Magda Skubisz, pisarka z Przemyśla: Zafascynowała mnie opowieść o rodzie Tyszkowskich i stąd powstała "Aptekarka"

Beata Terczyńska
Beata Terczyńska
Udostępnij:
Rozmowa z Magdą Skubisz, pisarką z Przemyśla, która od sąsiada usłyszała opowieść o rodzie Tyszkowskich i postanowiła ją ożywić. Już ukazała się pierwsza część sagi pt. „Aptekarka”, druga jest na finale, a trzecia się pisze.

Właśnie ukazała się Pani najnowsza książka „Aptekarka”. Skąd pomysł na taką historię?

Musiałabym zacząć od tego, że dość mocno zapadłam na chorobę autoimmunologiczną. To był okres intensywnej, emocjonalnej pracy. Miałam do wyboru albo pójść na męczącą, co obserwowałam u bliskiej mi osoby, kurację sterydową albo zacząć leczyć się ziołami. Zdecydowałam się na ten drugi krok . Do tej pory dziwię się, że byłam tak odważna, bo nigdy wcześniej nie sięgałam po naturalne metody. Stwierdziłam - spróbuję. Jeśli mi to nie pomoże, będę się kurować inaczej. Przeszłam na dietę i zapisałam się na kurs zielarski w Krośnie. Chyba najlepszy w całej Polsce, przynajmniej takie ma recenzje, prowadzony przez dr Henryka Różańskiego. Tam zetknęłam się ze starymi przepisami zielarskimi. Oprócz tego, że zaczęłam funkcjonować z moją choroba w taki sposób, że dziś mi nie przeszkadza w życiu, to zaznajomiłam się z metodami leczenia stosowanymi w XIX w. na terenach Galicji. To był ten pierwszy impuls, pomysł na książkę. Wiedziałam, że bohaterką będzie kobieta, która tak leczy, bo nie ma innych możliwości. Opisane w książce miejsca to górskie wioski, gdzie zimą nie dojeżdżał lekarz. Cała medycyna ludowa opierała się na zielarkach, akuszerkach. Brakowało mi tylko historii bardziej fabularnej. Miałam szczęście. Mój sąsiad - Janusz Dedio opowiedział mi o rodzie Tyszkowskich, z którym jest powiązany i zaraził dziejami tej niezwykłej rodziny. Z kolei życiorysy braci Antoniego i Józefa przybliżył mi znakomity historyk Bieszczadów Maciej Augustyn, od którego otrzymałam drzewo genealogiczne głównej bohaterki - Katarzyny Podoły.

Cóż to za historia?

Ci ludzie zarządzali ogromnym majątkiem, liczącym kilkanaście tysięcy morgów. W okolicach Arłamowa i wiosek, które potem zostały wysiedlone w ramach akcji „Wisła”. Antoni Tyszkowski nawiązał romans ze swoją włościanką, ukraińskiej narodowości. Z tego związku narodził się syn, który otrzymał od ojca szlachectwo i został oficjalnie uznany za potomka. Ojciec zawarł zapis w testamencie, że jeżeli syn umrze bezpotomnie, to cały ten olbrzymi majątek należy zapisać Polskiej Akademii Umiejętności. Tak się stało. Była to największa prywatna darowizna w ówczesnych czasach. Co mnie zafascynowało w tym rodzie? Otóż fakt, że na takim totalnym, absolutnym „zadupiu” znajdują się ludzie, którzy tak bardzo cenią polską, rozwijającą się naukę. To byli idealiści.

Skąd u wokalistki i nauczyciela emisji głosu wiedza historyczna niezbędna dla odtworzenia lat 50. XIX w.?

Wiedziałam, że nie będę tworzyła książki stricte historycznej, bo się na tym nie znam. Chciałam wykorzystać wątki obyczajowe, miłosne, osadzając w minionej epoce. Przez dwa lata zbierałam materiały i cały czas biłam się z myślami, czy dam radę to napisać. Czytałam literaturę XIX-wieczną. Mam np. 12 tomów Zygmunta Kaczkowskiego. Ten powieściopisarz mieszkał w majątku Tyszkowskich. Starałam się trochę na niego stylizować język. Przeczytałam ze sto powieści Ignacego Józefa Kraszewskiego, całą Elizę Orzeszkową. Co zabawne, chwilami ciężko się ze mną wtedy rozmawiało. Zdarzyło się rzec do syna: np. „dworujesz sobie ze mnie”, czy do koleżanki „czemuż jesteś taka zaambarasowana?”. Na końcu „Aptekarki” są trzy strony podziękowań. Między innymi dla historyków, konsultantów, ojców z Kalwarii Pacławskiej, farmaceutów, badaczy kultury i innych ludzi, którzy mnie wspierali, pomagali, inspirowali, motywowali.

Jak wygląda Pani warsztat pracy? To jakieś konkretne miejsce w domu, czy raczej jest on tam, gdzie laptop?

Po części to drugie, ponieważ nauczyłam się też pisać w pociągu. Ze względu na mnogość zgromadzonych materiałów, papierów, map, łatwiej teraz pracować w domu. Żeby mi tylko nikt wtedy nie wchodził do pokoju. Oduczyłam się pisania w nocy. Wolę wstać rano i pisać. Robię to w absolutnej ciszy. Muzyka za bardzo by mnie absorbowała. Ot, takie zboczenie zawodowe.

To bohaterowie sterują swoimi historiami, czy wszystko jest dokładnie zaplanowane, punkt po punkcie?

Zdecydowanie bohaterowie wymykają mi się spod kontroli. Co ciekawe, swoją pierwszą książkę pisałam od środka, drugą od końca. „Aptekarkę” - od początku. Bardzo często piszę scenkami. Mam jakąś, która mi się przyśni, albo którą zobaczę w wyobraźni i wokół niej narasta wątek fabularny. Ania Fryczkowska (pisarka - przyp. red.) powiedziała mi, że to się nazywa metoda płatka śniegu. Otaczanie dookoła. Potem trzeba te scenki tylko inteligentnie połączyć, co już jest trudniejsze. Odrywam się od komputera. Schodzę pouczyć trochę śpiewu swoich kochanych uczniów. Wracam z lekcji online i mam nagle masę pomysłów. Pisarz ma czasami pokusę, by się odgrodzić, odizolować od świata zewnętrznego i zająć się tylko książką. Moim zdaniem jest to szkodliwe, psuje język, dialogi, nie daje inspiracji od ludzi.

Gdzie tu jest jakaś nić powiązania między wokalem a pisaniem?

Zastanawiałam się nad tym. I tu i tu jest melodia oraz rytm. Płyną frazy, zdania. Ogromnie zwracam uwagę na melodykę tekstu. Uwielbiam to. Czytam swoje teksty tak, jakbym śpiewała piosenkę. Nagle słyszę jakiś kant, zgrzyt i muszę wymienić słowo, które mi nie pasuje. Jestem stuprocentowym słuchowcem. Wzrokowo nie ogarniam nic (śmiech).

Wracając do „Aptekarki”, jakimi cechami obdarzyła Pani główną bohaterkę?

Katja jest zielarką w dworze, taką panną apteczkową, „lekarzem” pierwszego kontaktu. Najlepszą w okolicy, a może i całej Galicji. Rośliny do niej mówią. Jest niezależna, cwana. Ma charakterek i cięty język. Nie jest lubiana. Otrzymała dość feministyczne wychowanie. Ojciec uczył ją, że człowiek, który leczy ma być zdecydowany, pewny swojej wiedzy. Dlatego nie może być specjalnie miła, choć na drabinie społecznej jest niżej. Nie może robić tego, co sobie możni państwo życzą, tylko postępować konsekwentnie, aby im ulżyć.

Podobno jednego z bohaterów lektury darzy Pani szczególną atencją?

O tak. Józef Tyszkowski ujął moje serce. Wymyślił sobie, że założy własną orkiestrę. Pościągał ludzi ze wsi, kupił im instrumenty, wynajął kapelmistrza i nauczył świetnie grać. Prawdziwy mecenas. Na dodatek im płacił. Dlatego w książce jest najprzystojniejszy, najmądrzejszy, bo na to zasługuje (śmiech).

Do lektury, już z okładki, zachęca pisarka i lekarka Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych”. „W zielarce Katji skupia się tragedia zdolnych kobiet w czasach, kiedy musiały przepraszać za swoją wiedzę, prosić o pozwolenie na praktykę czy przekonywać mężczyzn, że są równie dobre jak oni. Bardzo polecam” - pisze.

Napisała recenzję z serca, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Nie da się ukryć, że często kupujemy książkę „po okładce”, która przyciąga wzrok. Ta jest wyjątkowo piękna.

Jest na niej moja uczennica, zawodowa modelka: Weronika Jeleśniański. Pierwotnie była inna dziewczyna, ale poprosiłam o zmianę i się zgodzono. Zadzwoniłam do Weroniki. Okazało się, że wylatuje do Norwegii na zdjęcia i ma tylko 2 dni, by ogarnąć sesję. Ta wyszła pięknie. Bardzo mi pasuje do głównej bohaterki.

Pisze się już kolejna książka?

Tak. Druga jest już napisana, skończona, ale jeszcze nie zredagowana, natomiast teraz piszę trzecią część.

No proszę! A pierwsza wisiała na cieniuteńkim włosku...

To prawda. Z pendrive ’a, na którym skończyły się cykle - a nie wiedziałam, że w ogóle coś takiego istnieje! - zniknęły mi 123 strony książki. To tak, jakby uleciała cała praca magisterska. Nie do odzyskania. Nie zapisywałam tego na komputerze, bo non stop byłam w drodze. Tylko 14 stron odnalazłam gdzieś na poczcie. Ręce mi opadły, ale znajoma dziennikarka telewizyjna mnie zmobilizowała: Nie wygłupiaj się, siadaj i pisz od nowa. Tak zrobiłam i teraz bardzo jej za to dziękuję!

O książce
Wydawnictwo: Media Rodzina. Powieść historyczno - obyczajowa. Akcja toczy się m.in. w Jamnej Górnej i Dolnej, na zamku w Birczy i okolicach Arłamowa.

Na okładce jest zaznaczone, że autorka przeznacza honorarium na pomoc Ukrainie.

Projekt muzyczny

Realizacja, Mix & Mastering - Krzysztof Godycki - STUDIO ROSLYN, foto - Grzegorz Karnas, muzyka - FILC, tekst - Paweł Kalita.

FILC w składzie: wokal - Magda Skubisz, bas - Paweł Kalita, gitara - Maciej Więckowski, klawisze - Andrzej Juszczyk, perkusja - Rafał Kosicki.

Magda Skubisz o utworze, "Granaty za kwiaty", który nagrała: - Strach w przygranicznym mieście odczuwa się bardziej. Obrazy z przemyskiego dworca, które obiegły świat, fala uchodźców, często z dobytkiem całego życia w jednej reklamówce, pustka w oczach dzieci - utwór napisał się sam, tak jak napisała go panika pierwszych dni wojny na Ukrainie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie