Od legendarnego Łosia do Black Hawka. Po 75 latach Mielec świętuje

Stanisław Siwak
Józef Sudek jest jednym z nielicznych już mielczan, którzy pamiętają początki budowy Polskich Zakładów Lotniczych. A nawet pracował przy ich budowie.
Józef Sudek jest jednym z nielicznych już mielczan, którzy pamiętają początki budowy Polskich Zakładów Lotniczych. A nawet pracował przy ich budowie. Krystyna Baranowska
75 lat temu w Mielcu narodził się przemysł lotniczy. Tylko nieliczni pamiętają budowę Polskich Zakładów Lotniczych. Jednym nich jest Józef Sudek, który nawet pracował przy budowie.

Legendarne bombowce Łoś, a po wojnie popularne antki, migi, iskry, irydy, mewy, dromadery, bryzy, skytrucki, aż po śmigłowce black hawk. Takie samoloty opuszczały hale montażowe Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu na przestrzeni 75 lat.

Największą legendą owiany jest bombowiec łoś, przed wrześniem 1939 roku uznawany za najnowocześniejszy średni bombowiec na świecie.

Ale najsłynniejszym mieleckim samolotem jest odrzutowiec Iskra, w swoim czasie największe osiągnięcie polskiej myśli konstrukcyjnej w dziedzinie lotnictwa. Jego sukces rodził się w bólach.

Twórca iskry, prof. Tadeusz Sołtyk swego czasu zwierzał się, że najbardziej przeżył i zapamiętał pierwszy publiczny pokaz Iskry zorganizowany u progu lat 60. dla decydentów wojskowych. Wszak to od nich zależała przyszłość pierwszego polskiego odrzutowca wojskowego a pośrednio tłuste albo chude lata dla mieleckiego zakładu i załogi.

Kiedy samolot wzbił się w powietrze, wykonał kilka pętli i beczek, wiceminister obrony, generał Jerzy Bordziłowski, wykrzyknął jedno słowo - "bladź!" (po rosyjsku "k...wa"). Sołtyk był załamany, pomyślał, że to koniec marzeń o produkcji iskry. Na wszelki wypadek zapytał jednego z adiutantów, co to słowo znaczy.

- Człowieku, to wyraz najwyższego uznania! - odparł wojskowy.

Bardzo zasłużony dla lotniczej fabryki i Mielca profesor Sołtyk już nie żyje. Za to iskra z powodzeniem służy w wojsku do dziś. Mogła stać się wielkim hitem eksportowym, jednak nie pozwolili na to radzieccy "przyjaciele", którzy byli niezadowoleni, że Polacy samodzielnie, bez uzgodnień z nimi, zbudowali bardzo udany odrzutowiec.

Rosjanie nigdy też iskry nie zakupili, ani nie pozwolili na sprzedaż nawet do innych krajów Układu Warszawskiego. Jakimś cudem udało się jedynie wyeksportować 50 Iskier do Indii, gdzie latają do dziś.

Oddali ziemię pod nową fabrykę

Józef Sudek jest jednym z nielicznych już mielczan, którzy pamiętają początki budowy Polskich Zakładów Lotniczych. Pracował nawet przy ich budowie.

Był jeszcze uczniem szkoły podstawowej, kiedy pierwszy raz pierwszy usłyszał słowa - fabryka płatowców. Akurat do jego rodzinnego domu w wiosce Cyranka, dziś dzielnicy Mielca, zapukali mierniczy ze stolicy.

Na dzień dobry powiedzieli ojcu, że mają polecenie wyznaczyć tereny pod budowę dużego zakładu. Państwowe Zakłady Lotnicze ma się nazywać to przedsiębiorstwo. Mierniczy ze stolicy nieprzypadkowo trafili do domu Sudków.

Wiedzieli, że ojciec Józefa, Franciszek, jest fachowcem z branży, gdyż był zatrudniony w melioracji. Z czasem Sudkowie oddali nawet część swojej ziemi pod fabrykę, gdyż ojciec myślał perspektywicznie. Liczył, że niektóre z piątki jego dzieci znajdą zatrudnienie w nowym zakładzie.

Dobre wiadomości o planowanej budowie wytwórni płatowców lotem błyskawicy rozeszły się po Mielcu i całej okolicy. Ludzie przyjęli je z radością i nadziejami na dobrą pracę.

Przecież w całej okolicy trudno było znaleźć rodzinę, z której ktoś nie wyjechał za chlebem do Ameryki. Ojciec młodego Józka także przez kilka lat pracował za Wielką Wodą.

Mielecka fabryka powstawała w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Prace przy jej budowie postępowały sprawnie i szybko. Robotami kierowali najlepsi fachowcy w kraju.

- Chodziłem na budowę razem z ojcem. Nosiłem narzędzia pomiarowe za inżynierami, którzy wytyczali drogi dojazdowe, bocznicę kolejową i hale produkcyjne - wspomina pan Józef.

Przy budowie fabrycznych hal zatrudnił się też najstarszy brat Eugeniusz, a w kolejnych latach w PZL pracowali bracia Edmund, Władysław i siostra Irena.

Budynki produkcyjne nowej wytwórni rosły w szybkim tempie. Sznury wiejskich furmanek przywożących piasek na budowę były stałym fragmentem mieleckiego krajobrazu.

Żwir na fundamenty wydobywano z Wisłoki na odcinku kilkudziesięciu kilometrów, od Dębicy po Mielec. W nowej fabryce rozpoczęto montaż łosi.

Powstawały z podzespołów produkowanych na miejscu, oraz częściowo sprowadzanych z Polskich Zakładów Lotniczych w Warszawie.

Wybuch wojny był szokiem dla młodego Józka. Mocno utkwiły mu w pamięci wybuchy bomb, które już w drugim dniu napaści hitlerowskiej zrzucono na mielecką fabrykę.

Cało przeżył ciężkie lata okupacji. Po wojnie ukończył szkołę konstruktorów na Politechnice Łódzkiej i rozpoczął pracę w biurze konstrukcyjnym Zakładu Lotniczego WSK PZL- Mielec.

W biurze tym powstawały plany budowy wszystkich kolejnych samolotów, od popularnych antków po skytrucki. Wdrażał też seryjną produkcję kolejnych samolotów. Polskich biesów, radzieckich migów, a potem iskier, dromaderów i skytrucków.

Z sentymentem pan Józef wspomina dziś współpracę z Tadeuszem Sołtykiem przy wdrażaniu seryjnej produkcji iskier. A także innym wielkim konstruktorem, Józefem Oleksiakiem, twórcą innego mieleckiego przeboju, czyli rolniczego dromadera.

U progu lat 2000 przeszedł pan Józef na zasłużoną emeryturę. Ocenia, że lata powojenne były okresem świetności mieleckich PZL. Aż do upadku komuny i zmiany ustroju, kiedy to Rosjanie z dnia na dzień przestali odbierać nasze samoloty.

Mocno pan Józef przeżywał mielecki kryzys, strajki załogi w obronie zakładu i duże zwolnienia pracowników. Z satysfakcją przyjął wiadomość, że lotniczą fabrykę kupił amerykański Sikorsky.

- W tej sytuacji było to najlepsze i najbardziej przyszłościowe rozwiązanie. Inwestycje Sikorskiego dowodzą, że w Mielcu lotnictwo nadal będzie się rozwijać - ocenia.

Zbudował podniebny traktor

Józef Oleksiak, twórca rolniczego dromadera, należy do elitarnego grona wielkich mieleckich konstruktorów. Jego "podniebny traktor" nadal się sprzedaje i lata na obu półkulach. Dromadery bardzo popularne są w USA.

Początki historii dromadera sięgają połowy lat 70. Akurat Rosjanie przygotowali w mieleckiej fabryce produkcję rolniczego samolotu odrzutowego M-15 zwanego belfegorem. Konstrukcja ta od początku była kompletnie nieudana, bo kto słyszał, aby stonkę niszczyć z pomocą odrzutowca.

- Forsowany przez Rosjan upiorny belfegor nie miał szans. A myśmy chcieli produkować własne samoloty, które z powodzeniem będą się sprzedawały na rynkach zachodnich - wspomina pan Józef.

Dlatego ekipa Oleksiaka budowała swego dromadera w tajemnicy przed Rosjanami. Prototyp wykonano w hali wykorzystywanej do produkcji silników leylanda.

Próbne obloty gotowego dromadera mielczanie odbywali w Jasionce. Wyniki osiągane przez prototyp okazały się wręcz rewelacyjne. Firmy lotnicze na świecie dość szybko dowiedziały się, że w Mielcu powstał bardzo udany samolot.

W 1978 roku PZL Mielec uzyskał polski certyfikat na dromadera. Intensywnie zabiegano też o certyfikaty innych krajów. W latach 80., kiedy istniało RWPG, dużo dromaderów sprzedano do NRD, Czechosłowacji i na Węgry.

Jednak najbardziej polubili go amerykańscy farmerzy, gdyż podniebny traktor z Mielca jest niezawodny i prosty w obsłudze. Rolnicy z Newady czy Luizjany posługują się nim w walce z pożarami lasów, wykorzystują do chemicznej ochrony plantacji przed szkodnikami.

Dromader zdobył kilkanaście zagranicznych certyfikatów. Lata w Ameryce Północnej i Południowej. Trafił nawet do Australii, Nowej Zelandii, a ostatnio do Chin. Skutecznie walczył z szarańczą w Nigerii.

Teraz black hawk

Z początkiem lat 90. Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu, a w jej ramach najważniejszy Zakład Lotniczy, dopadł wielki kryzys.

Rząd Tadeusza Mazowieckiego przeszedł z Rosją na rozliczenia dolarowe, a wschodni partner z dnia na dzień przestał odbierać mieleckie wyroby, twierdząc, że nie ma twardej waluty.

W lotniczej fabryce rozpoczęły się długotrwałe strajki w obronie miejsc pracy, a przede wszystkim o uratowanie zakładu i lotniczych tradycji w Mielcu. Zupełny krach wisiał w powietrzu.

Z biegiem czasu kryzys został opanowany, systematycznie wprowadzano też nowe wyroby jak bryza, czy skytruck. Jednak prawdziwy skok odnotowała lotnicza fabryka po zakupie przez koncern Sikorskiego z USA.

Nowy właściciel wyłożył wiele milionów dolarów w unowocześnienie zakładu, jak też wdrożenie najnowocześniejszych technologii do produkcji słynnych helikopterów black hawk.

W Mielcu wszyscy czekają obecnie na ogłoszenie a zwłaszcza rozstrzygniecie konkursu stulecia na dostawy kilkudziesięciu helikopterów dla naszej armii. Black hawk jest uznawany przez fachowców z branży lotniczej za głównego faworyta do zwycięstwa w polskim przetargu.

Ma groźnych konkurentów. Apetytu na sukces nie ukrywa francuski Eurocopter. W swe szanse wierzą także w Świdniku, gdzie fabrykę kupił niedawno włosko-brytyjski koncern AgustaWestland i oferuje wojsku śmigłowiec AW149. Mielec jednak wierzy, że konkurs wygra "czarny jastrząb".

***
11 czerwca w Samorządowym Centrum Kultury w Mielcu odbędzie się uroczysta gala z okazji 75-lecia mieleckiego przemysłu lotniczego.

Konieczny zakaz eksportu drewna, inaczej wiele firm upadnie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie