Moja domowa Galicja

    Moja domowa Galicja

    Spisał ANTONI ADAMSKI

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Dzisiaj radni sejmiku samorządowego ponownie rozpatrzą projekt "Miasteczka galicyjskiego" w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Na poprzedniej sesji radni z Komisji Edukacji i Kultury zaopiniowali ten projekt negatywnie. Jednemu z nich skojarzył się wyłącznie z "SS Galizien".
    Janusz Szuber

    Janusz Szuber ©KRZYSZTOF ŁOKAJ

    Z czym Panu kojarzy się Galicja? - zapytałem sanoczanina Janusza Szubera, którego poezja wyrasta z galicyjskich korzeni.
    Oto jego wypowiedź:
    Mój dom w Sanoku był tradycyjny konserwatywny, wielopokoleniowy. Czas historyczny dominował w nim nad teraźniejszością, wspomnienia z młodości dziadków nad dniem dzisiejszym. Stefan Lewicki, dziadek ze strony matki, był przed wojną dyrektorem żeńskiego gimnazjum w Sanoku i nauczycielem łaciny w gimnazjum męskim. Łączyła mnie z nim serdeczna przyjaźń. Babka Maria jako ekstern zdała maturę gimnazjalną i później studiowała we Lwowie. Działo się to wszystko przed I wojną światową. Mój ojciec Zbigniew Szuber wychowywał się we Lwowie. Kampanię wrześniową prosto ze Szkoły Orląt w Dęblinie odbył jako kapral podchorąży. Po wojnie pracował w lotnictwie cywilnym w Rzeszowie i Krośnie.

    Dorastałem w latach 50.-60.

    Na ten okres nakładały się wspomnienia dziadków z ich młodości. Wcześnie dowiedziałem się, że "to, co dobre, było kiedyś". Była w tym nie tylko nostalgia, lecz także realia ekonomiczne. Rodziny inteligenckie straciły po II wojnie swoją pozycję społeczną i dobra materialne. Nad teraźniejszością ciążyła idealizowana przeszłość. To rozszczepienie tworzyło atmosferę niemal schizofreniczną. Z przeszłością łączył mnie język, charakterystyczny idiom sanocki, powiedzonka i przysłowia ukraińskie i żydowskie wtrącane do mowy potocznej, nazwy ciast (strudle, cwibaki, chałki) i potraw sporządzanych według kresowo-wiedeńskich przepisów. Ale język też dzielił. Babka z matką rozmawiały po niemiecku, gdy nie chciały być podsłuchiwane przez dzieci. Dziadkowie znali polski, ukraiński, niemiecki; rozumieli też jidysz. Sanok w czasach galicyjskich był miastem wielonarodowym. Mieszkało w nim około 50 procent Polaków, 30 - 40 procent Żydów. Reszta to byli "Rusini", czyli Ukraińcy.

    Na każdym kroku w naszym domu trafiałem na ślady historii

    Były podobizny cesarza Franciszka Józefa oglądane na znaczkach, pocztówkach, kubkach. Dochodziły do nich mniej lub bardziej oficjalne wizerunki marszałka Józefa Piłsudskiego, który w moim domu cieszył się wielkim poważaniem. Nakładała się na to współczesność: portreciska Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, eksponowane na placach, ulicach i wystawach sklepowych z okazji komunistycznych świąt. Tak więc władza kojarzyła mi się z wąsami. Pamiętam, jak chcąc uczcić 1 Maja, wystawiłem do okna dużą, oprawioną w ramy fotografię wąsatego pradziadka Maurycego - niegdyś prezesa "Sokoła", za co porządnie dostałem po tyłku.
    Do lat 60-tych Sanok w swym kształcie architektonicznym pozostał prawie niezmieniony od czasów galicyjskich. Dawna topografia żyła w ludzkiej pamięci; nie używano nazw ulic, lecz nazw położonych przy nich sklepów, restauracji i aptek albo nazwisk ich właścicieli, w większości spoczywających na cmentarzach lub zamienionych w popiół w fabrykach śmierci.
    Z biegiem lat wszystkie te fragmenty przeszłości złożyły mi się w całość: w obraz pod tytułem "Galicja".

    Zmitologizowana Galicja

    "Galicja felicia" (szczęśliwa) w okresie autonomii i w porównaniu z dwoma pozostałymi zaborami. Jeśli nawet sporo w tym przesady, to mimo wszystko była ostoją jakiegoś ładu i porządku - ostatnią w burzliwym XX stuleciu. Co prawda pod berłem dogasającej, coraz mniej sprawnej dynastii. Moja babka Maria zmarła w 98. roku życia, przeżywszy o rok swoją rówieśnicę Zytę, ostatnią cesarzową. Pamiętam, jak babka była wzruszona, gdy w krótkim telewizyjnym sprawozdaniu z pogrzebu monarchini usłyszała hymn Habsgurgów. Sentymenty c.k. młodości.
    Moja poezja w warstwie realiów i anegdot czerpie obficie z tamtej historycznej i domowej Galicji. Piszę o tym obszerniej w książce "Mojość", która niebawem się ukaże.
    Gdy usłyszałem, że w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku nie będzie "galicyjskiego miasteczka",

    po chwili irytacji sformułowałem parę pytań

    Czy można potępiać górali tatrzańskich dlatego, że hitlerowcy chcieli utworzyć z nich osobny "góralski naród" (Goralenvolk)? Czy należy odrzucić czcigodną pieśń "Boże coś Polskę" ze względu na serwilistyczne okoliczności jej powstania (koronacja cara na króla Polski)? Czy Wawel zasługuje na pogardę dlatego, że urzędował tam niemiecki gubernator Hans Frank? A sanocki Rynek, na którym po tzw. wyzwoleniu powieszono żołnierzy podziemia, uznać za relikt czasów stalinowskich?
    Jeżeli będziemy zadawać takie i tym podobne pytania, dojdziemy do absurdu. Są w historii naszej prowincji epizody krwawe i ponure, jak "rzeź galicyjska". Istnieje wstydliwie przemilczany problem tolerowanego jeszcze w XIX w. niewolnictwa chłopów, z czego wynika, że wielu współczesnych nam obywateli dopiero od 4 - 5 pokoleń jest ludźmi formalnie wolnymi. Tym należy się zająć, nazywając rzeczy po imieniu, aby nie powstawały nowe "białe plamy". Tymczasem "czyściciele" historii dążą do likwidowania tradycji, traktują ją ideologicznie, selektywnie i po dyletancku orzekając, co jest lub nie jest szkodliwe dla polskości.

    Bierzemy z Zachodu to, co najgorsze

    tandetę kultury masowej, płytkość myślenia, porażająco głupią reklamę. W tej sytuacji zachowanie lub odtworzenie świadectw wspólnej tradycji nie powinno budzić wątpliwości, więcej - jest obowiązkiem obywatelskim, ponieważ owe świadectwa potwierdzają naszą wciąż zagrożoną tożsamość. Drewniane miasteczka galicyjskie (nie było wtedy nazwy "Podkarpacie") płonęły jedno po drugim. Te, które się zachowały, można dziś zliczyć na palcach jednej ręki. Odtworzenie galicyjskiego rynku jest w tej sytuacji projektem wyjątkowym i ze wszech miar godnym wsparcia. Gdyby nie sanockie zbiory ikon w skansenie i w Muzeum Historycznym, turyści przelatywaliby przez nasze miasto jak przez pustą kiszkę. Bez zatrzymania, bez zastanowienia się. Hipermarkety, puby, makdonaldy są przecież w "globalnej wiosce" wszędzie takie same. Nie będzie "rynku galicyjskiego" w Muzeum Budownictwa Ludowego - postanowili radni. Czy ta decyzja dziś się zmieni? Czy wolno nam lekkomyślnie pozbawiać się tożsamości?

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo