Moja droga na szczyt

Ewa Gorczyca
- Wierzyłem, że po amputacji nogi wrócę do lasu. Jeśli wyjdę na Hyrlatą, znów będę leśnikiem .
- Wierzyłem, że po amputacji nogi wrócę do lasu. Jeśli wyjdę na Hyrlatą, znów będę leśnikiem . Fot. Tomasz Jefimow
Siedział z tyłu mikrobusu, spał. Nie widział świateł TIR-a, który nagle pojawił się przed maską samochodu wiozącego bieszczadzkich leśników do Częstochowy.

Ogromna siła ściska mu łydki, wyrywa go z fotela i wyrzuca w powietrze. Pamięta zimny asfalt pod plecami, gdy się ocknął. I pierwszą myśl w szpitalu, po amputacji. "Przecież do lasu muszę mieć obie nogi".

Wypadek był cztery lata temu. Dziś leśniczy Bartek Barzycki wychodzi nam naprzeciw, kiedy szukamy drogi do jego leśniczówki. Idzie bez kul.

Pięć lat przed wypadkiem: Barzycki obejmuje swoje pierwsze leśnictwo. Solinka, opustoszała wieś pod słowacką granicą. Wokoło bieszczadzka głusza, prawie dwa tysiące hektarów górskiego lasu, dziesiątki kilometrów do przemierzenia.

- Wychowałem się niedaleko stąd, w Bukowcu - opowiada. - Kuzyn, starszy o 18 lat, był leśniczym w Rajskiem. Wędrowaliśmy po lesie, zabierał mnie na grzyby, na polowania. Dla młodego chłopaka to była atrakcja. Kiedy przyszło wybierać szkołę i zawód nie zastanawiałem się.

Skończył Technikum Leśne w Lesku i trafił na staż do nadleśnictwa Baligród. Szybko poczuł, że praca daje mu satysfakcję.

- W innej chyba bym się denerwował - żartuje. - A las działał na mnie uspokajająco, oczyszczał ze wszystkich stresów.

Wróciłem do swego słupka

W trakcie stażu zastało go wezwanie do wojska. Przydział: Straż Graniczna. Przemierzał trasy między strażnicami.

- Kilka lat potem, poznając Solinkę, trafiłem w miejsce, które wydało mi się dziwnie znajome. Zacząłem grzebać w zdjęciach. Znalazłem: pamiątkowa fotka z wojska, siedzę przy granicznym słupku. Wtedy nie wiedziałem, że to słupek znad leśniczówki, która w przyszłości stanie się moim domem.

W to właśnie miejsce, wrócił jako leśnik. Nie powie, że to przeznaczenie. Po prostu: zbieg okoliczności.

- To taka fajna kotlinka na granicy - uśmiecha się. - Schodzi się lasem w dół, prosto na borówkowe pola, a potem znów wychodzi, na las rozpościerający się z obu stron granicy.

Po lesie chodził godzinami. Podleśniczego zostawiał w biurze, z rejestratorem żeby wstukiwał dane, a sam uciekał od biurokracji między buki i jodły.

Czasem dopiero zmierzch przyganiał go do domu. Beata, żona Bartka przyznaje, że nie raz zamartwiała się o męża. Komórki w Solince nie działają, nie ma zasięgu. Irytowała się: gdzie on znowu polazł? Wracał, spocony, zmachany. Zjadł coś i od razu kładł się spać.

- Jak się kilka godzin po lesie pochodziło, to spało się jak dziecko - mówi Bartek. - A ja miałem gdzie chodzić.

W moim lesie nie mogę się zgubić

Dwa tysiące hektarów lasu pod nadzorem, sześć tysięcy kubików drewna rocznie do pozyskania - to było wyzwanie. Musiał poznać każdy zakątek. Wiedzieć, co w tym lesie jest, czego ten las - w końcu żywy organizm - potrzebuje.

- Co wyciąć, jak wyciąć, gdzie uporządkować, co posadzić, jak młodnik odsłonić, jak pielęgnować odnowienia - wylicza. - Całą robotę na następny rok zaplanować. Po to, żeby las był idealnie taki, jak powinien. W swoim lesie się zgubić? - Takiej możliwości nie przewiduję, prędzej w mieście zabłądzę - twierdzi stanowczo. - Siedem lat deptania, nie ma polany, gdzie moja noga nie stanęła. I dobrze. Teraz, gdy nie jestem już tak sprawny, jest mi łatwiej.

Tylko raz, na początku leśnej kariery, zawędrował przez pomyłkę do sąsiedniego nadleśnictwa Komańcza.

- Miałem sprawdzić konkretny dział lasu, szedłem zarośniętą przecinką - wspomina. - Zobaczyłem numer 75. Ten, którego szukałem. Obszedłem spory kawałek, zanim zorientowałem się, że jestem u sąsiadów. Jak? Po drzewach. Za dużo było jodeł, u mnie powinna być w tym miejscu przewaga buków. Okazało się, że oddziały oznaczone nr 75 z obu nadleśnictw akurat graniczą ze sobą.

Poznałem las, poznałem Beatę

- Dziwne, że spotkaliśmy się dopiero jako dorośli. Oboje pochodzimy z Bukowca, chodziliśmy do tej samej szkoły. Teoretycznie powinniśmy się znać od dziecka, a wcale się nie zapamiętaliśmy.

Beata nie była zachwycona perspektywą zamieszkania w leśnej głuszy. - Trzeba jeździć po każdy drobiazg, którego braknie w domu. Do Leska, najbliższego miasta, prawie 50 km.

Gdy pierwszy raz przyjechała do Solinki, prawie się załamała. Odrapane ściany, zniszczona podłoga. Podstawowym meblem w kawalerskim gospodarstwie Bartka - dawnej kwaterze robotników leśnych z lat 60. - było żelazne łóżko z rozciągniętymi sprężynami.

- Nie dbałem o wygody, cieszyłem się, że dostałem pracę i robię to, co chciałem robić - mówi Bartek.

Beata zakasała rękawy i wzięła się do odnawiania mieszkania.

- Jednego mi nie możesz wypominać, że na gotowe przyszłam - przekomarza się z mężem.

Wspominają ostre zimy. Wyprawę do Cisnej po chleb, która zajęła cały dzień.

- Wracaliśmy z workami, miejscami czołgając się przez zaspy, niczym uciekinierzy z syberyjskiego gułagu - opowiada Bartek. W 2000 roku sypało tak, że przez dwa miesiące nie dało się ruszyć z wycinką. Dopiero po połowie marca wprowadziłem pilarzy do lasu. Szedłem pierwszy, torowałem drogę. Drzewa trzeba było odkopywać, pnie tkwiły w śniegu głębokim na dwa metry - opowiada Bartek.

Pamiętam. To był zły rok

Cztery lata potem. Rok 2004, Bartek pamięta bardzo dobrze. Od początku jakoś się nie układał. Ukochany pies zachorował i zdechł, pogoda fatalna, lało tygodniami, w lesie błoto i mokro, problem z wykonaniem planów, zalesienia trzeba było przełożyć na jesień.

- Akurat zbliżał się termin dorocznej pielgrzymki leśników na Jasną Górę. Pomyślałem: skoro ten rok się tak nie klei, trzeba jechać, pomodlić się, może końcówka będzie lepsza?

Wyjechali wieczorem. 21 osób: leśnicy z Cisnej, Komańczy, Lutowisk. Bartek usiadł z tyłu busa, w kącie, Beata obok. Ok. 2.30 mijali Kraków. Towarzyskie rozmowy już ucichły, większość pasażerów drzemała. Bartek też.

O tym, co się zdarzyło opowiada Beata.

- Nie potrafię zasnąć w podróży, patrzyłam na drogę. Nagle zobaczyłam wielkie światła ciężarówki. Nasz kierowca próbował uciec, ratować się przed czołowym zderzeniem.

Niewiele zabrakło, żeby się wyminęli. Kabina tira trafiła w tylny bok pojazdu, tam gdzie siedział Bartek. Wbijała się w blachę, miażdżyła jego nogi. Lusterko ciężarówki zaczepiło o Bartka.

- Uderzyłam głową w zagłówek siedzenia przed mną, a jak się ocknęłam, zobaczyłam, że miejsca, gdzie siedział Bartek nie ma, oparcie jego fotela i fragment karoserii były wyrwane. Wydrapałam się przez tę dziurę na jezdnię. Czułem zimno od asfaltu, koledzy nie pozwolili mi wstać.

Mąż leżał kilka metrów dalej. Z przerażeniem patrzyła na jego nogi. Z prawej, poniżej kolana, została tylko stopa.

Na pogotowie czekali pół godziny. Pierwsza "erka" miała wypadek, dopiero druga dotarła.

- Nie wiem, czy Bartek by przeżył, gdyby nie pomoc przypadkowego kierowcy. Chyba ratownika GOPR, bo miał na sobie charakterystyczną kurtkę. Założył opatrunek, powstrzymał krwawienie - opowiada Beata.

Bartek, jedyny poważnie ranny, nie miał świadomości, co się dzieje.

- Dziwne, ale nie czułem bólu, tylko przeraźliwe zimno w plecy, gdy leżałem na asfalcie. Chciałem usiąść, ale koledzy trzymali mnie za ramiona. Nie wolno ci wstawać, powtarzali.

Co było dalej, pamięta jak przez mgłę. Szpital im. Żeromskiego w Nowej Hucie. Prawą nogę trzeba było amputować tuż pod kolanem. Lewą lekarze uratowali cudem. Pogruchotane kości chirurdzy składali jak puzzle, zespalali śrubami, zszywali poszarpane naczynia krwionośne. Kiedy po operacji odzyskał świadomość i rozwiązano mu skrępowane ręce, zorientował się, co się stało.

- Co czuje się w takiej chwili? - zastanawia się. Nigdy wcześniej tego nie mówił. - Nagłe uderzenie gorąca, pot oblewający ciało. Zawrót głowy, jak przed omdleniem. I zaraz potem gonitwa myśli. Jak teraz będzie wyglądało moje życie? Do lasu przecież bez nogi nie wrócę…

Beacie powiedział:

- Tyle w Solince zostało do zrobienia, a ja tutaj leżę…

Tamte trzy tygodnie w szpitalu były pełne rozpaczy, zagubienia. Szukanie leków, które mogły ulżyć, gdy ból stawał się nie do wytrzymania.

- Byłam przy Bartku cały czas - wspomina Beata. - Znajomi pocieszali: dzisiaj są świetne protezy. Ale ja nawet nie wiedziałam, do kogo się zwrócić, jak je zdobyć.

Bartek, Solinka czeka na ciebie

Ze szpitala wyjechał na wózku. Wypisał się na własne żądanie, choć musiał regularnie jeździć na kontrole i wrócić na kolejną operację. Czuł, że wśród swoich szybciej dojdzie do siebie. Jeszcze w szpitalu zadzwonił do niego nadleśniczy: "Bartek, Solinka będzie na ciebie czekać".

- Od momentu, gdy usłyszałem te słowa, żyłem nadzieją, że wrócę do lasu - wspomina Barzycki. - Wtedy to wydawało się nierealne, ale ja właśnie o tym najbardziej marzyłem.

Pamięta pierwszy raz, gdy miał wstać z inwalidzkiego wózka. Rehabilitantki dały mu dwie kule. Założyły próbną protezę. Ale jak wstać, gdy nie czuje się jednej nogi, a na drugiej, połamanej, nie wolno się oprzeć, bo nie wytrzyma ciężaru większego niż 10 kg? Gdy wreszcie osiągnął pozycję pionową, chwiał się na boki, bojąc się zrobić krok. Przejście dwudziestometrowego korytarza było jak przebiegnięcie maratonu.

Trzy miesiące po wypadku wrócił do Solinki. Protezę musieli zamówić specjalną, taką dla leśnika. Twardszą, ze stopą, która wytrzyma marsz po leśnych bezdrożach, w górę, w dół. Zlecenie przyjęło laboratorium ortopedyczne spod Łodzi. Ta sama firma, która zrobiła protezy dla niepełnosprawnego Janka Meli, przed wyprawą na biegun.

Sztuczna noga Bartka kosztowała aż 34 tys. złotych, ale pieniądze udało się zebrać Fundacji "Pomoc Leśnikom".

Musiałem wejść na Hyrlatą

Gorzej, że lewa noga wciąż bolała puchła, zrobił się staw rzekomy, gromadziła ropa. Bartkowi groziło unieruchomienie na kolejne miesiące.

- Byłem załamany - wspomina.

Wreszcie, po kolejnej wizycie, lekarz zdejmuje gipsową szynę i oznajmia: kości się zrastają. Barzyccy wierzą, że przyczynił się do tego leśnik - bioenergoterapeuta z bieszczadzkich Sianek, do którego pojechali szukać pomocy.

Rok po wypadku Bartek postanawia sprawdzić, czy wciąż nadaje się na leśniczego. Testem ma być wyjście na Hyrlatą, najwyższy szczyt w jego leśnictwie, 1103 m. n.p.m.

Idzie sam, nie chce asekuracji.

- Powiedziałem sobie: jak mi się uda, będę miał pewność, że w lesie sobie poradzę. Było ciężko, ale nie odpuścił. Dotarł pod sam szczyt. Wracał lasem "na skośkę". Pokonanie ośmiu kilometrów zajęło mu cztery godziny. - Moje nogi dopiero uczyły się chodzić - tłumaczy.

Na stromym zejściu zaplątał się w ostrężyny.

- Gdybym miał prawdziwą stopę, to bym je wyczuł pod nogą. A tak: drugą nogą bałem się zaprzeć, kuli nie zdążyłem ustawić i poleciałem w dół. Na szczęście nie wyrżnąłem w żaden wystający konar.

Potem jeszcze kilka razy zdarzały mu się upadki. - Sztuczna stopa, nawet najlepsza, nie układa się tak jak prawdziwa. I co innego iść po równym, a co innego - po lesie.

Nie ma miejsca, do którego nie dojdę

Pokonuje niewygodne schody do biura, urządzonego na piętrze służbówki. Na drabinę jak trzeba, też wejdzie. Pod kolanem zostało mu tylko pięć centymetrów.

- Więc proteza nie prowadzi się łatwo - tłumaczy.

Ale z jazdą samochodem radzi sobie bez problemów. Do miasta woli ten z automatyczną skrzynią biegów, ale przekonujemy się, że i terenówką ze sprzęgłem, pewnie kieruje po leśnym dukcie. Nie twierdzi, że jest tak samo sprawny, jak przed wypadkiem. Kiedyś się nie przejmował: ostre krzewy, koleiny, potoczek czy mokradło do przeskoczenia, nie stanowiły przeszkody.

- Teraz muszę uważnie dobierać ścieżki. Ale nie ma miejsca, w które bym nie dotarł - zapewnia.

Przy dłuższym marszu po lesie poci się noga pod silikonowym "rękawem", który przytrzymuje protezę. Silikon zaczyna się zsuwać, noga "ucieka".

- Wtedy siadam na jakimś pniaczku, zdejmuję spodnie, ściągam protezę, wycieram, znowu zakładam. I idę dalej. Taka moja robota.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Waldek
Powodzenia !!! Wszystkiego dobrego
Z
Ziomal Mały
Pan Bartosz Barzycki jest wzorem prawdziwego mężczyzny godnego naśladowania, ten artykuł powinien być omawiany w szkołach.Pozdrowienia dla Pana Bartosza i Małżonki. Dziekuję autorce.
c
cooltomo
wspaniale jest czytac artykuly o tak twardych ludziach, az samemu nabiera sie sily do zycia... pozdrawiam i gratuluje wytrwalosci...
b
b.leśnik
Tacy z charakterem są leśnicy,życzę dużo zdrowia,brawa dla N-czego za okazaną pomoc.
m
mieszkanka bieszczad
Jestem pełna podziwu i gratuluje wytrwałośći.Wierze ,że bedzie coraz lepiej!!! Pozdrawiam...
Wróć na nowiny24.pl Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie