pakietu akcji o wartości w 1999 r. np. pięciu tysięcy złotych był karmiony dobrą nowiną, że co rok będzie miał miejsce przyrost wartości inwestycji. Najwytrwalsi na przyrost czekali 20 lat, do 2019 r. Niestety przyrostu nie było. Był spadek, do pięknej cyfry ZERO. Ale cóż znaczy strata dla milionów bezimiennych akcjonariuszy. Czyż nie warto się cieszyć, że straty milionów, stały się pięknym źródłem bogactwa na kilka pokoleń, dla kilku tysięcy specjalistów od zarządzania majątkiem milionów naiwnych Polaków, jak mówił klasyk z TVP, „ciemnego luda”.

Ekonomia pozytywna

Mijały lata, Naród pracował i budował - drogi, mosty, domy. Tania praca, kwalifikacje, wiedza i przedsiębiorczość Polaków przyciągały inwestorów. Handlowe galerie, autostrady i miliony używanych samochodów potwierdzały, że Polakom żyje się mimo wszystko coraz lepiej. A politycy i emisariusze niewidzialnej ręki jak zawsze czuwali i co roku ubogacali Naród dobrą zmianą i dobrą nowiną.

Autostradowi złodzieje

Jak przystało na widzących niewidzialną rękę rynku specjalistów od okradania naiwnych, nie mogli oni przeoczyć stworzonych przez rządzącą Polską platformę złotoustych polityków, możliwości „zarobienia” przy okazji budowy autostrad. Tysiące polskich małych i średnich firm, podwykonawców generalnych wykonawców autostrad nie otrzymało należnych im pieniędzy za materiały i pracę. Oczywiście Skarb Państwa wypłacił należne środki generalnym wykonawcom ale ci, uznali, że przekazywanie otrzymanych środków jakimś polskim podwykonawcom, naiwnym robolom, to nie ich problem. Poszkodowani podwykonawcy autostrad mogli tylko policzyć straty. Dla jednych było to kilkadziesiąt tysięcy złotych, dla innych kilkadziesiąt milionów złotych. Oczywiście na wysokości zadania stanęły instytucje prawa i sprawiedliwości, które sprawnie skazywały na karę więzienia okradzionych przedsiębiorców, którzy nie zapłacili podatku VAT, z tytułu wystawionych faktur za wykonane prace przy autostradach, za które nie otrzymali pieniędzy od generalnych wykonawców, chronionych przez rządzącą platformę, spolegliwych wobec grup przestępczych, polityków.

Autostradowi fach-mani

Ale budowa autostrad to nie tylko smutne przykłady okradania najsłabszych. To także ciekawe przykłady niezrozumiałej kreatywności ich projektantów i wykonawców. Niestety ofiarą tej kreatywności stali się m.in. mieszkańcy Rzeszowa. Z nieznanych do dzisiaj powodów, w czasach rządów specjalistów m.in. od „piniedzy nie ma i nie bedzie”,

wymyślono, że odcinek trasy S19, od Jasionki do Sokołowa Małopolskiego, powinien posiadać trzypasmową jezdnię bez pasa rozdziału kierunków jazdy. To rzadkie już w świecie, innowacyjne rozwiązanie, zwłaszcza w okresie mgieł, śnieżyc i deszczów, znacząco przyczynia się do wzrostu ilości stłuczek, wypadków i niestety także ofiar. Na szczęście, w ostatnich dniach 2021 r. uzyskano decyzję środowiskową dla rozbudowy 14-kilometrowego odcinka Via Carpatii, od Jasionki do Sokołowa Młp., co umożliwi dobudowę brakującego pasa jezdni. Pozostaje tylko zadać, Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad w Rzeszowie, pytanie. Ile więcej, w rezultacie zarządczej głupoty, będzie kosztować po latach dobudowa czwartego pasa?

Ogniomistrz z Londynu

U schyłku trzeciej dekady III Rzeczypospolitej, kolejną dobrą nowinę zaprezentował obywatelom Rzeczypospolitej, przybyły w czasach rządów „magdalenkowej siły spokoju”, nieznany większości z pochodzenia, majątku i wykształcenia, nowy zarządca finansowych aktywów i pasywów kraju nad Odrą, Wisłą i Bugiem. Przywieziony z wyspy mgieł, owsianki i brexitu, innowacyjny pomysł dotyczył oczywiście wsparcia dochodowych potrzeb budżetu państwa. Jak przystało na absolwenta szkoły o pięknej nazwie Goldsmith's University of London, specjalizującej się w wszelkiego rodzaju sztukach i naukach społecznych, nowy minister finansów zaproponował opodatkowanie akcyzą sztucznych ogni zwanych z niemiecka fajerwerkami. Pomysł miał zostać sfinalizowany w roku 2020. Kto wie czy to właśnie importowane głównie z Chin pirotechniczne produkty nie miały stać się wisieńką na zrównoważonym, po raz pierwszy w historii Polski, budżetowym torcie. Planowaną równowagę niestety zniszczył, wyeksportowany w świat z Kraju Środka, bez cła i umiaru, tajemniczy produkt tajnych laboratoriów, zabójca milionów – koronawirus.

Walczący z gotówką

Ale prawdziwym fajerwerkiem jest lansowany od kilku lat (przez być może już wkrótce nowego ważnego urzędnika Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju) pomysł by zlikwidować w Polsce obrót gotówkowy. Absolwent „złotego uniwersytetu” opowiada nieustannie Polakom jak to fajnie płacić kartą i nie korzystać z gotówki. Płacić kartą jest fajnie ale oddanie 100% kontroli nad własnymi zasobami pieniężnymi, wyrosłym na lichwie instytucjom finansowym, to ostatni krok ku przepaści o nazwie „utracona wolność”. Już obecnie „finansowi specjaliści” od zarządzania elektronicznym przepływem zasobów finansowych blokują dostęp do własnych pieniędzy instytucjom uznawanym za „niepoprawne politycznie”. Skokowo rosnące, absurdalne kary za tzw. „mowę nienawiści” są ostatnim znakiem ostrzegającym przed spełnieniem się orwellowskiej wizji pozbawienia ludzi prawa do wolności i prywatności. Czy już niedługo, a może dokładniej kiedy, Folwark Zwierzęcy zostanie zastąpiony Folwarkiem Zniewolenia?

Dwupak

W ostatnich tygodniach 2019 r. rządowa koleżanka przybysza znad Tamizy, jak przystało na absolwentkę dobrego uniwersytetu i specjalistkę od innowacji i przedsiębiorczości, zaprezentowała, niczym Robert Lewandowski doppelpack, dwupak, który ma odmienić nie tylko polską przedsiębiorczość ale przede wszystkim rozwiązać raz na zawsze problem budżetowego deficytu. Polską przedsiębiorczość, według aktywistki z partii miłośników wszelkiego gender, miał zrewolucjonizować pomysł półrocznego urlopu dla kreatywnych pracowników, głównie firm technologicznych. Idea Pani Minister, przez chwilkę wicepremier, zakładała, że pracodawca, który przez kilka lat inwestował w pracownika, udzieli takiemu pracownikowi bezpłatnego urlopu, by dokształcony pracownik przy pomocy środków publicznych utworzył konkurencyjną firmę. Jeśli z pomysłu nic nie wyjdzie, urlopowany pracownik wróci do firmy. Ku radości pracodawcy, czy Pani Minister? Nie wiadomo, pomysł wciąż się inkubuje.

Katastralny kastrat

Inny budżetowy pomysł Pani Minister zakłada, że państwo jeszcze mocniej musi związać obywateli a konkretnie właścicieli pięciu milionów domów w Polsce z potrzebami finansowymi resortu kierowanego przez absolwenta szkoły spod znaku złotego cielca i kowalskiego miecha. Rozwiązanie aktywistki porozumienia gender, w porównaniu do epokowo absurdalnego podatku od wartości dodanej zwanego VAT-em, jest łatwe, proste i dla każdego Polaka zrozumiałe. Masz dom to co miesiąc wpłacisz kilkaset złotych do skarbca nadzorowanego przez imigranta z kraju czerwonych, nie tylko autobusów. Według niektórych rządowych uczonych, największym problemem podatku katastralnego jest jego nazwa. Zbyt wielu obywatelom kraju zmierzającego do dobrobytu kojarzy się z kastratami. Nic zatem dziwnego, że partia Pani Minister tak mocno wspiera szczęśliwość typu eurogender, bo tylko ona gwarantuje zrozumienie spraw i rzeczy przez wrogów kolorowej wizji nie-deficytowego budżetu. Oportuniści twierdzą, że większość domów została wybudowana przez Polaków ogromnym wysiłkiem własnym, rodziny i przyjaciół. Że mizerne emerytury większości ledwie wystarczają na egzystencję. Że wprowadzenie podatku katastralnego doprowadzi do przejęcia setek tysięcy domów przez nachodźców. Jak zawsze liczni wyznawcy spiskowej teorii dziejów i nie rzymskich, a waszyngtońskich ustaw, twierdzą, że domowy katastrat to zamiennik lasów, o których opowiadał najsłynniejszy znawca żyrandoli w kraju bigosu i chochli. Czy chwilowe, covidowo-pandemiczne, milczenie politycznych wielbicieli

opodatkowania właścicieli drzwi i okien potrwa długo czy dłużej przekonamy się pewnie po kolejnych wyborach. Miłośnikom spraw dziwnych warto przypomnieć, że nie tak dawno, w czasach starej Anglii, poborcy podatków wyznaczali wielkość podatku w zależności od ilości i wielkości okien. Za 82 dni wiosna, warto by posiadacze domów przeliczyli okna, pomnożyli przez szerokość i wysokość. Będzie jak znalazł w godzinie K, której nie mogą się już doczekać specjaliści od zaciągania długów w imieniu i na koszt obywateli. Pewną przeszkodą w promowaniu podatku katastralnego są prezentowane przez telewizję publiczną tureckie seriale historyczne o czasach sułtanów, sułtanek, haremów i usługujących w nich kastratów. Widok smutnych, wykastrowanych postaci może wywołać podświadomą niechęć Narodu do wprowadzenia przez rząd w najbliższych latach podatku katastralnego.

Klimatyczny odlot

Powyższe trzy przykłady kreatywności wybrańców Narodu tkwią na razie, na zapleczu spraw ważniejszych. Ale ku zdziwieniu myślących inaczej, niż polityczne autorytety, inny, nie ulega wątpliwości, że ważny projekt doczekał się nie tak dawno szybkiego wdrożenia. Być może ze względu na niezwykle kreatywny skrót i jego kreatywne rozwinięcie. BDO – Baza Danych Odpadowych. Z informacji, które trafiły do kilku milionów Polaków prowadzących działalność gospodarczą wynikało, że do rejestru tj. do BDO muszą wpisać się praktycznie wszyscy: fryzjer, stomatolog, szewc, tynkarz, itd. Na szczęście w wigilię 1919 r. Minister Klimatu wydał rozporządzenie, które określiło odpady dla których nie ma obowiązku prowadzenia ewidencji odpadów. W temacie odpadów jest więc szansa, że po kilkudziesięciu latach bycia wzorcowym bantustanem przyjmowania od bogatszych i spalania, od Karpat po Bałtyk, nie ewidencjonowanych odpadów, w powietrzu będziemy czuć tylko ewidencjonowane odpady. Jak przystało na stolicę innowacji jako pierwsze, w grupie liderów od spalania segregowanych śmieci, pojawiło się miasto nad Wisłokiem, w którym spalano ogromne ilości warszawskich śmieci. Setki ciężarówek załadowanych warszawskim odpadem przemierzało trzystukilometrową trasę, przy okazji testując wytrzymałość drogi z Podkarpacia do stolicy. Ale przecież nie można się dziwić. Kiedyś cały Naród budował Warszawę. Przyszedł czas by Warszawa przekazała coś, tym, którzy kiedyś ją odbudowywali. To co dziś jednak najbardziej łączy mieszkańców dwóch stolic, Polski i innowacji, to horrendalna dynamika wzrostu opłat za odpady i rosnące zadłużenie, które przecież spłacać muszą solidarnie ich mieszkańcy.

Geniusz ekonomii

W czasach epidemii Covid19, zamykania lasów, stoków narciarskich i restauracji nie tylko u Sowy, nie jest najlepiej ze zdrowiem psychicznym milionów Polaków. I niestety ta zła przypadłość nie omija także wybrańców Narodu. Nawet rzadka obserwacja zachowań politycznej elity pokazuje, że w czasach covidowych dramatów, nie tylko można stracić smak ale nawet znajomość podstaw dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia, tak ważnych dla marzących o zarządzaniu państwem. W okresie powigilijnego przejedzenia, znany poseł z platformy miłośników podpalania wartowniczych budek, zainicjował akcję noszenia tabliczek z napisem głoszącym, że ceny gazu i prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent i że jest to oczywiście dzieło rządzącej partii. Najważniejsze światowe, nie tylko biznesowe media oraz Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Eurostat, od wielu tygodni prezentują dane i wykresy pokazujące jak wielokrotnie w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy wzrosły na światowych rynkach ceny gazu, ropy naftowej i węgla. Dla przykładu, w okresie Wielkanocy 2020 r. tj. początku pandemii cena baryłki ropy naftowej (1 baryłka = 159 litrów) wynosiła ok. 20 dolarów, w okresie Bożego Narodzenia 2021 r. 75 dolarów. Ceny gazu i węgla wzrosły kilkukrotnie. Ale poseł, przywódca odsuniętych, wie lepiej co należy zrobić. Wystarczy usunąć rządzących, sprywatyzować państwowy koncern naftowy, zaciągnąć kolejne długi na sfinansowanie zakupów źródeł energii i będzie jak było. A że długi będzie spłacał Naród, to przecież nie ma znaczenia, bo gospodarką rządzi niewidzialna ręka rynku, a on należy do wybranych, którzy tę rękę mogą ucałować i w zamian mają szansę otrzymać garść srebrników.

Brama Isztar nad Wisłokiem

Od czasów Nabuchodonozora Wielkiego marzeniem każdego władcy było stworzenie czegoś wielkiego. Wśród narzekających na zbyt małe dotacje i subwencje włodarzy mniejszych i większych miejscowości od kilku lat zimowym przebojem są światełka umilające ciemnoszarą, zimową egzystencję. Oszołomieni sceptycy nie mogą zrozumieć dlaczego włodarze stolicy innowacji, liderzy świecących lampowych stroików wydają corocznie setki tysięcy złotych na kilkaset ozdóbek. Czyż nie ekonomiczniej byłoby zakupić za kilkaset tysięcy złotych świąteczne ozdoby i wykorzystywać je przez kilka lat. A gdyby się znudziły wymienić z innym miastem, sprzedać lub ubogacić potrzebujących.

Dumą władcy Babilonu była m.in. Brama Isztar wyłożona niebieską glazurą. W stolicy innowacji, niebieski kolor kojarzy się m.in. ze stadionem przy ulicy Hetmańskiej i niedokończoną, słoneczną atrapą trybun, które przyniosły zarządzającym projektem, a przy okazji specjalistom od wuzetek, więcej niż godziwy dochód. Ale przecież takich atrap i dochodów jak kraj długi i szeroki, w kraju mlekiem i miodem płynącym, wiele

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wojna na Ukrainie to wyzwanie dla całej branży IT, opinia eksperta

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie