Nocne włamanie do salonu urody w Rzeszowie, którego być może nie było. Na filmie... policjant drogówki. Prokuratorzy mają kłopot

Andrzej Plęs
Andrzej Plęs
123rf
Pod osłoną nocy, we czworo, włamali się do zamkniętego lokalu salonu urody w Rzeszowie, w przekonaniu, że kamery monitoringu nie działają. Mylili się, na filmach widać całą czwórkę, a najwyraźniej - policjanta rzeszowskiej drogówki. Od ponad czterech miesięcy żadnemu z nich nie przedstawiono zarzutów. Nie bez powodu.

Dwie panie Gabriele, niemal przyjaciółki od studiów aż do pewnego momentu, wymarzyły sobie wspólny biznes na włosach, rzęsach i paznokciach, bo piękno jest w cenie i można na nim zarobić. Zapał i kwalifikacje nie wystarczą, trzeba mieć jeszcze lokal, sprzęt i kapitał, które dopiero zaczną zarabiać na renomę „Studia Urody”, a panie tymczasem miały tylko zapał.

To Gabrysia zarejestrowała działalność gospodarczą, uciułała tu i ówdzie 170 tys. zł w gotówce, wzięła na siebie leasing 250 tys. na wyposażenie studia urody, i kolejne 100 tys. na swoją mamę.

Gabriela takimi możliwościami nie dysponowała, toteż zdołała zgromadzić 28 tys. zł do wspólnej kasy, a potem miała dopłacać za udziały, żeby rzeczywiście było pół na pół i mogła oficjalnie wejść do spółki. Zawarły ustną umowę, że wprawdzie interes zarejestrowany na Gabrysię, ale tymczasem Gabriela będzie cichą wspólniczką, pracować będę po równo, zyskami dzielić się po równo i ze wspólnego dochodu będą pokrywać wspólne koszty.

Miało być pięknie od razu i z górki natychmiast: z początkiem 2020 Gabrysia wynajęła na peryferiach Rzeszowa lokal, ze wspólnie uzbieranej kasy zaczęły go dostosowywać i wyposażać, nawet – we wzajemnej wciąż ufności – nie zawsze liczyły, z czyjej puli płacone jest za meble, za wyposażenie salonu. I kiedy gotowe były już na podbój rynku urodowego, runęła pandemia, jak pozamykano rozporządzeniem ich konkurencję, to uznały, że swoim lokalem nawet nie ma sensu debiutować.

Ruszyły z interesem latem, kiedy zniesiono lockdown i wirusa nie trzeba było się już bać. Zaczęło się obiecująco, klientek przybywało, wpływów też, Gabrysia zapisywała w specjalnym zeszycie wpływy, połowę przekazywała Gabrieli, jak ustaliły wspólnie ustną umową. Szybo zazgrzytało między nimi, po już po kilku tygodniach. Gabrysia przysięga, że popsuło się między nimi, kiedy zauważyła, że Gabriela „robi rzęsy” klientom, ale całą należność za usługę zatrzymuje dla siebie. A przecież to miał być wspólny dochód. A potem było już coraz gorzej, narastała nieufność i nieporozumienia też.

- We wrześniu doprowadziłam do rozstrzygającej rozmowy, zaproponowałam dwa wyjścia: ona spłaca mnie i bierze studio na siebie, albo ja spłacam ją, i biorę je na siebie – opowiada Gabrysia. – Wybrała wersję drugą, więc ostatniego dnia października wpłaciłam jej na konto 20 tysięcy, obiecałam, że pozostałe kilka tysięcy oddam, jej później.

I tak się rozstały, a dzień później ojciec Gabrysi wymienił zamki w drzwiach do studia urody. 4 listopada współpracownica Gabrysi pojawiła się rano w pracy, drzwi wejściowe otwarte, na nich ślady „rozwiązania siłowego”, w środku nie ma części wyposażenia. Zaalarmowała Gabrysię, ta zaalarmowała policję, chwilę potem na miejscu był patrol. A potem zaczęły dziać się rzeczy dla niej niezrozumiałe.

Włam do salonu urody w Rzeszowie w oku kamery

Notatka policyjna, sporządzona na miejscu, wspomina o kradzieży z włamaniem. I o tym, że poszkodowana Gabrysia oświadczyła policjantom, że w korytarzu prowadzącym do lokalu, zainstalowana jest kamera monitoringu, w środku też. To sobie policjanci obejrzeli zapis, a na nim wyraźnie czwórka sprawców, w tym jedna kobieta. Policyjna notatka zaznacza, że Gabrysia natychmiast rozpoznała dwoje z nich: swoją byłą wspólniczkę i jej męża.

- Policjanci też go rozpoznali, jako swojego kolegę po fachu – potwierdza Gabrysia. – Jak zareagowali? Powiedzieli, że facet chyba zwariował.

Na kilkuminutowym nagraniu widać, jak panowie wynoszą z wnętrza sprzęt, demontują i wynoszą ladę recepcji, a wcześniej widać, jak mąż Gabrieli wchodząc, trzyma w dłoni wiertarkę albo wkrętarkę.

- Chyba nie spodziewali się, że monitoring działa, bo wcześniej narzekałam głośno, że jest zepsuty – tłumaczy Gabrysia. – I nie spodziewali się, że zamki w drzwiach zostały zmienione.

Potem policyjny technik kryminalistyczny raportował, że drzwi do salonu noszą ślady uszkodzenia, szczególnie wyraźnie widoczne na dolnych zawiasach, że rygiel zamka w drzwiach pozostał wysunięty w pozycji – zamknięte. A taki stan drzwi można osiągnąć tylko zdejmując je siłowo z futryn.

Organy ścigania zadziałały błyskawicznie: jeszcze tego samego dnia notatki policyjne do Prokuratury Rejonowej dla Miasta Rzeszowa, prokuratura wydała postanowienie o wszczęciu postępowania w sprawie włamania i kradzieży i – wciąż tego samego dnia – postanowienie o zatrzymaniu i przymusowym doprowadzeniu dla dwojga podejrzanych: Gabrieli i jej męża. I jeszcze: przeszukania pomieszczeń mieszkalnych i gospodarczych, zajmowanych przez obojga. I policjanci przeszukali, znaleźli meble i sprzęt, które wcześniej były na wyposażeniu salonu urody.

Jako że jednym z podejrzanych był funkcjonariusz wydziału ruchu drogowego rzeszowskiej policji, tzw. czynności w tej sprawie prokuratura powierzyła oficerom Biura Spraw Wewnętrznych Policji, a ta podlega bezpośrednio pod komendanta głównego policji. Żeby potem nie było, że kolega policjant ściga kolegę policjanta, a obaj z jednej rzeszowskiej komendy, co już może budzić podejrzenia, co do bezstronności postępowania.

POLECAMY: Jak policja „napadła“ na kantor w Rzeszowie, czyli zadziwiająca seria pomyłek

W zasadzie do zakończenia śledztwa i postawienia zarzutów było wszystko: zapis z monitoringu jasno wskazywał, kto wtargnął nocą do lokalu. Efekt przeszukania domniemanych sprawców: znaleziono zaginione przedmioty. I wciąż jeszcze tego samego 4 listopada ub. r. prokurator wydał decyzję o postawieniu zarzutów Gabrieli i jej mężowi – policjantowi: „włamanie do lokalu poprzez sforsowanie zamkniętych drzwi wejściowych, a następnie kradzieży z jego wnętrza lady z półkami, zielonej sofy z weluru i bordowej sofy z weluru”.

Od tamtej chwili minęło ponad 4 miesiące, żadnemu z nich zarzutów nie przedstawiono. I nie przesłuchano w charakterze podejrzanego.

- Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje – dziwi się Gabrysia. – Mnie przesłuchiwano już trzy razy, tamtych ani raz. Może dlatego, że chodzi o policjanta, w dodatku również syna policjanta.

A sprawa jest cokolwiek bardziej skomplikowana.

Nie wiadomo, co się stało

Już dzień po włamaniu agencji Biura Spraw Wewnętrznych Policji zatrzymali Gabrielę i jej męża. Oboje w charakterze podejrzanych, ale przesłuchania nie było. Powstała jedynie policyjna notatka służbowa z „rozpytania” obojga, a ta – przy okazji przeszukania zabudowań, które oboje zajmowali.

I wtedy Gabriela oświadczyła, że wszystkie te rzeczy, które wyniesiono z salonu urody były jej własnością, więc o kradzieży nie ma mowy. Na dowód tego przedstawiła wydruki z bankowych wypłat, zapewniła, że pieniądze przekazała wspólniczce Gabrysi i właśnie za te pieniądze kupowały te wszystkie rzeczy, które wyniesiono z salonu. I dlatego one jej są, a nie byłej wspólniczki. A do lokalu miała prawo wejść, bo wtedy wciąż jeszcze były wspólniczkami – zapewniała. I wchodząc tam tamtej nocy nie wiedziała, że zamki w drzwiach zostały zmienione, w dodatku bez jej wiedzy i zgody. A co więcej: ponieważ była wspólniczka nie była w stanie zwrócić jej wszystkich obiecanych pieniędzy, toteż uzgodniły, że ona zabierze sobie meble, które kupiła za własne pieniądze. Czyli raz jeszcze – wzięła swoje, kradzieży nie było.

Ale dlaczego cała ta operacja nastąpiła w nocy? Bo, przychodząc do salonu po swoją własność, nie chcieli przeszkadzać, gdyby wewnątrz znajdowały się klientki.

I śledczy popadli w dylemat: słowo przeciwko słowu, rachunki i faktury rozliczeń i zakupów nie zawsze wyjaśniały, co było czyje w salonie urody, i za pieniądze której z pań było kupowane. Prokuratura jest w gotowości, by postawić zarzuty. Tylko nie wiadomo jakie.

- Zarzuty zostały wydane, ale na dzień dzisiejszy nie zostały ogłoszone – potwierdza szef prokuratury Wojciech Przybyło. – Powodem jest brak na chwilę obecną możliwości ustalenia, czy faktycznie doszło do włamania, czy też kradzieży, czy – ewentualnie – naruszenia miru domowego. Monitoring nie obejmuje miejsca samych drzwi wejściowych, nie ujawnia więc sposobu przełamania zabezpieczeń. Natomiast z protokołu oględzin miejsca zdarzenia nie wynikało, w jaki sposób te drzwi zostały pokonane. I to w tej chwili jest przeszkodą do przedstawienia zarzutu, ale postępowanie jest w toku. Zmierzamy do ustalenia, jaki czyn w rzeczywistości nastąpił, czy była to kradzież, czy kradzież z włamaniem, czy też obok kradzieży zakłócenie miru domowego.

Dodaje, że są również poważne wątpliwości co do określenia praw własności do zabranych z salonu przedmiotów. I to też jest elementem weryfikacji. A jeśli dokonano kradzieży, to czego i na jaką kwotę – to też należy sprecyzować i umotywować dowodami. Rygory procedur postępowania prokuratorskiego jasno określają kolejność działań. Toteż prokuratura tłumaczy, dlaczego uczestnicy zdarzenia nie zostali przesłuchani w charakterze podejrzanych.

- Najpierw musimy sprecyzować czyn, by postawić zarzuty, dopiero konsekwencją będzie przesłuchanie podejrzanych – wylicza prokurator Przybyło.

Wątpliwości prokuratury nie podziela Gabrysia, dla niej jasne jest, że włamanie było, kradzież była, tylko ta zwłoka w ściganiu winnych – według niej – jest niepokojąca. I dlatego zwróciła się do Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie o objęcie śledztwa nadzorem. A we wniosku zaznaczyła, że jej obawy potęguje fakt, że jej prawnik miał „znaczne trudności w uzyskaniu zgody na wgląd do akt postępowania, o które zwracał się wielokrotnie. Pomimo tego Prokurator zwlekał z wydaniem stosownego zarządzenia kilka tygodni”. A w ogóle to nie rzeszowska prokuratura winna wyjaśniać tę sprawę – uważa Gabrysia - bo przecież na co dzień współpracuje z rzeszowską policją, w której jeden ze sprawców włamania jest funkcjonariuszem.

I z coraz większym niepokojem czeka na bieg zdarzeń.

Coraz więcej cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Patriotyzm wolski
14 marca, 11:27, Robert:

Umorzą, przy sasinowaniu i obajtkowaniu to pikuś. Dlaczego pani Gabriela nie wziął a przykładu z matołka lub obajtka i nie przepisała salonu na brata lub mamę. Byłoby po sprawie.

Obajtek ma 15 willi, ciepły człowiek samozwańczy białoruski patriota 17 willi, to Obajtkowi brakuje jeszcze 2 żeby być tak samo patriotyczny jak Łukaszenko.

R
Robert

Umorzą, przy sasinowaniu i obajtkowaniu to pikuś. Dlaczego pani Gabriela nie wziął a przykładu z matołka lub obajtka i nie przepisała salonu na brata lub mamę. Byłoby po sprawie.

G
Gość

ktoś zdziwiony sytuacją ? - oj naiwny naiwny jak dziecko we mgle .

Dodaj ogłoszenie