O dwóch braciach co nic nie ukradli

Katarzyna Sobieniewska-Pyłka
We wtorek bracia ze Świniar stanęli przed sądem. Przyznają się do wszystkiego. Pozwolili nawet pokazać swoje twarze w gazetach i telewizji. KATARZYNA SOBIENIEWSKA-PYŁKA
Tomek i Jarek ze Świniar (pow. sandomierski) kupowali broń i konstruowali bomby. Po co? By bronić się przez antyterrorystami, których w każdej chwili mógł nasłać na nich ojciec.

Zrobiło się o nich głośno w zeszłym roku, kiedy napadli na bank w Tarnobrzegu. Bo nie dość że nic nie ukradli, to trzy dni później dali się złapać. Wtedy wyszło na jaw, że mają na sumieniu znacznie więcej niż jeden nieudany napad.

- To wybite za szyby będą ich sądzić? - żartowali tarnobrzeżanie na wieść o tym, że Tomasz i Jarosław staną przed sądem. - Przecież złamanego grosza nie wzięli.
Akcję przygotowywali misternie.

- Miesiąc przed napadem przyjechaliśmy do Tarnobrzega ze dwa razy - opowiadał przed sądem Tomasz F. - Ja czekałem w samochodzie, brat wchodził do banku. Sprawdzał, gdzie stoi ochrona, jak usytuowane są pomieszczenia. Potem przychodził i relacjonował krok po kroku. Metr po metrze.

Planu miasta nie rysowali, bo Tomasz chodził tu kiedyś do szkoły. Najpierw do "Rolnika", potem do "Budowlanki" (nie skończył żadnej, ma wykształcenie podstawowe). Zaplanowali, którą ulicą wjadą, która wyjadą. Samochód (z włączonym silnikiem!) mieli postawić za budynkiem Banku Przemysłowo-Handlowego.

Ojciec mnie nie lubi

Kominiarki i broń kupili wcześniej. Bo Tomek lubił broń. Kupował ją od znajomego z Koprzywnicy albo w sklepie myśliwskim na Śląsku. Broń przerabiał: zmieniał lufy, dorabiał tłumiki. Potem szedł nad Wisłę, tam, gdzie nikt go nie widział, zakładał na głowę kominiarkę, żeby było cieplej i celował do drzew. A potem broń zakopywał za stodołą, żeby nikt nie znalazł.

Raz, kiedy Tomek akurat coś majstrował przy broni, do jego pokoju wszedł ojciec. Zobaczył pistolet i zagroził, że o wszystkim powie policji. Tomek więc zaczął się zbroić. Na wypadek, gdyby policjanci przyszli zabrać mu broń, zrobił bomby rurowe. 21 sztuk. Każda wielkości zaciśniętej pięści.

- Ojciec mnie nie lubi - narzekał w sądzie Tomek. - Ja nie piję, nie palę. A on tak. Jesteśmy całkiem inni. Nawet jak za szybko pracuję w gospodarstwie, to go drażni. Tak jest od dawna.

Tomek lubi za to swojego o dwa lata młodszego brata Jarka.

- To wszystko ja wymyślałem. On mi tylko pomagał - zapewniał, kiedy opowiadał o ich wspólnych przestępstwach.

Przed akcją w banku długo ćwiczyli. W pokoju Tomka symulowali napad na strażnika, obezwładnienie, potem kradzież pieniędzy i ucieczkę. Krok po kroku.
Termin nie był przypadkowy. 1 marca 2006, jak spodziewali się bracia ze Świniar miał być idealnym dniem. Akurat po wypłatach, w banku mnóstwo pieniędzy. Wszystko miało pójść jak po maśle.
[obrazek2] 1 marca ubiegłego roku policja miała pełne ręce roboty. Poszukiwanie sprawców napadu zajęło im zaledwie trzy dni.
(fot. AGATA RYBKA)Nie ruszać się!

Przed godz. 9. zaparkowali swojego peugeota za budynkiem banku. Wybiegli w kominiarkach z bronią w ręku. Tomek z GAP-em, pistoletem gazowym przerobionym na broń do ostrej amunicji. Jarek z Mosinem na piersiach. Niespełna 30 metrowy odcinek z samochodu do drzwi banku pokonali w kilka sekund. Nikt na nich nie zwrócił uwagi.

Wbiegli na salę operacyjną. Jarek krzyknął: "Nie ruszać się, policja!" i strzelił w sufit, żeby wszystkich wystraszyć. W sali, prócz bankowych pracowników, było kilu klientów. Wszyscy zamarli. Tomek przeskoczył przez ladę, sięgnął pod spód, ale pieniędzy nie znalazł, tylko jakieś znaczki. Za następną ladą to samo. W sali włączył się alarm.

- Uciekamy! - krzyknął starszy brat do młodszego.

Drzwi wejściowe były już zablokowane. Kolbami od pistoletu i karabinu wybili szybę i wyskoczyli przez okno. Jedna z pracownic usiłowała ich zatrzymać.

- To napad, panie dyrektorze! - krzyczała.

Bracia jednak byli już przy samochodzie. Jeszcze chwila przepychanki na parkingu, bo ktoś zajechał im drogę, strzelania i ucieczka przez boczne dróżki. Aż do polany pod Mielcem, gdzie w samochodzie przewegetowali trzy dni.

To wszystko z biedy

Policja złapała ich w piątek. W samochodzie znaleziono cały arsenał broni.
W trakcie śledztwa okazało się, że starszy z braci napadł już skutecznie na poczty w Tarnobrzegu i Sandomierzu. Raz zabrał 18 tys. zł., raz 3 tys. Kradł też ciężarki z trakcji kolejowej. Wszystkie sprzedał paserowi. Zarobił tysiąc złotych. Pieniądze spakował w słoik i zakopał. Powoli wydawał na benzynę i czekoladę. Czasem na coś do jedzenia.

- To wszystko z biedy - tłumaczył na rozprawie. - Często się zdarzało, że nasza lodówka była pusta, w domu nie było co jeść. Bywałem głodny, brat też. To kradliśmy.

Obu braciom grozi nawet po 15 lat więzienia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie