Niech wampir z grobu nie wstanie. Makabryczne pochówki w Sanoku

Dorota Mękarska
Grób osoby z kamieniem w ustach, odkryty na tzw. małym rynku w Sanoku.
Grób osoby z kamieniem w ustach, odkryty na tzw. małym rynku w Sanoku. Marcin Glinianowicz
Odcinano nieboszczykom głowy, krępowano ręce, wciskano im do gardeł kamienie, trumny przywalano kamieniami. Wszystko po to, by upiory nie wracały do świata żywych.

Po zdjęciu asfaltu na tzw. małym rynku w Sanoku archeologom ukazał się stary bruk. Pod nim natrafili na cmentarz, który przed wiekami znajdował się przy kościele św. Michała. Świątynia powstała najpewniej za czasów Kazimierza Wielkiego.

Spośród ponad 200 grobów szkieletowych z okresu od XV do XVIII wieku, które archeolodzy pracowicie oczyścili pędzelkami, kilka zwracało szczególną uwagę. W jednym spoczywała bardzo leciwa, jak na ówczesne warunki, ok. 65-letnia kobieta. W usta zmarłej włożono 4 monety z czasów króla Jana Kazimierza.

- Przypadki wkładania monet interpretuje się na dwa sposoby - tłumaczy Piotr Kotowicz, archeolog z Muzeum Historycznego w Sanoku, który prowadził badania na placu św. Michała. - Jako opłatę dla przewoźnika w zaświatach - wtedy monety wkładane były np. do mieszka. Natomiast monety wkładane do ust mają związek z zabiegami antywampirycznymi .

Naukowiec dodaje, że sam wiek tej kobiety mógł powodować, że była ona uznana za kogoś dziwnego, być może parającego się magią.

Inny szkielet, nad którym szczególnie pochylili się badacze, należał do mężczyzny. Po śmierci siłą wepchnięto mu do ust kamień tak dużych rozmiarów, że doszło do uszkodzenia szczęki i twarzoczaszki.
Największe poruszenie u archeologów wywołał jednak szkielet mężczyzny w wieku około 40 lat, którego ciało złożono (wrzucono?) do grobu twarzą do ziemi. Jedną rękę miał wykręconą do tyłu, a drugą zgiętą w łokciu. Piotr Kotowicz podejrzewa, że mężczyzna mógł być skrępowany.

Wszystkie te zabiegi - zdaniem naukowca - miały jeden cel: zatrzymać wampira w zaświatach. Aby nie wracał i nie nękał żywych.

- Poprzez włożenie nieboszczykowi kamienia do ust starano się pozbyć upiora, karmiąc go na zasadzie: najedz się i nie wracaj - tłumaczy Kotowicz. - W przypadku pochówku twarzą do ziemi wierzono, iż odwrócony głową do dołu upiór nie znajdzie wyjścia z trumny.

Wampiry grasowały po siołach

Wiara w wampiry w okolicy Sanoka była powszechna. Potwierdzają to zapiski etnograficzne autorstwa dwóch ludoznawców: Oskara Kolberga i Romana Reinfussa. Ten pierwszy pisze wręcz, że żadne sioło nie było od niej wolne.

- Wiara w wampiry narodziła się wraz z nadejściem chrześcijaństwa, gdyż zmienił się wówczas obrządek pogrzebowy: z ciałopalnego na grzebalny - tłumaczy Piotr Kotowicz. - Zmarłego chowano w dostojnej pozie: wyprostowanego, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Jednak już we wczesnym średniowieczu pojawiają się nietypowe pochówki. Badacze odkrywają groby, w których czaszki ułożone są poza układem anatomicznym. Spotykamy szkielety nieboszczyków ułożonych na brzuchu, czasami skrępowanych.
Bywało, że trumnę przywalano ciężkimi kamieniami. Ludzie zaczęli obawiać się zmarłych i w ten sposób próbowali się przed nimi bronić.

Niektórzy badacze uważają, że podobne wierzenia ograniczają się tylko do Słowian, ale na pochówki antywampiryczne natrafiono również w Wenecji czy Irlandii.

Wiara w wampiry szczególnie była widoczna w Karpatach. Na ziemi sanockiej kultywowała ją głównie ludność ruska, Łemkowie i Bojkowie, żyjący w odizolowanych górskich osadach. W polskich wsiach występowała sporadycznie.

Wampir z ulicy Zamkowej

Najbardziej znanym wampirem na ziemi sanockiej jest upiór z ul. Zamkowej w Sanoku. Na jego pochówek natrafiono w latach 80. podczas rozbiórki zabytkowego domu wzniesionego w sąsiedztwie cerkwi pw. św. Trójcy.

Obok archeolodzy odkryli cmentarzysko liczące kilkadziesiąt grobów. Złożona w grobie osoba miała około 25 lat. Trudno określić jej płeć, gdyż kości czaszki wskazują, że mógł to być mężczyzna, natomiast kości miednicy przemawiają za tym, że była to kobieta.

Być może zmarły był hermafrodytą i prawdopodobnie z tego powodu pochowanego w grobie nieboszczyka - jak wykazały badania - nie pozostawiono w spokoju. Wykopano go, odcięto mu głowę i złożono ją między nogami.

Na tym samym cmentarzysku w dwóch grobach pochowani mieli włożone monety do ust. Miały one być rodzajem daru przekupnego i mówić zmarłemu - dostałeś od nas co ci się należy, więc nie wracaj.

- Znaleziskom z Sanoka towarzyszą podobne odkrycia w całej Polsce, jak chociażby w Gliwicach czy w Kamieniu Pomorskim - dodaje sanocki archeolog.

Znano wiele sposobów na unieszkodliwienie upiora. Zmarłym wkładano do ust - oprócz monet i kamieni - mak i proso. Przebijano ich kołkami osikowymi albo bronami, przywalano kamieniami, owijano kolczastymi roślinami - głogiem, dziką różą, wreszcie przebijano im kości czaszki. Podobne metody stosowano wobec zmarłych dzieci.

Nie ma natomiast wzmianek o najbardziej znanym antywampirycznym specyfiku, czyli czosnku. Pozostałe metody były natomiast bardzo rozpowszechnione.

- Oskar Kolberg zanotował, iż w Jaworniku pod Komańczą nie było ani jednego pochówku, który by nie był antywampiryczny - podkreśla Kotowicz.

Z zapisków etnografa wynika, że w tej wsi zmarłym odcinano głowy albo przebijano ćwiekami kości czaszki. Doniesienia te nie zostały jednak zweryfikowane. Jawornik, którego ludność po Akcji "Wisła" wysiedlono, nie był przebadany archeologicznie.

Nieznane budzi lęk

Powszechną wiarę w wampiry potwierdzają inne materiały źródłowe. Wzmianka z sądowych akt biskupich z 1529 r. informuje o profanacji zwłok jednego z mieszkańców wsi Lalin pod Sanokiem. W 1756 roku jeden z księży skarżył się, że mieszkańcy Niebocka w nocy wykopują zwłoki i obcinają im głowy.

Jeszcze pod koniec XIX wieku w Sanoku próbowano wykopać z grobu zwłoki, by odciąć zmarłemu głowę, o czym wspinał w księdze parafialnej ks. Jan Reichel, proboszcz parafii w Grabownicy. Profanacji zapobiegła interwencja policji.

Dlaczego wierzenia w upiory były tak popularne? - Śmierć jest tajemnicą, a nieznane zawsze budzi lęk - tłumaczy sanocki archeolog Maria Zielińska.
Jak dodaje Piotr Kotowicz, przesłanki wiary w wampiry nie sposób nazwać racjonalnymi. Upiorem po śmieci mógł stać się np. człowiek czerwony na twarzy.

- Stąd pochodzi powiedzenie "czerwony jak upiór" - podkreśla badacz.
Czasami wystarczył drobny epizod, np. przejście kota lub psa pod ławą, na której leżały zwłoki, by wzbudzić lęk otoczenia przed zmarłym.

Wampirami miały stawać się też ofiary epidemii i w ogóle zmarli nagłą śmiercią. Oskar Kolberg zanotował, że gdy w 1873 roku w Tuchli doszło do wybuchu cholery, to ludność o chorobę oskarżyła upiory.

Niejako z urzędu w wampiry mieli przemieniać się również ludzie, których podejrzewano o konszachty z ciemnymi mocami. Do grona potencjalnych wampirów zaliczano też osoby kalekie, o niezdeterminowanej płci, cierpiące na epilepsję, chore psychicznie - jednym słowem "inne".

Upiór też może

Szczególną kategorią upiorów byli zmarli, którzy zeszli z tego świata, pozostawiwszy nierozwiązane sprawy. Mieli wracać oni do żywych, nie szkodząc im jednak, lecz pomagając w gospodarstwie.

Generalnie jednak wampiry były złe. Wysysały z ludzi krew, zsyłały choroby i śmierć. Szkodziły też chudobie, nękając złośliwie bydlęta. Czasami przejawiały zadziwiająco ludzkie cechy. Nieobca im była chuć.

W Bóbrce koło Krosna mąż upiór nawet po śmierci miał przychodzić do łoża żony, a w Solinie kobieta ponoć urodziła dziecko wampira.

Tam, gdzie ludność nie radziła sobie z uciążliwym upiorem domowymi sposobami, wzywano wyspecjalizowanych w tym fachu pogromców wampirów. Najlepszymi byli górale ze Słowacji, tzw. baczowie, czyli znachorzy, o czym wspominają Kolberg i Reinfuss.

Hubert Ossadnik z Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku opisuje przypadek unieszkodliwienia wampira w Radoszycach. Miał to być upiór 11-letniej dziewczynki, która po śmierci nie zaznała spokoju i nękała krewnych. Makabryczna operacja odbyła się tuż przed północą. Wykopana z grobu trumna okazała się pusta. Upiór nie zdołał jednak umknąć swym prześladowcom.

Dziewczynkę schwytano między zabudowaniami, przyprowadzono z powrotem do grobu i tam odcięto jej głowę. Wszystko to działo się w asyście krewnych. Od tego czasu rodzina zmarłej cieszyła się już spokojem.

Wampiry odeszły?

Władze duchowne i administracyjne zwalczały zabobon z całych sił. Bez powodzenia. A w niektórych miejscowościach do antywampirycznych praktyk dochodziło nawet za aprobatą duchownych.

W 1529 roku proboszcz parafii w Grabownicy, Michał, zezwolił parafianom z Lalina na przebicie czaszki nieboszczyka. Rodzina zmarłego podniosła rwetes, skarżąc się aż do samego biskupa przemyskiego. Michała skazano na karę wieży o chlebie i wodzie.

Z kolei w Kulasznem duchowny nie tylko że nie zabronił praktyk antywampirycznych, ale odbyły się one w jego obecności. Co ciekawe, upiór po wykopaniu z grobu był w bardzo dobrym humorze, gdyż jak wiemy z przekazów, śmiał się. Jego dobry nastrój zakończyło wbicie w serce zęba z brony.

- Duchowieństwo nie potrafiło sobie z tymi wierzeniami poradzić, mimo wydawania edyktów potępiających takie praktyki - zaznacza Piotr Kotowicz. Dopiero XX wiek położył tamę naiwnej wierze w wampiry. Ale, czy na pewno?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tomasz Wawruszko

Prawda jest taka, że im ktoś jest bardziej związany z życiem, tym trudniej mu się z życiem rozstać i... czasami nawet śmierć nie kończy ziemskiej wędrówki.

Dodaj ogłoszenie