Henriego raj na ziemi. Wrócił tam, skąd wyszedł człowiek

Andrzej Plęs
- On dziwny jest trochę - mówi o Henrim Anka z Chmiela. Ani ona, ani wielu miejscowych nie może pojąć, że urodzony w Hamburgu Niemiec z własnej woli przeprowadza się w polską głuszę i chce żyć, prawie jak zwierzę. I w dodatku nie pije. I mięsa nie je.
- On dziwny jest trochę - mówi o Henrim Anka z Chmiela. Ani ona, ani wielu miejscowych nie może pojąć, że urodzony w Hamburgu Niemiec z własnej woli przeprowadza się w polską głuszę i chce żyć, prawie jak zwierzę. I w dodatku nie pije. I mięsa nie je. Wojciech Zatwarnicki
Henri wrócił tam skąd wyszedł człowiek - do Natury. Żeby pogadać z przyrodą i z samym sobą. Bieszczady - tu chciał zbudować gniazdo. Czy mu się uda?

Henri Schumacher woli mówić i myśleć po polsku, bo w językach słowiańskich jest więcej uczucia, niż w jego naturalnej niemczyźnie. I tej miękkości, płynności, po którą przyjechał w Bieszczady, też jest więcej. A w Bieszczadach jest więcej Natury niż w jego rodzinnym Palatynacie.

Mówi, że od zawsze chciał żyć za pan brat z Naturą, jeszcze w rodzinnych Niemczech łaził do lasu, żeby pogadać z przyrodą i samym sobą. I bliżej mu było i jest do zwierza i drzewa, niż do ludzi. Telewizja mu niepotrzebna, bez radia może się obyć, nitka asfaltu to brutalna ingerencja w doskonałe dzieło boskiego stworzenia. I po co komu kurek w ścianie, skoro przez świat płyną potoki czystej wody? Bo w Bieszczadach wciąż jeszcze są czyste. I że ludzkość też powinna być nieco inaczej zorganizowana, niż jest. Mniej by było złości, konfliktów, a i te można by inaczej rozwiązywać.

W zgodzie z Naturą

Kiedy w 1990 roku trafił na zlot Raibow Family w Austrii, poczuł się, jak w rodzinie. Takiej na kilka tysięcy członków.

- Trochę jak w indiańskiej wiosce - tłumaczy. - Każdy ma prawo głosu, spory rozstrzyga się w kręgu, każdy może wypowiedzieć się do końca, nikt nikomu nie przerywa. Czasem z takiego kręgu wychodzą zupełnie nowe pomysły, pewnie dzięki tej wspólnej energii. W dyskusji to rzadko się zdarza, bo każdy walczy o swoje stanowisko.

Na austriackim zlocie poznał wielu Polaków, w tym - swoją przyszłą żonę. Ruszył do Warszawy na protest przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu, wszak atom to zagrożenie dla Natury. Już złapał w Polsce trochę kontaktu z ludźmi, którzy gotowi byli uciec od cywilizacji, z entuzjazmem przerzucali się pomysłami, jak i gdzie zbudować wioskę bez rur, kabli, anten i asfaltu.

W której problemy rozwiązywane są przez wszystkich w kręgu, bo wszyscy są równi. I nie ma wodza, wójta i prezydenta. Z grupą polskich zapaleńców pojechał w Beskidy, by szukać miejsca dla wioski. Nie znaleźli, ale Henri dowiedział się, że Bieszczady są jeszcze bliższe Natury niż Beskid, więc kopnął się w do Wołowatego i na Tworylne. I zorganizował kolejny zlot Raibow Family w Tworylnem.

Trzy tysiące ludzi bratało się z Naturą i sobą wzajemnie, w końcu wszyscy wrócili do bokowisk, asfaltu i talerzy satelitarnych, a Henri miesiąc mieszkał sam w indiańskim tipi. Trochę pracował, jako cieśla u bieszczadzkich znajomych, w końcu wrócił na chwilę do Niemiec, żeby poduczyć się ciesielskiej roboty, powłóczył się po Europie, żeby podpatrywać tu i tam, jak ludzie budują z drewna, aż stał się specem od budowy muru pruskiego. Umiejętność bezcenna przy renowacji starych, niemieckich zabytków.

W kącie głowy wciąż miał wizję bieszczadzkiej wioski Raibow, budowanej z drewna rękami ludzkimi. Kłopot w tym, że obcokrajowcom prawo polskie zakazuje sprzedawać ziemi na własność, a Henri wymarzył sobie wioskę w Bieszczadach. Razem z polskim zapaleńcem założyli Fundację "Plemię Sanu", fundacja kupiła z prywatnych rąk 30 hektarów dziewiczych pagórków i strumyków bieszczadzkich. Dwa lata zajęła operacja kupowania ziemi, ale na własnym bliżej już było do szczęścia.

- Dogadałem się z miastowymi, fajnie mi się gadało - wspomina organizację Raibow Family w Tworylnem, przekonywanie miejscowych, że to nie banda zainfekowanych HIV-em hipisów organizuje inwazję na bieszczadzką głuszę.

Choć niektórzy miejscowi przyznają, że byli przekonani, że te cudaki przywloką im tu zarazę. Tym bardziej przekonani, że jeden z polskich organizatorów zlotu Rainbow mówił otwarcie, że zamierza tu wybudować szpital dla dzieci chorych na AIDS. Nie wybudował, wycofał się nawet z pomysłu budowy wioski, ale to pierwsze, negatywne wrażenie lokalnej społeczności zostało. I trochę zaciążyło na relacjach Henriego z miejscowymi. Wspomina, jak przekonywali Zofię, nieżyjącą już dziś wdowę po Krzysztofie Komedzie, która mieszkała w Chmielu. Zrobili krąg, przekonywali, aż przekonali i wszyscy rozstawali się ze łzami w oczach.

Brać entuzjastów, którzy chcieli zakładać wioskę Raibow w Bieszczadach, mocno się wykruszyła, entuzjazm ze zlotów osłabł, zostało może kilka rodzin, które chciałyby resztę życia spędzić "na łonie Natury".

- Własnymi rękami zbudowalibyśmy domki z drewna, jak będą dzieci, to i szkołę, i jakiś punkt medyczny - Henri wciąż snuje marzenia. - Bez używek i alkoholu, bez gazu i prądu z kabli, bez wodociągu. Teraz nie ma klimatu, ludzie gonią za zdobyczami cywilizacji, ale chyba powoli coś się w ludziach zmienia.

Swój, ale dziwny

- On dziwny jest trochę - tłumaczy Anka z Chmiela. Ani ona, ani wielu miejscowych nie może pojąć, że urodzony w Hamburgu Niemiec z własnej woli przeprowadza się w polską głuszę i chce żyć, prawie jak zwierzę. I w dodatku nie pije. I mięsa nie je. A inni mówią, że ten dystans do Henri'ego w Hulskiem to dlatego, że Henri związał się z ludźmi z Czarnej, a Hulskie i Krywe to w gminie Lutowiska, a Lutowiska z Czarną drą koty.

A Henri i tak zakochał się w Tworylnem, w tej dolinie i uparł się, żeby zostać. Na drewnianym barakowozie ustawił panel słoneczny i ta odrobina prądu ze słońca to cały jego kontakt z cywilizacją. Dopóki nie ożenił się z Bereniką, a potem na świecie pojawiły się dwie blond rusałki. Najpierw Jola, potem Ranja. Barakowóz nie wystarczył, w Hulskiem, pośród drzew znalazł mały pagórek nieopodal strumyka i postanowił zbudować dom.

Z drewna, bez jednego gwoździa. Miejsce sprawdzone, bo po czasach minionych zostały tu jeszcze fundamenty domu po Bojkach. Spalonego, jak wiele bieszczadzkich wsi. Na tych pobojkowskich fundamentach zaczął stawiać dom. Do bitej drogi, którą transportuje się ścinkę drzew z lasu, było stąd kilkaset metrów. Kilkaset kolejnych do słupów energetycznych, ale Henri prądu nie chciał.

Woda w strumieniu, kanalizacja - jak za pierwszych Piastów. Da się żyć. I Berenice się podobało, Jola z Ranją były zachwycone, a Henri zapewnia, że obie dziewczynki pomagały w budowie, w ogrodzie. Pomagały, jak umiały. Czteroletnia wówczas Jola wędrowała z ojcem trzy kilometry do szkoły w Zatwarnicy i uwielbiała to miejsce. I była jeszcze Mela i Ula, dwie kozy, za którymi dziewczynki przepadają. A Berenika to mistrzyni w robieniu sera z koziego mleka.

- Trzy lata budowałem ten dom, własnymi rękami - mówi Henri z żalem, jak po stracie bliskiego przyjaciela. Dom spłonął z końcem ubiegłego roku, kiedy z rodziną wyjechał na święta do rodziny w Niemczech. Żadne zwarcie instalacji elektrycznej, bo jej tu nie ma.

Żadne zaprószenie ognia, bo Henri wielokrotnie przed wyjazdem sprawdzał, czy w kominku wygaszone. W Chmielu i okolicy wiedzą, kto podpalił, ale świadków nie ma i dowodów nie ma. Taki jeden samotnik z sąsiedztwa, trochę na głowę chory - jak tu o nim mówią, który obwołał się Strażnikiem Doliny i w najbliższym sąsiedztwie nie chce widzieć nikogo. Jak Henri wrócił z Niemiec, po prawie ukończonym domu w Hulskiem zostały zgliszcza, z których sterczał komin pieca. Ni to kominka, ni pieca chlebowego, Henri może o nim mówić godzinami z zachwytem.

Jeszcze jeden start

Gotów był raz jeszcze zacząć od fundamentów, ale pomyślał, że znów przyjdzie szalony człowiek i spali go drugi raz. O Berenikę i córki się boi, nie o siebie. Chciałby tu zostać, bo tu jego raj, ale o rodzinie musi myśleć.

- I nie wiem, czy "Plemię Sanu" tu zostanie - waha się, bo pożar domu zrujnował mu marzenia. Przynajmniej na jakiś czas. - Może gdzieś w okolicę Birczy się przeniesiemy, może na Roztocze… Bardzo chciałbym zostać na Hulskiem, ale naprawdę nie wiem.

Tymczasem przycupnęli w drewnianej chatce na Krywem, Berenika też z przykrością myśli o tym, że pewnie trzeba będzie się z Hulskiego wynosić, ale do miasta wracać nie chce, choć wolałaby mieć wokół siebie więcej ludzi. Z rodzinną Łodzią niewiele już ją łączy.

- Czasem odwiedzam rodzinę, ale tam nie ma co robić, koleżanki i koledzy z dzieciństwa rozjechali się po świecie, samo miasto przytłacza - mówi i patrzy na bezkresne i bezludzkie przestrzenie, jakby tu było mnóstwo rozrywek. A gdyby tak Jola albo Ronja pochorowały się nagle? A przecież żadna karetka tu nie dojedzie?

- Do tej pory nie chorowały, a w pełnym karetek mieście ludzie w samotności umierają na ulicach - mówi twardo. A Ronja z Jolą pochłaniają spaghetti z sosem, jakby chciały udowodnić, że apetyt jest miernikiem zdrowia.

Nie nudzi się tu. Przy dwóch swoich rusałkach nie może się nudzić. I ma jeszcze to dzierganie w filcu, figurkę młynarza z wełny wyczaruje, i prezesa w kapeluszu, etui na telefon komórkowy, czapki, rękawiczki wełniane z filcu, poduszki i damskie torebki, hitem są filcowe, bieszczadzkie wilki. Bo filcowych niedźwiedzi bieszczadzkich jakoś nikt nie chce. Kapelusz dla męża zrobiła. Henri kapelusz zdejmuje chyba tylko do łóżka i do kąpieli w strumieniu. Berenika już nie jeździ ze swoimi filcowymi cudami na targ do Lutowisk, "wstawia" je do galerii. Albo sprzedaje przez swoją stronę internetową, którą zaprojektował jej Henri.

Tu naprawdę da się żyć i robić jest co, a Natura nie pozwoli zginąć z głodu, jeśli jej się trochę pomoże. Żal im będzie opuszczać Hulskie i Krywe po tym pożarze.
- Może nie na zawsze, może "Plemię Sanu" wróci tu liczniejsze - Heri wciąż marzy.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
rusałka
Taka jest Polska jesli ktos chce cos zrobic to znajda sie zawsze tacy ktorym to przeszkadza. Piekne plany na zycie z natura i najblizszymi, podziwiam i mam nadzieje, ze uda sie w koncu spelnic wasze marzenia;)
K
Krzysiek

Nawet Tadek,skrzypek z knajpy ,,Kolorowa" w Zakopanem spiewa ,,oj Bieszczady oj Bieszczady,na Bieszczady nie ma rady":-)

P
Piotrek
W sumie nietrudno Go zrozumieć. Ja sam jestem na etapie przeprowadzania się w Bieszczady, może nie do takiej bliskości z przyrodą jak Henri ale jednak. Niektórzy patrzą na mnie dziwnie, co tu będziesz robił? z czego żył? Ale wystarczyłoby parę lat w dużym mieście i pracy w korporacji żeby to pojąć. Trzeba przespacerować się w środku nocy z Wołosatego do Wetliny patrząc na niebo jasne od gwiazd by Bieszczady wdrukować w siebie na zawsze...
Dodaj ogłoszenie