Piecuch wygrał Maraton Cyklokarpaty

Tomasz Ryzner
Marcin Piecuch pokazał w Jaśle dużą klasę.
Marcin Piecuch pokazał w Jaśle dużą klasę. archiwum
Udostępnij:
Rzeszowianin Marcin Piecuch (SZiK Martombike Eska Team) i wygrał w Jaśle ostatni wyścig z cyklu Maratonów Rowerowych Cyklokarpaty i w rezultacie zwyciężył w klasyfikacji generalnej, zdobywając 4751 pkt.

Drugie miejsce z liczbą 4719 punktów zajął Łukasz Szlachta z KS Strzyżów MTB Team, a trzecie Arkadiusz Krzesiński (Żbik Komańcza) z 4625 pkt.
Od pierwszego maratonu tej serii, który odbył się 1 maja w Przemyślu, do ostatniego, odbyło się w sumie 12 edycji. W większości były to różne rejony Podkarpacia, kolarze zawitali również do Kluszkowiec nad jeziorem Czorsztyńskim, a nawet na Słowację do Sabinova. W tym sezonie w zawodach wzięło udział około 800 różnych osób. Organizatorzy poszczególnych edycji, ku zadowoleniu startujących, wyznaczali wymagające i interesujące trasy, a nie raz, nie dwa swoje trzy grosze dokładała pogoda. Tak było i w Jaśle, gdzie padający deszcz w tygodniu poprzedzającym wyścig rozmoczył trasę i jeszcze bardziej podwyższył poziom trudności na finałowej edycji.

- Co roku zimą organizatorzy podają terminy imprez na zbliżający się sezon - opowiada Marcin. - Dla zawodnika jest to czas planowania treningów, szczytu formy na najważniejsze imprezy. Biorąc pod uwagę start w Transalpie i ogólnopolskim cyklu Bike Maraton wyliczyłem, że mam szanse wystartować w 8 edycjach - minimalnej ilości startów potrzebnych do generalki. Nie była to komfortowa sytuacja - jeden defekt, nie ukończony maraton i wszystko przepada. Na wyścig zabierałem ze sobą klucze i części zapasowe, by móc walczyć do końca. Poważną awarię miałem na drugiej edycji, która kosztowała mnie sporo punktów do klasyfikacji. Na kolejnych edycjach, łącznie z finałową, powoli odrabiałem tą stratę! Mój kalendarz kilkakrotnie przewidywał również starty w zawodach w soboty i niedziele, co oczywiście wpływa na efektywność jazdy.
- Przed finałową edycją miałem około 8 punktów straty - podkreśla Marcin. - Dla Łukasza była to komfortowa sytuacja, wystarczyło, by pilnował mnie podczas wyścigu. Ja musiałem atakować. Pierwsze 20 kilometrów to 7 krótkich podjazdów, na których mocno naciskałem w pedały, nie dając nikomu odpocząć. Peleton szybko się porwał, znalazłem się sam z przodu, ale przewaga nie rosła za szybko. W dodatku około 10 kilometra poczułem, że mam mniej powietrza w tylnej oponie. Kapeć?! Odczekałem chwilę, płyn FRM uszczelnił dziurkę i mogłem jechać bez zakładania dętki. Opona była miękka, musiałem uważać, żeby nie dobić do obręczy. Tak rozpocząłem 4-kilometrowy podjazd z ponad 300 metrami w pionie na szczyt Liwocz. Chciałem zrobić jak największą przewagę, by nawet po zatrzymaniu i dopompowaniu powietrza z naboju, nie dać się dogonić.
- Szczyt spowiła deszczowa chmura, widoczność wynosiła kilka metrów - mówi rzeszowianin. - Chyba padało, chodź ciężko było ocenić, czy woda leciała z góry, czy opony podnosiły ją z bardzo rozmoczonych ścieżek. Na zjeździe ciężko było zapanować nad rowerem, kilka razy asekurowałem się nogami i rękami o wszystko co było dookoła. Ze względu na niskie ciśnienie w tylnim kole jechałem miękko, ale to dzięki temu miałem też lepszą przyczepność. Na kilku krótkich podbiegach dopompowałem powietrze, ale po chwili wróciło do poprzedniego stanu. Na jednym z rozjazdów zmyliły mnie leżące w poprzek gałęzie i pojechałem nie w tę drogę, co trzeba. Po kilkuset metrach, nie widząc oznaczeń trasy, zawróciłem. Ta chwila wystarczyła, by Łukasz już był koło mnie.
- Po prawie dwóch godzinach ucieczki, znów zaczynałem od nowa - podkreśla Marcin. - Ponownie zbliżalismy się do podjazdu na Liwocz. Mocno zacząłem, chciałem szybko urwać rywala. Udało się, ale nie zwalniałem tempa, próbując zgubić kontakt wzrokowy i zrobić przewagę na ciężkie technicznie zjazdy, na których Łukasz świetnie sobie radził. Od rozjazdu na 55 kilometrze pozostawało 25 kilometrów do mety. Krótkie podjazdy starałem się podjeżdżać z blatu, pozwalają na to przełożenia jakimi dysponuję w moim Cannondale’u, mimo błota łańcuch płynnie pracował. Do miękkiej opony się przyzwyczaiłem, jeszcze na kilka kilometrów przed metą, jadąc po starym torowisku, musiaałem uważać, by nie dobić. Wpadając na metę włączyłem stoper i odliczałem minuty, które musiały minąć, żebym wygrał w klasyfikacji generalnej. Po 4 już wiedziałem, że się udało. W rezultacie zrobiłem 16 minut przewagi. Kolejny z moich celów na ten sezon udało się zrealizować - zakończył nasz kolarz.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
obiektywny
szkoda, że Marcin nie dodał, że Łukasz też złapał kapcia i stracił przez to sporo czasu, a przewaga na mecie to nie 16min tylko niecałe 12... ciekawe jak by się potoczyła rywalizacja gdyby nie defekty...
Dodaj ogłoszenie