Ktoś musiał odejść, bym ja mógł żyć. Pamiętam o tym i nie zapomnę

Jakub Hap
Bartek Wilk z Jasła od dziecka zmagał się z chorobą nerek. W końcu przestały działać... Gdy rówieśnicy przygotowywali się do matury, on spędzał godziny na dializach. Dziś ma 28 lat i jest już po dwóch przeszczepieniach. Za dar nowego życia dziękuje, pomagając innym.

Momentu diagnozy choroby nie pamięta, miał wówczas tylko trzy lata. Z relacji rodziców wie jednak, że wszystko zaczęło się od powiększenia węzłów chłonnych. Bartek został skierowany przez lekarza do Rzeszowa na USG nerek, które wykazało pewne nieprawidłowości w ich funkcjonowaniu.

- Okazało się, że cierpię na refluks pęcherzowo-moczowodowy. Problem polegał na tym, że mocz nie spływał do pęcherza, pozostawał w nerkach, w konsekwencji uszkadzając je - tłumaczy 28-latek z Jasła.

Leczenie rozpoczęło się niemal z marszu. Najpierw w Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie. Gdy Bartek miał sześć lat dołączył do grona pacjentów Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Przeszedł tam trzy zabiegi poszerzenia przewodów moczowych. Mniej więcej w tym okresie, jakby kłopotów było mało, zaczął zmagać się z nadciśnieniem.

Bez tabu
Od tym, że dotknęło go coś, od czego inne dzieci - przynajmniej w najbliższym otoczeniu - były wolne, wiedział od najmłodszych lat. Rodzice niczego przed nim nie ukrywali, choroba nigdy nie była tematem tabu.

Nawet gdy Bartek poszedł do szkoły, a trzeba zaznaczyć, że praktycznie do osiągnięcia pełnoletności uczył się jak większość rówieśników - najpierw w „dziewiątce”, później gimnazjum nr 2, a następnie technikum ekonomicznym („Ekonomik”). - Koledzy wiedzieli co mi jest, zupełnie się z tym nie kryłem, bo po co? Nie uważałem, jakoby moja choroba była powodem do jakiegokolwiek wstydu, nie czułem się też w żaden sposób wykluczony - tłumaczy Bartłomiej Wilk.

Jak sam przyznaje, problemy zdrowotne - mimo świadomości powagi sytuacji - nie uprzykrzały mu życia na tyle, by nie mógł normalnie funkcjonować. Praktycznie do 2005 roku. W podstawówce i gimnazjum korzystał z życia, jak gdyby nigdy nic...

Dobrze do czasu
Gdy zaczął mieć pod górkę, był w połowie nauki w technikum i powoli myślał już o zbliżającym się nieubłaganie egzaminie dojrzałości. Choroba mocno wsiąknęła jednak w codzienność nastolatka. Gdy jego koledzy coraz więcej czasu poświęcali na naukę, on miał przed sobą walkę, w której skutki porażki mogły być o wiele groźniejsze, niż w przypadku oblania matury.

- Gdy ponownie zacząłem leczenie w Rzeszowie, nerki już praktycznie nie pracowały. To, że organizm jeszcze jako tako funkcjonował wynikało z diety, którą zacząłem stosować mając piętnaście lat. Ziemniaczanej, bardzo restrykcyjnej. Właściwie to chyba za jej sprawą pierwszy raz odczułem chorobę w codzienności - wyznaje B. Wilk.

Dieta, choć uciążliwa, przynosiła efekty. Do czasu... W październiku 2005 roku Bartek musiał rozpocząć dializy otrzewnowe. Początkowo do specjalistycznej aparatury mógł podłączać się sam - miał ją w domu. Sprzęt został mu udostępniony przez rzeszowski szpital wojewódzki nr 2.

- Wtedy dializy nie były jakimś strasznym utrapieniem. Odbywały się, gdy spałem, dzięki czemu wprowadzony w nocy płyn mógł oczyszczać organizm w ciągu dnia. Dyskomfort z tym związany, bo tego płynu było około trzy litry, doskwierał, ale dało się to znieść. Podobnie jak konieczność samodyscypliny - nie mogłem kłaść się i wstawać kiedy chciałem. Faktycznym problemem były dla mnie zakażenia otrzewnej podczas dializ. Pierwsze zaliczyłem już w listopadzie. Trzeba było szybko jechać do szpitala... - wspomina Bartłomiej.

Jasło-Rzeszów-Jasło
Na domowych dializach nie pociągnął jednak długo. W związku z zaistniałymi powikłaniami te okazały się już niewystarczające i Bartek musiał zaakceptować konieczność częstych wyjazdów do Rzeszowa. Rozpoczęły się hemodializy. W stolicy Podkarpacia musiał się meldować dwa razy w tygodniu i każdorazowo spędzać tam dobrych kilka godzin. Zważając na dojazd, oczekiwanie na start zabiegu, każda hemodializa to dzień wycięty z kalendarza.

- Zmiana formy leczenia, na szczęście, nie wiązała się z żadnymi wydatkami. Wszystko było finansowane z NFZ. Pomijając początki, kiedy to do Rzeszowa odwoził mnie tata a szpital, mimo pierwotnych ustaleń, nie chciał zwrócić nam pieniędzy za benzynę. Z czasem na zabiegi zacząłem jeździć karetką, która zabierała mnie z Jasła, następnie inną osobę z okolic Wielopola Skrzyńskiego, a potem podjeżdżała pod szpital. Po zakończeniu dializy byłem odwożony do domu - mówi 28-latek.

Pogorszenie stanu zdrowia i wzmożone leczenie przypłacił koniecznością kontynuowania nauki w trybie indywidualnym. Bardzo chciał zdać maturę, a zaległości miał spore... Nie chował jednak głowy w piasek, walczył.

Dar od 16-latka
W obliczu zupełnej już niesprawności nerek Bartek zaczął marzyć o przeszczepie. Zwłaszcza po rozpoczęciu wyczerpujących hemodializ. Pierwszy błysk nadziei pojawił się w kwietniu 2006 roku, kiedy to otrzymał informację o dawcy i wezwanie do Katowic. Wówczas jednak, w związku z przeziębieniem, jak na złość nie mógł spełnić wymagań kwalifikacyjnych do zabiegu. Kolejna szansa nadeszła 27 czerwca - i tym razem ją wykorzystał. Operacja odbyła się dzień później, w szpitalu w Szczecinie.

- Nerka, którą mi wszczepiono, miała pochodzić od tragicznie zmarłego 16-latka. Ponoć jadąc na rowerze, zderzył się z samochodem... Świadomość, że działa we mnie narząd innego człowieka, wywołała w mojej głowie mnóstwo pytań i refleksji. Gdzieś w sercu wyzwoliła się olbrzymia wdzięczność rodzicom tego chłopca, za to, że mimo wielkiej tragedii, zgodzili się, by ich zmarły syn mógł dać komuś, w tym przypadku mnie, nadzieję. Wszczepiony organ podjął prawidłową pracę, do domu mogłem wrócić już po trzynastu dniach. Drugą nerkę od tego samego dawcy otrzymała dziewczyna w moim wieku, Marta. Leżeliśmy razem na oddziale. Dzięki temu 16-latkowi na swój sposób staliśmy się jak brat i siostra, do dziś utrzymujemy kontakt - wyznaje Bartek.

Przywołując w pamięci wizytę w Szczecinie jaślanin podkreśla, że takiej opieki jak ta, którą mu tam zapewniono, nie otrzymał w żadnym innym szpitalu. Wielkie oddanie i życzliwość wszystkich pracowników - od lekarzy po salowe - do dziś wspomina z dużym podziwem. Po zabiegu odwiedził ich jeszcze niejednokrotnie, przy okazji badań kontrolnych.

Czas na powtórkę
Z nową nerką Bartek stopniowo mógł wracać do normalnego życia. Co najważniejsze udało mu się pozytywnie zdać maturę i egzamin zawodowy. Dzięki wyrozumiałości i dużej pomocy nauczycieli - jak podkreśla. W październiku 2006 roku rozpoczął studia na miejscowym wydziale Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Wybrał pedagogikę. Równolegle podjął pracę jako fotograf w jasielskim studiu Fotos, gdzie pracuje do dziś. Studiów ostatecznie nie skończył, za bardzo kolidowały z zajęciem wykonywanym zarobkowo.

Trzy lata po przeszczepie znów pojawiły się problemy. Przeszczepiona nerka zaczęła szwankować, lekarze podjęli decyzję o jej wycięciu. Życie Bartka ponownie zaczęło kręcić się wokół dializ - z tą różnicą, że wówczas mógł odbywać je już w Jaśle. Gdy pojawił się temat powtórnego przeszczepu, przez długi czas był na nie. - Pojawiła się we mnie blokada. Czułem, że jeśli się zgodzę, odbiorę komuś szansę, a ja swoją przecież już otrzymałem. A że wyszło jak wyszło? Twierdziłem, że widocznie tak musiało być. Do decyzji o drugim przeszczepie dojrzewałem długo. Podjąłem ją, m.in. dzięki namowom rodziny i Pauliny, wówczas jeszcze dziewczyny, a od czterech lat żony. Jesteśmy parą od ostatniej klasy gimnazjum. Cały czas była przy mnie - mówi Bartek.

Nową nerkę wszczepiono mu w 2010 roku w szpitalu w Poznaniu. Dawcą był zmarły 34-latek, drugi biorca miał ponad 60 lat. Organizm Bartka przyjął organ - wciąż działa jak należy.

Pomagać
Dziś Bartek żyje pełnią życia. Choć wie, że różnie może być, ufa, że wszystko co złe, jest już za nim. W czasie wolnym od pracy zawodowej z oddaniem poświęca się aktywności społecznej - m.in. na niwie ogólnopolskiego stowarzyszenia „Życie po przeszczepie”, działającego na rzecz wzrostu społecznej świadomości w temacie transplantologii, promocji świadomego dawstwa. Czuje, że w ten sposób po części może spłacić dług tym, którym zawdzięcza życie.

- Kiedyś niespodziewanie zadzwonił do mnie mężczyzna podający się za ojca dawcy, od którego otrzymałem pierwszą nerkę. Namierzył mnie chyba po dacie przeszczepu, widocznej na moim profilu na forum Stowarzyszenia. Chciał się spotkać, odmówiłem - nie wiedząc, jakie miał intencje. Uszanował to… Od tamtej pory rok w rok przesyła mi SMS-a ze świątecznymi życzeniami - opowiada B. Wilk.

Kilka lat temu wraz z przyjaciółmi założył Jasielskie Stowarzyszenie Consensus, które odpowiada m.in. za coroczną organizację w Jaśle finału WOŚP. 28-latkowi po przejściach trudno usiedzieć w miejscu. Dwa razy dostał nowe życie. Nie chce tego zmarnować.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie