Kuba Badach: Święta spędzę tylko z Olą!

Marcin Kalita
Może wybrałem drogę trudniejszą, bardziej wyboistą, ale ja zawsze chciałem być dobrym muzykiem, a nie topowym wokalistą skaczącym po scenie.
Może wybrałem drogę trudniejszą, bardziej wyboistą, ale ja zawsze chciałem być dobrym muzykiem, a nie topowym wokalistą skaczącym po scenie. Marcin Kalita
Mam dość plotek na swój temat, wyssanych już chyba nawet nie z palca - mówi KUBA BADACH, muzyk, kompozytor, wokalista, prywatnie mąż Aleksandry Kwaśniewskiej.

- Widziałeś film "Pamięć absolutna"?

- Owszem.

- Patrząc na twoją trasę koncertową, śmiem twierdzić, że takową posiadasz. Codziennie występujesz z innym projektem. A mało ich nie jest.

- Z pamięcią jest u mnie niestety coraz gorzej (śmiech). Rzeczywiście już któryś miesiąc z rzędu każdego dnia przelogowuję się z Poluzjantów na The Globetotters lub z koncertu poświęconego pamięci Andrzeja Zauchy na Poluzjantów akustycznie. Do tego doszedł jeszcze "Mark Knopfler - Die Straits symfonicznie" i spektakl z muzyką Włodka Pawlika do poezji Józefa Czechowicza. W tym roku mają dojść kolejne dwa projekty, więc będzie jeszcze ciekawiej (śmiech). Chyba najwyższy czas trochę odpocząć.

- Andrzeja Zauchę poznałeś już jako 12-latek. Chcesz mi powiedzieć, że takiemu dzieciakowi te kontakty aż tak utkwiły w pamięci, że po 25 latach postanowiłeś oddać mu hołd?

-Do stworzenia albumu "Tribute to Andrzej Zaucha" zainspirowała mnie Ewa Sokołowska, jego wieloletnia menedżerka, a później także moja. Podczas jednego ze spotkań powiedziała mi, że chyba już najwyższy czas oddać hołd mistrzowi, od którego jednak wiele się nauczyłem. Siedem lat pracowaliśmy nad tym projektem. Dopiero w 2008 roku upór brata Ewy Bem, z którym wówczas współpracowałem, doprowadził do tego, że nasze starania nie poszły na marne. Otrzymaliśmy zielone światło, a album ujrzał światło dzienne.

- Tym samym, dzięki tobie, młodsze pokolenie dowiedziało się, że był kiedyś ktoś taki.

- To było jednym z naszych celów. I chyba odnieśliśmy jakiś sukces, bo po koncertach podchodzą do mnie młodzi ludzie i mówią, że dzięki tej płycie zaczęli szperać w Internecie i odkrywać jego świetne numery. W ten sposób chcieliśmy zachować o nim pamięć. Mam nadzieję, że patrzy na nas z góry i że mu się podoba.

- Wróćmy do początków. Twoja przygoda z profesjonalną estradą zaczęła się od międzynarodowego musicalu "Dziecko pokoju".

- Rzeczywiście było to dość "zagraniczne dziecko". W musicalu, prócz polski dzieci, brali udział także mali Amerykanie i Litwini. Jego przesłanie polegało na tym, że dzieci poprzez swój śpiew zapobiegały katastrofie nuklearnej.

- Musiałeś być cudownym dzieciakiem, skoro zaangażowano cię do takiego przedsięwzięcia.

- Bez przesady. W Zamościu, gdzie chodziłem do szkoły muzycznej, ogłoszono nabór do tego musicalu. Poszedłem do klubu, w którym miały odbyć się przesłuchania. Nie było w nim jeszcze nikogo. Był za to fortepian. Usiadłem i zacząłem grać piosenki Beatlesów, którymi wówczas byłem zafascynowany. Po chwili dosiadł się do mnie jakiś facet i zaczął grać razem ze mną. Był to Wiesław Pieregorólka. I bez przesłuchania zostałem przyjęty do zespołu.

- Dostałeś szansę na współpracę z jego bandem. Pojawiałeś się na estradzie obok takich gwiazd jak Ryszard Rynkowski, Mietek Szcześniak czy wspominany Zaucha.

- Było dokładnie, jak mówisz. Z sentymentem wspominam tamten czas.

- Dosłownie za chwilę nagrałeś swoją pierwszą płytę "Gwiazdkowe cuda", do której muzykę napisał Pieregorólka. Tekstami okrasił ją m.in. Jacek Cygan, a w nagraniach wzięli udział tacy giganci polskiego jazzu jak Henryk Miśkiewicz i Zbigniew Namysłowski. Miałeś cholerne szczęście!

- Świadomość tego, co udało mi się wtedy jakimś zbiegiem okoliczności dokonać, przyszła dopiero po latach. To były naprawdę piękne czasy! Bo oto najzwyklejszy w świecie małolat z miasteczka Krasnystaw trafia do wielkich studiów nagraniowych w Warszawie.

- Po kilku latach przyszedł czas na Roberta Jansona i jego "Małe szczęścia". Właściwie to lider Varius Manx odkrył Kubę Badacha dla szerszej publiczności.

- Coś w tym jest. Byłem wówczas na I roku wokalistyki w Katowicach. Moją kandydaturę zaproponował Filip Siejka, z którym znaliśmy się ze współpracy z Kayah. Zostałem zaproszony na nagrania próbne do Warszawy. Spodobało się i już następnego dnia nagraliśmy "Małe szczęścia". Następnie zostałem zaproszony do udziału w teledysku. Specjalnie do zdjęć założyłem czapkę, żeby mnie było trudniej rozpoznać (śmiech). Utwór okazał się wielkim przebojem. Później nagrałem jeszcze kilka utworów na drugą płytę Roberta "Nowy świat". Zagraliśmy też parę fajnych koncertów. Jednak nie poszedłem w stronę artysty popularnego, bo w tym czasie dostałem od swoich profesorów propozycję dołączenia do ich formacji The Globetotters i wyjazdu z nimi na trasę po klubach jazzowych. Nie zastanawiałem się ani przez moment, bo dzięki temu u boku mistrzów mogłem nauczyć się solidnego rzemiosła. Może wybrałem drogę trudniejszą, bardziej wyboistą, ale ja zawsze chciałem być dobrym muzykiem, a nie topowym wokalistą skaczącym po scenie.

- Może i nie chciałeś, ale popularność sama się o ciebie upomniała. Zdajesz sobie sprawę, że byłeś jednym z głównych bohaterów - jak to opisywały tabloidy - polskiego ślubu stulecia!

- Było to wydarzenie nawet wszech czasów, ale dla mnie i mojej żony. Przy jego okazji uświadomiłem sobie wiele przykrych rzeczy w funkcjonowaniu mediów. Na świecie żyje sześć miliardów ludzi i większość związanych ze sobą ma ślub. Nie zamierzam się też skarżyć na działalność mediów, bo i tak by mi nikt w moje tłumaczenia nie uwierzył. Każdy ma własną interpretację, a nawet lepiej wie co czuję i jakie motywy mną kierują. Musiałbym się wyprowadzić z kraju, a ja po prostu lubię żyć w Polsce!

- Nawet nie musisz się wyprowadzać, bo nie żyjesz w związku partnerskim.

- No tak (uśmiech).

- Pod koniec ubiegłego roku wróżbici spekulowali, że już w połowie tego Ola Kwaśniewska urodzi dziecko… Wiesz coś na ten temat?

- Przerażasz mnie.

- To nie ja!

- Sorry, nie ty, ale żeby uciąć ten temat… Moje postanowienie noworoczne polegało na wyłączeniu polskiego Internetu. Mam dość plotek na swój temat, wyssanych już chyba nawet nie z palca. Szczególnie tych, które powtarzane wielokrotnie stają się dla niektórych prawdą. Doczekaliśmy się czasów, w których rzetelność dziennikarska nie istnieje. Każdy może sobie pisać, co mu się żywnie podoba. Jak więc mam traktować wszelkie inne podawane informacje z kraju czy ze świata? Skoro o mnie pisze się nieprawdę, to może reszta wiadomości też jest wzięta z kosmosu!

- Zatem, żeby nie było plotek, sięgam do źródła i pytam, gdzie w tym roku spędzisz Wielkanoc?

- Na wakacjach (śmiech).

- ???

- Po kilkumiesięcznej orce, w końcu będę miał wolne i wyjeżdżam za granicę. Tak więc w tym roku, po raz pierwszy od wielu lat, święta niestety nie w gronie rodzinnym.

- Jak to? Bez żony?

- Nieeee, no z żoną! Ale tylko we dwoje, bez rodziców i teściów.

- Rozumiem, że mimo wyjazdu z Polski, będzie tradycyjne wielkanocne śniadanie.

- Oczywiście!

- Święconka? Kto pójdzie z koszyczkiem?

- Tego jeszcze nie wiem, ale jajka na pewno poświęcę (śmiech).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie