Lichwa na wekslach. Coraz więcej poszkodowanych

Andrzej Plęs
Do lichwiarzy po pożyczkę idzie się w akcie desperacji, a nie z wyboru - uczula Wojciech Perliński. - A oni to wykorzystują, pozbawiając ofiarę wszystkiego.
Do lichwiarzy po pożyczkę idzie się w akcie desperacji, a nie z wyboru - uczula Wojciech Perliński. - A oni to wykorzystują, pozbawiając ofiarę wszystkiego. Krzysztof Kapica
Dziesiątki ludzi na Podkarpaciu straciło majątki na interesach z Jarosławem K. A może setki? Nikt nie wie, ilu tak naprawdę padło ofiarą lichwy, bo niewielu ma odwagę się do tego przyznać.

Wojciech Perliński, prezes "Stowarzyszenia 304 kk," mówi, że z powodu lichwiarskich pożyczek w grupie rybnickiej troje ludzi popełniło samobójstwo. Kiedy mężczyzna przeczytał w internecie, że ktoś jego dom wystawił na licytację, zszedł do piwnicy i zawiązał pętlę na szyi. Drugi nie wytrzymał, kiedy przechodził z żoną obok torów kolejowych. Powiedział jej tylko: nie mamy już domu, po czym rzucił się pod nadjeżdżający pociąg. Przykłady nieszczęść Perliński może mnożyć. Na Podkarpaciu też są ofiary, choć niewielu ma odwagę się do tego przyznać, a tylko niektórzy zawiadomili organy ścigania.

- Jechałem z nim samochodem, co chwilę pokazywał palcem na lewo i prawo, chwalił się: to już mój dom, tamta działka też moja, ten dom już prawie zabrałem, a tu mam dwa mieszkania - pan Stanisław opowiada swoje doświadczenia z Jarosławem K. Koszmarne doświadczenia, bo - jak mówi - ze znakomicie prosperującego przedsiębiorcy przez pana K. stał się niemal bankrutem. I nieustającym jego dłużnikiem.

Ratujemy - bankrutujemy

Pan Stanisław nie na zbytki potrzebował tych 350 tysięcy. Na operację ratującą życie córki potrzebował, na tyle skomplikowaną, że zdecydowali się jej podjąć tylko lekarze amerykańscy. Mógł te pieniądze wziąć z banku, ale o czas chodziło, a czas w tym przypadku mógł decydować o powodzeniu operacji. Do pana K. trafił przez "naganiacza" - jak określił tego mężczyznę. Pan K. obiecał 350 tysięcy pod zastaw domu, który pan Stanisław z żoną już dawno temu przepisali na nieletnią córkę, żeby jakoś ją zabezpieczyć. K. obiecał, ale nie dawał, choć wcześniej panowie spisali akt notarialny, że pan K. daje panu Stanisławowi 350 tys. na dwa lata.

- Nie odbierał telefonów, esemesów, jeśli udało mi się go dopaść, to rzucał mi po kilkadziesiąt tysięcy, co nie rozwiązywało problemu operacji córki - opowiada pan Stanisław. - I od każdej takiej "raty" odbijał sobie po kilka tysięcy, bo - tłumaczył - tak by zrobił bank.

Mówi, że nigdy nie dostał obiecanych 350 tysięcy. Może ze 200 tys. by się uzbierało, ale pan K. już wcześniej położył łapę na domu chorej córki Stanisława.
- A pewnego razu oświadczył, że nie da mi pieniędzy, jeśli nie wezmę z jego sklepu kilkudziesięciu litrów płynu do mycia naczyń - opowiada pan Stanisław. - I jeszcze jakieś stare lampy, połamany telewizor, wszystkiego na dziesięć tysięcy.

Nie jemu pierwszemu pożyczkodawca wcisnął płyn do garów. Relacje między panami nie mogą się skończyć od lat kilku, bo pan K. wniósł do sądu pozew o zwrot 350 tysięcy, wlazł na hipotekę domu córki pana Stanisława, a rękami komornika - nawet na jej świadczenia rentowe.
- Wcale nie chodzi mu o zwrot pieniędzy - przekonany jest pan Stanisław. - Chodzi wyłącznie o przejęcie nieruchomości.

Hektary za 100 tysięcy

Pani Anna spod Leżajska znalazła się w poważnym kłopocie finansowym, kiedy powódź z 2010 roku zmyła jej kilka hektarów zakontraktowanych już upraw. Mogła z nich wyjść, gdyby zdobyła ledwie 30 tysięcy złotych na spłatę zaległości wobec ZUS i urzędu skarbowego, ale banki nie kwapiły się do udzielenia kredytu. Zabłądziła do kancelarii prawniczej po poradę, trafiła do tej, która prowadzi sprawy Jarosława K.

- Jego prawnik oświadczył wprost, że ten pan bierze 36 procent od wysokości pożyczki, ale można się z nim dogadać - opowiada pani Anna.
Pan K. oświadczył, że dla niego 30 tys. to nie interes, nie daje "poniżej setki". To wzięła to najniższe z możliwych 100 tysięcy, co poręczyła dwudziestosiedmioarową działką, na której stał nowy dom murowany, stary drewniany, murowana stodoła plus cztery hektary pola. I - na swoje nieszczęście - zgodziła się, żeby K. siadł na hipotece tego wszystkiego. Pieniądze miała już niemal w ręce, kiedy pan K. zażyczył sobie jeszcze zabezpieczenia pożyczki w postaci samochodu i zbiornika na paliwo o pojemności 5 tys. litrów. Pełniutkiego oleju napędowego.

- Byłam w desperacji, zgodziłam się - przyznaje kobieta. - Spisaliśmy umowę wekslową, nigdy nie dostałam obiecanych 100 tysięcy, ale na umowie wekslowej winna jestem temu panu 136 tysięcy. A w ogóle to pan K. po podpisaniu umowy oświadczył, że nie wypłaci mi pieniędzy, jeśli nie kupię od niego 600 opakowań płynu do mycia naczyń.

Nim pani Anna zaczęła spłacać zadłużenie, na jej nieruchomościach siadł komornik. Najpierw ten z Łańcuta, potem ten z Leżajska. A ona nie rozumie, dlaczego leżajski komornik prowadzi wobec niej już dwa postępowania, a każde na tę samą kwotę 136 tysięcy. Pan K. nie czekał, w jej urzędzie gminy wywiesił obwieszczenie o egzekucji na jej nieruchomościach. Teraz ani ona, ani jej mąż nie mają niczego, mieszkają w domu, na którym rękę położył pan K. Mąż pani Anny wylądował w szpitalu na zawał.

Jarosława K. Krzysztof nigdy wcześniej nie widział. Zobaczył długo po swoim rozwodzie, kiedy ten pojawił się u niego z żądaniem spłaty długu, którego Krzysztof nigdy nie zaciągnął. Okazało się, że zaciągnęła go u Jarosława K. była żona Krzysztofa. I zrobiła to, kiedy byli już po rozwodzie, ale sądowy podział majątku wciąż trwał. Dostała ponoć 300 tysięcy na rozkręcenie interesu z firankami, po czym znikła za wielką wodą. Pod zastaw dała panu K. dom, który był jej i męża współwłasnością. Kiedy pan K. pojawił się u Krzysztofa po zwrot długu byłej żony, wysokość zadłużenia niemal dorównywała wartości domu.

Organy ścigają?

Na doniesienie do prokuratury zdecydowała się pani Anna, potem Tomasz Hawryłeczko, Waldemar Ruszel też nie zwlekał, pan Stanisław zrobił to samo, nie mogąc panu K. darować żerowania na chorej córce. Potem następni, którzy nie mogą wyplątać się z misternej pułapki zadłużenia, jaką na nich zastawił Jarosław K.

"Działania J. K. było świadomym działaniem oszukania i wykorzystania pokrzywdzonych, a następnie przejęcia ich majątku za bezcen w drodze licytacji" - napisała pani Anna do Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Na Jarosława K. do Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie doniósł Waldemar Ruszel: doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzania mieniem. To samo zarzuca mu pan Stanisław z żoną, o czym obszernie zawiadamiają Prokuraturę Rejonową dla Miasta Rzeszowa. Oni zarzucają panu K. już nie tylko "doprowadzenie", ale wprost - lichwę. I piszą o 2 procentach miesięcznie odsetek od wysokości pożyczki (30 proc. rocznie), o ich ukrytych kosztach, a jego ukrytych zyskach na tej operacji. I proszą o włączenie do ich dochodzenia toczących się spraw innych ofiar pana K.

"Należy zaznaczyć, że [Jarosław K.] z powyższego procederu uczynił sobie stałe źródło dochodu. Ustaliliśmy, że miał w zwyczaju pożyczanie pieniędzy innym ludziom, którzy nie mogli uzyskać kredytu w banku. Powyższe potwierdza fakt, że nie tylko my zostaliśmy poszkodowani w związku z udzielaniem pożyczek, ale również poszkodowani są inni ludzie, którzy powyższy fakt zgłosili do Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie".

Tomasza Hawryłeczko Prokuratura Rejonowa dla Miasta Rzeszowa właśnie poinformowała, że część jego zarzutów wobec Jarosława K. przedawniła się, a co do pozostałych nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Reszta poszkodowanych obawia się, że ich doniesienia mogą podzielić ten sam los. Obawia się niebezpodstawnie: w wypowiedzi każdego z nich przewijają się wciąż te same nazwiska komorników sądowych, którzy dokonują egzekucji w interesie pana K., nazwiska prawników, którzy prowadzą jego sprawy.

Ruszel nie bardzo już wierząc w zaangażowanie organów ścigania, złożył doniesienie do rzeszowskiego Urzędu Kontroli Skarbowej z prośbą "o kontrolę odprowadzonego podatku od zysku z udzielonej pożyczki". Teresa Piechowicz-Barzyk z UKS nie może potwierdzić, że doniesienie wpłynęło (tajemnica skarbowa), ale zapewnia, że UKS podejmuje każde napływające do nich zgłoszenie.

Do Jarosława K. dotarły już informacje o tym, że jego dłużnicy podjęli wobec niego kroki prawne. W rozmowie telefonicznej z Nowinami tłumaczył swoje stanowisko, ale nie zgodził się na jego upublicznienie.

Wojciech Perliński: Ofiary lichwy reagują mniej więcej tak, jak ofiary gwałtu. Wbija się je w poczucie wstydu, zarzuca się, że sprowokowały własne nieszczęście. W naszym kraju o tych, którzy dali się oszukać, mawia się, że są frajerami. Dlatego mało kto przyznaje się, nawet w obrębie rodziny, że padł ofiarą lichwy i oszustwa. Przez syndrom ofiary gwałtu, a często jest tak, że są jeszcze w trwających umowach z lichwiarzami i boją się im narazić. Ludzie, zapędzeni finansowo w kozi róg, podpisaliby nawet własny wyrok śmierci, byle przedłużyć o parę tygodni własną egzystencję ekonomiczną.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie