NOWINY24

    Polecamy Twojej uwadze

    Rozwiń
    NOWINY24
    Zwiń

    Polecamy Twojej uwadze

    • Największe tragedie podkarpackich sportowców. Na torach ginęli żużlowcy, na drogach siatkarze i piłkarze
    • Podkarpacka wieś na starych zdjęciach z Narodowego Archiwum Cyfrowego
    • Za nami Plebiscyt „Piłkarskie Laury Podokręgu Rzeszów”

    Muzyka i "dragi"

    Muzyka i "dragi"

    Wojciech Malicki

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    - W Katowicach, gdzie mam mieszkanie, nigdy nie miałem na nic czasu - wyznaje Michał Giercuszkiewicz. - Ciągle ktoś dzwonił, żeby mnie gdzieś wyciągnąć,

    - W Katowicach, gdzie mam mieszkanie, nigdy nie miałem na nic czasu - wyznaje Michał Giercuszkiewicz. - Ciągle ktoś dzwonił, żeby mnie gdzieś wyciągnąć, ciągle się spieszyłem, ciągle byłem niewyspany. A tu, sam widzisz, cisza i spokój. Mam czas na wszystko... ©Wojciech Malicki

    Michał chciał wziąć Ryśka do siebie, w Bieszczady. Zrobić mu odwyk, a potem z dwoma starymi kumplami stworzyć kapelę. I grać, jak za starych dobrych czasów. Plan nie wypalił, bo Rysiek zmarł. Zabrakło paru miesięcy, żeby go uratować. <br>
    - W Katowicach, gdzie mam mieszkanie, nigdy nie miałem na nic czasu - wyznaje Michał Giercuszkiewicz. - Ciągle ktoś dzwonił, żeby mnie gdzieś wyciągnąć,

    - W Katowicach, gdzie mam mieszkanie, nigdy nie miałem na nic czasu - wyznaje Michał Giercuszkiewicz. - Ciągle ktoś dzwonił, żeby mnie gdzieś wyciągnąć, ciągle się spieszyłem, ciągle byłem niewyspany. A tu, sam widzisz, cisza i spokój. Mam czas na wszystko... ©Wojciech Malicki

    Na Tratwie Blues, jak nazwał swój domek, na stałe mieszka od siedmiu lat. Ma wilczura „Fokkera” i małego kotka – jeszcze bez imienia. Wojciech Malicki
    Na Tratwie Blues, jak nazwał swój domek, na stałe mieszka od siedmiu lat. Ma wilczura "Fokkera" i małego kotka - jeszcze bez imienia. (fot. Wojciech Malicki)Na zdjęciu z okładki starej płyty winylowej przypomina dziecko - kwiat: długie, ciemne włosy, luźna, błękitna bluza, w dłoni papieros. Jak wygląda dzisiaj? - zastanawiam się, stojąc przed sklepem w Teleśnicy Oszwarowej. Właśnie tutaj, w niewielkiej wsi, tuż przy Zalewie Solińskim, umówiliśmy się z Michałem Giercuszkiewiczem, zwanym też "Gierem".

    Wreszcie jest. Zmienił się, ale mimo głębokich zmarszczek na twarzy i przerzedzonych włosów, nie wygląda na swoje 52 lata. Zaprasza do swojego do wiekowego malucha, którym jedziemy pod górę i z góry przez bieszczadzkie błota. Po paru kilometrach parkujemy i schodzimy na brzeg jeziora. Stąd do domu "Giera" jest jakieś 400-500 metrów. Przez lód.

    - Nie bój się, choć to już początek kwietnia, lód jest jeszcze gruby i na pewno nas utrzyma - uspokaja Michał. - Zresztą, gdybyś wpadł do wody, to cię wyciągnę.

    - Wpadłeś kiedyś? - pytam.

    - Wiele razy. Bałem się tylko za pierwszym.

    Muzyka i "dragi"

    Michał pochodzi z porządnej, śląskiej rodziny. Ojciec był inżynierem - górnikiem, matka zajmowała się domem. W ich mieszkaniu od zawsze stał fortepian, na którym uczył go grać wujek - wykładowca w szkole muzycznej. "Gier" wolał jednak bębny i bas. Był dobry, toteż szybko zaczął grywać w wielu uznanych wówczas śląskich kapelach bluesowych: Apogeum, Kwadracie i legendarnym już Krzaku.

    Miał 16, może 17 lat, gdy zaczął eksperymentować z prochami.

    - Wierzyliśmy, że gdy się "nagrzejemy", będziemy tworzyć klimaty muzyczne jak Jimmy Hendrix. Tak to się zaczęło... - wspomina "Gier".

    Z dostępem do narkotyków nie miał problemów, bo rodzice kumpla od strzykawki byli lekarzami. Wystarczyło "pożyczyć" pieczątkę i wyprodukować receptę na dowolny specyfik. Problemy się zaczęły się, gdy "Gier" z kolegami obrobił z prochów aptekę i... wpadł. Sąd i wyrok w zawiasach nie pomogły, bo siedział już w "dragach" po uszy.

    Nie uciekałem

    Michał „Gier” Giercuszkiewicz wspólnie z wokalistą Ryszardem Riedlem nagrali trzy pierwsze płyty zespołu Dżem, w tym kultowe już piosenki: Whiski, Paw, Czerwony jak cegła.
    Jedenaście lat temu Michał przestał brać. Jest czysty. Od czasu do czasu wpadają na jego tratwę kumple - muzycy. Jak za dawnych lat, Michał gra koncerty ze śląskimi kapelami bluesowymi. (fot. Wojciech Malicki)Dom Michała to tratwa zacumowana kilkadziesiąt metrów od brzegu. Na dwudziestu metrach kwadratowych ma kuchnię z piecykiem i wędzarnią, dwa łóżka, a nawet wannę i pralkę. Miejsca tu mało, dlatego każdy przedmiot ma swoje miejsce.

    Siadamy na stołkach przed dużym (i jedynym) oknem z przepięknym widokiem na wodę i wzgórza.

    - To nie tak, że przed czymś, albo przed kimś uciekałem w tę głuszę. Po prostu w Katowicach, gdzie mam mieszkanie, nigdy nie miałem na nic czasu. Ciągle ktoś dzwonił, żeby mnie gdzieś wyciągnąć, ciągle się spieszyłem, ciągle byłem niewyspany. A tu, sam widzisz, cisza i spokój. Mam czas na wszystko...

    Na Tratwie Blues, jak nazwał swój domek, na stałe mieszka od siedmiu lat. Ma wilczura "Fokkera" i małego kotka - jeszcze bez imienia. Od czasu do czasu wpadają kumple - muzycy ze Śląska - Andrzej Urny, Leszek Winder, Józef Skrzek albo miejscowi - Siczka z ustrzyckiej kapeli punkowej KSU.

    Najlepsi kumple

    Michał grał jeszcze na bębnach w kapeli "Kwadrat", gdy poznał Ryśka Riedla. Był pod wrażeniem, gdy długowłosy młodzian zaśpiewał czarnego bluesa i zagrał na harmonijce. Nie on jeden. "Gdy dał głos, spadły nam buty" - tak wspominali dawni kumple z zespołu. Los sprawił, że na początku lat 80. Michał dołączył do kapeli, w której śpiewał Rysiek. Stali się nieodłącznymi kumplami. Oprócz muzyki łączyło ich jeszcze to, że jako jedyni w zespole ćpali.

    - Gdy zaczęliśmy razem grać, miałem za sobą parę lat ostrego grzania. Wiedziałem, że to bagno i mu odradzałem. Nie chciał słuchać - wspomina Gier.

    Po co panu ta strzykawka?

    Przyjemność? Euforia? Cudnie zmieniona świadomość? Takich stanów po narkotykach doświadczał "Gier" tylko przez bardzo krótki, początkowy okres. Potem to już była konieczność, walka z głodem narkotycznym. I strach, że nie uda się na czas zdobyć działki. Nowe klimaty muzyczne, które po "dragach" wydawały się cudowne, na trzeźwo okazywały się banalnym brzękoleniem.

    W 1985 roku Michał i Rysiek pojechali z Dżemem na koncerty do Szwajcarii. Obaj narkotyczni kompani (jedyni w zespole) zabrali ze sobą cały słoik heroiny. Gdy na miejscu chcieli się nią uraczyć, zorientowali się, że nie mają ani jednej strzykawki.

    Wyposażony w słownik "Gier", udał się do apteki, gdzie poprosił o "szprice".

    Aptekarz odmówił, a gdy Michał zaczął się awanturować, wezwano policję. "Muszę naoliwić stopę od perkusji" - skłamał "Gier", gdy policjant zapytał, po co mu strzykawka. Ze swojej przebiegłości cieszył się krótko, bo po godzinie policjant przywiózł mu oliwiarkę z... kilkunastoma różnymi końcówkami.

    Pod koniec pobytu w Szwajcarii, będący na głodzie - gigancie Rysiek dostał biegunki i narobił w spodnie. Gdy "Gier" wyciągnął z jego bagaży drugą parę za zmianę, z ich kieszeni wysypało się kilka strzykawek.

    - Wybuchliśmy histerycznym śmiechem - wspomina "Gier".

    Wyleciał z zespołu

    Równo dwadzieścia lat temu zespół Michała i Ryśka pojechał do Poznania nagrywać materiał na trzecią studyjną płytę długogrającą. Choć muzycy sami musieli zapłacić (takie były czasy) za wynajęcie studia nagrań, w pierwszy dzień zabalowali i niewiele nagrali. Obiecywali sobie, że nadrobią następnego dnia. Nie wszyscy, bo spocony i zaśliniony Rysiek dogorywał w łóżku.

    - Nie dam rady, jedź i "coś" przywieź - prosił. I Michał pojechał. Na Śląsk. Po narkotyki. Miał wrócić rankiem następnego dnia, ale znajomy producent nie zdążył na czas przygotować "kompotu" (domowej roboty heroiny), dlatego zeszło mu znacznie dłużej. Gdy popołudniem dotarł w końcu do studia, koledzy zakomunikowali, że go wyrzucili z zespołu. Rysiek próbował walczyć, żeby wrócił, ale nic nie wskórał. Trzecią płytę zespół nagrał już z innym perkusistą.

    - Nie mam do nich żalu - mówi po latach Michał.

    Odwyk na pustkowiu

    [obrazek6] Michał "Gier" Giercuszkiewicz wspólnie z wokalistą Ryszardem Riedlem nagrali trzy pierwsze płyty zespołu Dżem, w tym kultowe już piosenki: Whiski, Paw, Czerwony jak cegła.Po odejściu z zespołu Michał nadal ćpał. Przez narkotyki rozpadło mu się małżeństwo, bo "Basia nie wytrzymała takiego życia". Próbował się jednak ratować, urządzając sobie "prywatne" detoksy w Bieszczadach. Przyjeżdżał tu do swojej kuzynki. Miewał krótsze i dłuższe (najdłuższa prawie rok) okresy, kiedy nie brał. Ale ciągle wracał do "dragów". Z Ryśkiem nie zerwał kontaktów.

    - Dopóki byłem w zespole, kontrolowałem go, aby nie przesadzał z grzaniem. Gdy mnie wyrzucili, zabrakło mu hamulcowego. Stawał się coraz bardziej popularny, dlatego często dostawał towar za darmo, więc ładował na całego - mówi "Gier".

    Na stronie internetowej zespołu Ryśka znajduje się wykaz jego grzechów - ile prób, ile koncertów, ile sesji nagraniowych opuścił z powodu grzania. Sporo się tego nazbierało. W 1994 koledzy stracili cierpliwość i wyrzucili go z kapeli.

    Chciał go ratować

    "Gier" nie wierzył w szpitalne detoksy i terapie. Ratował się sam, na bieszczadzkim pustkowiu. I to właśnie tam chciał ratować Ryśka.

    - Plan był taki: ściągam go do siebie, do Teleśnicy Oszwarowej. Zrobię mu odwyk, a jak nabierze sił, bierzemy dwóch kumpli i robimy kapelę. Gramy jak za dawnych lat... - wspomina "Gier".

    Plan nie wypalił. Rysiek trafił do szpitala w Chorzowie (zawiózł do "Gier"), gdzie 30 lipca 1994 roku zmarł.

    - Zabrakło mi parę miesięcy, żeby go uratować - mówi Michał.

    Po śmierci Ryśka, ktoś rzucił plotkę, że to właśnie Michał podrzucił mu w szpitalu działkę narkotyków. Ostatnią w jego życiu. "Gier" niechętnie o tym mówi:

    - Chciałem go ratować, a nie zabijać. W tę bzdurę uwierzyła nawet Gola i Bastek (żona i syn Ryśka - przyp. red.). Na szczęście na krótko i mnie za te posądzenia przeprosili.

    Spadł ze sceny

    Michał nie uratował Ryśka, ale uratował siebie. Brzmi to jak patetyczny banał, ale to prawda - pomogła mu w tym muzyka. Bo chciał grać, a narkotyki cholernie przeszkadzały. Albo w ogóle nie pozwalały.

    - Grałem kiedyś koncert na cholernym głodzie. Czułem się tak podle, że w końcu zwymiotowałem w perkusję. Przez ostatnie kilka utworów waliłem w zarzygane bębny, a wymiociny fruwały dookoła, spadając mi na twarz i włosy - wspomina.

    Innym razem, dla odmiany kompletnie nagrzany, spadł z krzesełka w bębny. Gdy się z trudem wygramolił, zrobił jeden krok w tył za dużo i spadł z kilkumetrowej sceny. Cudem skończyło się to tylko na solidnych potłuczeniu.

    Takich wspomnień ma więcej. Dziesięć - jedenaście lat temu Michał przestał brać. Jest czysty. Dawni koledzy muzycy o nim nie zapominają, niemal co tydzień gra koncerty ze śląskimi kapelami bluesowymi.

    Co straciłem?

    Obliczył, że ćpał przez ćwierć wieku. Bilans?

    - Straciłem żonę, nie mam dzieci ani normalnej rodziny. Nie nagrałem wielu płyt, które mogłem nagrać. Nie zagrałem wielu koncertów, nie podjąłem ważnych decyzji w życiu. A po stronie zysków? Nic.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (2)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (2) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo