Koszykarze walczą! Z wózków aż lecą iskry

Tomasz Ryzner
Jan Cyrul to niezniszczalny zawodnik -  mimo 51 lat nadal należy do najlepszych wózkarzy w kraju, jest też ważną postacią reprezentacji Polski.
Jan Cyrul to niezniszczalny zawodnik - mimo 51 lat nadal należy do najlepszych wózkarzy w kraju, jest też ważną postacią reprezentacji Polski. Krzysztof Kapica
Rzeszowscy koszykarze na wózkach od lat nie schodzą z podium mistrzostw Polski. Ale nie tylko o medale tutaj chodzi.

Sukcesy rzeszowskich wózkarzy: 10 tytułów - mistrz Polski, 5 wicemistrzostw, 7 Pucharów Polski. Największe osiągnięcia polskiej reprezentacji: 4 miejsce ME (2009, 2011), 6 miejsce MŚ (2011).

35 lat istnienia
Sekcja koszykówki na wózkach działa w Starcie Rzeszów od 1977 roku. Na pomysł stworzenia zespołu wpadł Henryk Waszkowski, były prezes Startu, który z dyscypliną zetknął się w Holandii. Pierwszym trenerem zespołu był Józef Superson. Miejscem treningów była sala gimnastyczna Zespołu Szkół Budowlanych przy ul. Towarnickiego. Pierwszy mecz na prawdziwych wózkach do koszykówki rozegrany został w 1978 roku w Łańcucie.

Szok, bunt i - na koniec - rezygnacja - podobno tak zwykle reaguje człowiek, gdy świat wali mu się na głowę. Na przykład wtedy, gdy ląduje na wózku. Zawodnicy rzeszowskiego AkcesMed Startu znają te uczucia doskonale, ale nie zamknęli się w czterech ścianach, nie obrazili na los.

W poukładaniu sobie życia na nowo pomogła im koszykówka. Tydzień temu w małej hali na Podpromiu zdobyli wicemistrzostwo Polski. To 18. krążek dla najbardziej utytułowanej drużyny stolicy Podkarpacia.

Jest srebro, a niewiele brakło, aby było złoto. Finałowy mecz ze Startem Warszawa rozpoczęli koncertowo - prowadzili 19:5.

Pod koniec więcej atutów mieli jednak warszawianie, którzy ostatecznie pokonali gospodarzy 54:49.

- To nie rywale wygrali, ale my przegraliśmy - komentował na gorąco Jan Cyrul (rocznik 1962), kapitan rzeszowskiej ekipy.

Człowiek orkiestra

Popularny "Johny" w wieku 19 lat stracił obie nogi. Był wtedy maszynistą. W Kędzierzynie-Koźlu wyskakiwał z ostatniego wagonu. Wpadł pod ostatnie koła pociągu.

- Była rozpacz, ale krótko po wypisaniu ze szpitala trafiłem do klubu i złapałem sportowego bakcyla. Regularne treningi, mecze pozwoliły mi wziąć się garść. Jak się człowiek dobrze zmęczy, to nie ma siły bić się z myślami i rozczulać się nad sobą - przekonuje Cyrul.

W Starcie jest człowiekiem orkiestrą; zabiega o sponsorów, załatwia sprawy papierkowe, organizuje obozy, pomaga młodym, a z racji ogromnego doświadczenia (udział w mistrzostwach Europy, świata i paraolimpiadzie) wspomaga też w pracy trenera Mariusza Michalczyka.

Trochę za późno

- Bez Janka tej drużyny by chyba już nie było - ocenia Mariusz Szmuc. Center wicemistrza Polski w 2001 roku omal nie skończył jak Zbigniew Cybulski.

Słynny aktor zginął we Wrocławiu, próbując wskoczyć do pociągu. Szmuc próbował zrobić to samo na dworcu w Krakowie.

- Byłem na przepustce w wojsku - wspomina. - Jechałem z Poznania do Łańcuta. W Krakowie wyskoczyłem kupić coś do jedzenia. Pociąg ruszył, poślizgnąłem się na schodach i wylądowałem między wagonami a peronem. Jedną nogę amputowano mi powyżej kostki, drugą na wysokości śródstopia.

W młodości grywał amatorsko w Sokole Łańcut. Do rzeszowskiego Startu trafił jako 23-latek. - Za późno. 3 lata wcześniej przyszedłem do hali na Podpromiu, wypytywałem o wózkarzy, ale jakiś gapowaty portier przekonał mnie, że nikt taki tu nie trenuje.

Szmuc może gdybać na temat swej kariery. Miał potencjał, aby załapać się do zagranicznej zawodowej ligi, w której zarobki w wysokości kilku tysięcy euro nie są rzadkością.

- Mam rodzinę, dobrą pracę, o zachodniej lidze już nie myślę, ale z koszykówki nie zrezygnuję. Dała mi wiele. To banał, ale po takich wypadkach uprawianie sportu jest świetną rehabilitacją, do tego superzabawą, okazją, aby przeżyć coś fajnego, poznać ludzi.

"Wyłączyło" mu nogi

W niedzielnym meczu o złoto rzeszowian dobił w końcówce kilkoma rzutami Piotr Pawełko, wychowanek naszego klubu.

- Mój przypadek? Lekarze nie wiedzą, co mi jest. Pewnego dnia po prostu "wyłączyło" mi nogi. Badania nie wykazały żadnych urazów. Zostaje nadzieja, że kiedyś tak samo nagle odzyskam zdrowie. A basket? Uwielbiam tę grę. Myślałem o zawodowej lidze, ale studia, praca, sprawy rodzinne trzymają mnie w Polsce - mówi gracz świeżo upieczonego mistrza Polski.

Nie tak łatwo skończyć

Basket na wózkach, jak już wciągnie, to na dobre. Ryszard Zawada (rocznik 1959) jest jedynym zawodnikiem, który gra w Starcie od samego początku. Kilka razy kończył już z graniem, ale w tym sezonie znowu rzucał do kosza (choć w finałowym turnieju nie zagrał).

- Miałem rok, gdy dopadła mnie choroba Heinego-Medina. Pojawił się zanik mięśni i później sport był jak znalazł, aby się jakoś pozbierać, poczuć sprawniejszym - mówi Zawada, który trenował nie tylko basket.
Został m.in. wicemistrzem Polski w rzucie dyskiem.

- Fajne jest to, że w kosza można grać bardzo długo. Ja jestem tego najlepszym przykładem. Wypadałoby już skończyć, ale coś mnie ciągle ciągnie na boisko - śmieje się center Startu i szczęśliwy ojciec trzech córek.

Mateusz gwiazdą

Najsłynniejszym wychowankiem Startu jest Mateusz Filipski (rocznik 1988).

- Będę zawodowym koszykarzem - zapewniał 10 lat temu w rozmowie z Nowinami.

Miał wtedy 16 lat, a za sobą amputację nogi i chemioterapię. Rak kości został pokonany i "Mati" w mig dopiął celu. Najpierw pomógł Startowi zdobyć kilka tytułów mistrza Polski, a potem szlifował talent we Włoszech, Niemczech i w końcu trafił do Galatasaray Stambuł, z którym wygrał Ligę Mistrzów.

Mateusz należy do najlepszych graczy w Europie - jest ceniony i doceniany. "Galata" płaci najlepszym wózkarzom po kilkadziesiąt tysięcy euro za sezon. Sami Turcy kuszą Mateusza do przyjęcia obywatelstwa, bo chcą, aby wygrał dla nich medal w Rio de Janeiro. Drużyna znad Bosforu ma podobno obiecany milion euro za złoto.

- Mój cel? Chcę być po prostu najlepszy w tej zabawie - przekonuje rzeszowianin.

Albumy za mistrzostwo

Polscy wózkarze o zarobkach mogą jedynie pomarzyć.

- Jesteśmy stuprocentowymi amatorami - mówi Cyrul. - W innych krajach, nawet w Czechach, zawodnik może liczyć na jakiś grosz. My się cieszymy, jak uzbieramy na nowy wózek dla zawodnika.

Budżet Startu to kilkadziesiąt tysięcy złotych na sezon. Rzeszowski ratusz w tym roku wysupłał dla wózkarzy 15 tysięcy złotych.

Firma AkcesMed fundnęła nowoczesny wózek, dorzucając 8 tysięcy. Taka sama kwota kapnęła koszykarzom z tzw. jednego procenta, 12 tysięcy dorzuciło ministerstwo.

- Zawodnicy mieszkają nie tylko w Rzeszowie. Kilku musi dojeżdżać. Na sam zwrot za paliwo idzie sporo grosza - komentuje kapitan Startu.

W innych krajach sponsorami drużyn są banki, duże firmy.

- Oczywiście nie oczekujemy, że nagle zaczniemy zarabiać po kilka tysięcy - mówi Cyrul. - Nie jesteśmy siatkarzami, nie ma nas w telewizji, na mecze nie przychodzą tłumy. Trochę jednak było przykro, gdy po kolejnych mistrzostwach doceniano nas kolejnymi albumami Rzeszowa.

Profesjonalny wózek do gry w kosza to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Mirosław Filipski, mechanik klubu (ojciec Mateusza) robi co może, ale "park maszyn" Startu jest już mocno wysłużony.

- Niejeden jeździ na pospawanym sprzęcie. Mamy właściwie dwa nowoczesne wózki. Ostatnio firma GTM podarowała mi taki w nagrodę za 30 lat gry - mówi Cyrul.

Miękka młodzież

Młodzi niespecjalnie garną się do koszykarskiej sekcji.

- Pojawiają się, ale szybko się zniechęcają. Chcieliby po kilku treningach umieć nie wiadomo co. Nie każdy ma jednak taką łatwość uczenia się tej gry jak ja - uśmiecha się Szmuc.

- Ta zabawa może pomóc człowiekowi psychicznie i fizycznie - podkreśla kapitan Startu. - Mamy większą siłę w rękach, bez porównania lepiej radzimy sobie z codziennymi sprawami, niż osoba, która tylko siedzi w domu. Treningi nie są lekkie, trzeba się napocić, ale teraz to betka w porównaniu do dawnych czasów. Za PRL-u zasuwaliśmy na 25-kilogarmowych wózkach. Dziś waży on 10 kilogramów.

Byle nie głupio

Człowiek na wózku budzi współczucie, ludzie nie bardzo wiedzą, jak się zachować w obecności niepełnosprawnego. Bywa że zachowują się głupio, by nie powiedzieć chamsko.

- Na obozie w Wiśle zdarzyło się, że ochroniarze wyprosili nas z lokalu. Podobno przygnębialiśmy klientów. Ciśnienie mi się podniosło, ale machnąłem ręką - wspomina Cyrul. - Nie użalamy się nad sobą i nie ma powodu patrzeć na nas z politowaniem.Życie dało nam w tyłek, ale nie zamknęliśmy się w czterech ścianach. Większość ma rodziny, normalnie pracuje,.

Wózkarze mają dystans do siebie i żartują ze swoich przypadłości. - Umiemy się z siebie pośmiać. Nazywamy się żartobliwie "niepełnosprytni" - mówi Cyrul.

Emocje gwarantowane

Start ogląda zwykle kilkudziesięciu kibiców. Kiedy na mecz zajrzą studenci fizjoterapii, padają rekordy frekwencji (ok. 300 osób).

- W zawodowych ligach na mecz przychodzi nierzadko po kilka tysięcy ludzi, ale jak na naszej salce pojawi się z 200 ludzi, to klimat też jest fajny - zauważa Cyrul.

Kto widzi mecz Startu pierwszy raz, może poczuć się lekko przytłoczony. Poczucie dyskomfortu, myśl, że ogląda się tylko element rehabilitacji szybko jednak znika.

Basket na wózkach zawiera wszystkie elementy gry pełnosprawnych koszykarzy. Emocje tu nie mniejsze, często większe niż w meczach PLK.

- Jak po drugiej stronie jest Warszawa, to nie ma przeproś. Grają wtedy najlepsi w Polsce i nikt nie chce przegrać. Z wózków czasem aż iskry lecą - śmieje się kapitan wicemistrzów Polski.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie