"I my mamy potrójne bliźniaki"

Jerzy Mielniczuk
Rodzina Wojtynów liczy dziesięć osób. Ale w ciągu dnia, z wyjątkiem Adriana, który "okupuje” ręce mamy, męska część rodziny jest poza domem. Fot. Jerzy Mielniczuk
Podobieństwo rodzin Wojtynów z Tryńczy i Blicharczyków z Jamnicy jest niesamowite.

- Ja też mam ośmioro dzieci. I tak samo trzy razy urodziłam bliźniaki - mówi Renata Wojtyna.

Maleńki domek w Tryńczy, niedaleko Jarosławia. W sieni, w parach stoją buciki. Głównie na schodach, bo przy tym "metrażu", każdy centymetr powierzchni musi być zagospodarowany. W kuchni Ranata krząta się koło pieca. Jedną ręką odcedza pierogi, na drugiej trzyma głodnego Adriana.

- Lubi sobie podjeść, a pierogi wszyscy uwielbiają. Sto pięćdziesiąt pierogów wystarcza czasami na dwa dni, a potem znowu lepię - mówi mama ośmiorga dzieci.

To identycznie jak u nas

Renatę Wojtynę poznaliśmy przypadkiem. Przed dwoma tygodniami pisaliśmy o Elżbiecie Blicharczyk z podstalowowolskiej Jamnicy. Pani Elżbieta niedawno po raz trzeci urodziła bliźnięta. Ma w sumie ośmioro dzieci.

- To identycznie jak u nas! - prawie krzyczała do słuchawki uradowana Renata. - Ja też mam ośmioro dzieci, w tym sześcioro z bliźniąt. Myślałam, że jestem jedyna taka na świecie, a tu tak blisko mieszka podobna rodzina.

Podobieństwo rodzin Blicharczyków i Wojtynów może dziwić. W jednej i drugiej, wśród dzieci jest równowaga płci - po cztery córki i po czterech synów. Tak Elżbieta, jak i Renata, rodziły pierworodne "pojedyncze" dzieci. Tak samo u Blicharczyków jak i u Wojtynów w bliskiej rodzinie nie było wcześniej bliźniaków. I co najważniejsze, wszystkie z szesnaściorga dzieci chowają się zdrowo.

[obrazek2] Sylwia przed szkołą chciała nauczyć się jazdy na rowerze i swego dopięła.
(fot. Fot. Jerzy Mielniczuk)Od jednego do sześć

Wojtynowie przez większość lat swego małżeństwa, mieszkali w Przeworsku. Oboje pracowali w cukrowni; pożenili się, wynajęli mieszkanie. Po ślubie Bóg obdarzył ich Tomkiem. Sześć lat później na świat przyszedł Marcin, a po dwóch kolejnych latach w maleńkim przeworskim mieszkanku, mieszkało już sześcioro ludzi.

- To była prawdziwa niespodzianka, w którą długo nie mogłam uwierzyć, a mąż to pewnie uwierzył dopiero jak zobaczył dwie córy z jednego urodzenia - wspomina Renata.

Ania i Karolinka rosły jak na drożdżach. Gdy miały po trzy latka, mama znów powędrowała na dłużej do szpitala w Rzeszowie. Kolejne bliźnięta? Oczywiście, że tak! Tym jednak razem, Wojtynów i lekarzy dopadły obawy. Sylwia i Krystian rodzili się jako wcześniacy, w 31. tygodniu ciąży. Lekarze długo walczyli o ich życie, ale walka zakończyła się sukcesem.

Dziś bliźnięta mają po sześć lat i we wrześniu pójdą do "zerówki". Krystian z tamtej walki o życie wyszedł osłabiony, ma lekkie opóźnienie w rozwoju. Dopiero niedawno zaczął mówić, ale nauczyciele zgodzili się przyjąć go do szkoły.

- To dla mnie prawdziwe szczęście, bo wierzę, że wśród rówieśników szybko pokona zaległości - mówi Renata.

Pora na wieś

Po narodzinach Sylwii i Krystiana, Wojtynowie zdecydowali się na przeprowadzkę z Przeworska, do nieodległej Tryńczy. Mieszkanie w Przeworsku okazało się zdecydowanie za małe dla ośmioosobowej rodziny, a do tego było na trzecim piętrze i każde wyjście na spacer z maluchami, było karkołomną wyprawą. Zresztą w cukrowni zaczęło się niedobrze dziać. Nim ich zakład pracy całkiem padł, wzięli kilka pożyczek i wyremontowali część domku rodziców w Tryńczy.

- Pożyczka goniła pożyczkę, ale udało się ten kawałek domu przysposobić na mieszkanie - wspomina Renata Wojtyna. - Mimo ciasnoty, byłam bardzo zadowolona z przeprowadzki na wieś. Tu żyje się inaczej i prawdę powiedziawszy, lżej. Dzieci mają świeże powietrze, mogą wyjść z domu bez obaw, że wpadną pod samochód. Mamy kawałek pola, w chlewie jest świnka, w ogródku świeża jarzyna. Krowy nie mamy i mleko musimy kupować od sąsiadów. Może cudem, ale udaje się nam związać koniec z końcem.

Na cukrownię przyszedł kres i Wojtynowie zostali bez pracy. Ojciec dostał rentę, a matka została bez żadnego zasiłku, nie licząc krótkiego z urzędu pracy. By przeżyć, ojciec sześciorga dzieci imał się dorywczej roboty: w lesie, na polu, przy budowie. Tak jest do dziś, wstaje o czwartej i wraca, gdy dzieci śpią. Na dobrą sprawę widzi je w niedziele i święta. Dwa lata temu, Renata znowu zaszła w ciążę.

- Nie potrzebowałam żadnych badań, bo od razu wiedziałam, że będą bliźniaki - wspomina. - W trzecim miesiącu zaczęłam gwałtownie tyć, a to był wystarczający dla mnie znak. Tyłam i pierwszy raz w życiu bałam się narodzin.

Jeśli ktoś w jakikolwiek sposób chciałby wesprzeć rodzinę Wojtynów, proszony jest o kontakt z naszą redakcją w Stalowej Woli. Tel.: 0-15 844-53-27. Już teraz dziękujemy wszystkim, którzy pomogli rodzinie Blicharczyków.

Kochane maluchy

Dla jasności, mama sześciorga dzieci nie obawiała się samego aktu narodzin, a tego, co po nim nastąpi.

- Myślałam, że na szóstce się skończy i porozdawałam wszystkie dziecięce ciuszki ludziom, którzy ich potrzebowali. Nie miałam nic, poza nadzieją, że Bóg nas nie opuści w potrzebie - mówi Renata.

Opatrzność nie dała zrobić krzywdy Wojtynom i dziś roczne Kamila i Adrian są ulubieńcami całej rodziny. Szybko zaczęły chodzić i teraz wszędzie ich pełno.

- Wszyscy ich najbardziej kochamy - zdradza w zaufaniu Sylwia. - My ich kochamy, a Ania zawsze przy dzieciach pomaga, bo mama by im pewnie sama nie dała rady.

Szkolna część rodziny Wojtynów w miarę dobrze radzi sobie z nauką. Tomek uczy się w ogólniaku, Marcin odkrył w sobie muzyczny talent i został przyjęty do orkiestry dętej. Ania i Karolinka zdały do trzeciej klasy, a Sylwia i Krystian będą dopiero poznawać litery. Na razie wszyscy cieszą się z wakacji. Żadne z nich nigdy dotąd nie wyjeżdżało na kolonie, czy obozy. Co najwyżej do babci w Przeworsku i to na zmianę, bo babcia też do zamożnych nie należy.

I tu dotykamy kolejnego podobieństwa Blicharczyków i Wojtynów. To uciążliwy niedostatek.

- Czasami zastanawiam się, skąd jeszcze mam na to wszystko siły - przyznaje Renata. - Gdy ręce opadają, to sobie w kąciku pochlipię, ale nigdy przy dzieciach. Popatrzę sobie wtedy na śpiące szkraby i od razu mi lżej. Żal i smutek byłyby ostatecznością, która by nas dobiła. Trzeba się cieszyć z tego, co jest, bo to jest tylko raz.

Dzień za dniem

W domu Wojtynów najczęstszym gościem jest radość. Najwięcej jej wieczorem, gdy rozkłada się łóżka do spania. Nawet nie ma wtedy jak nogi na podłodze postawić. Wówczas przychodzi pora na dziecięce harce. Krótkie, bo Kamila i Adrian szybko zasypiają. Potem Sylwia, Krystian, Anna Karolina, Marcin, Tomek i rodzice. O czwartej rano budzi się tata, po nim koło pieca zaczyna się krzątać mama i od najstarszego do najmłodszych, budzą się każde z ich ośmiorga dzieci. I tak mija dzień za dniem.

- Może nie żyjemy w dostatku, ale potrafimy cieszyć się z życia - słyszymy od Renaty. - Tej radości chciałabym też pożyczyć tej pani z Jamnicy, która niedawno urodziła trzecie bliźniaki. Wiem, że jest jej ciężko, ale po to jest życie, by z problemami wygrywać.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie