Prof. Witold Kulesza: Dobrze się stało, że wydano Mein Kampf po polsku. Ostrzega przed niebezpieczeństwem odradzającego się nacjonalizmu

Sławomir Sowa
Sławomir Sowa
Prof. Witold Kulesza, wykładowca Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Łódzkiego, były dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu
Prof. Witold Kulesza, wykładowca Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Łódzkiego, były dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu Fot. Krzysztof Szymczak
W połowie stycznia 2021 roku ukazało się polskie tłumaczenie „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Wydaniu książki towarzyszą liczne kontrowersje. O tym, co właściwie zawiera książka Hitlera i obawach towarzyszących jej wydaniu rozmawiamy z prof. Witoldem Kuleszą, wykładowcą Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Łódzkiego, byłym dyrektorem Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Właśnie ukazało się polskie tłumaczenie „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Mimo opatrzenia stosownym wstępem i krytycznymi przypisami, wydanie „Mein Kampf” po polsku budzi kontrowersje, także wśród naukowców. Jak Pan przyjął tę publikację?

Dobrze się stało, że ukazało się polskie tłumaczenie „Mein Kampf” z krytycznym komentarzem, ponieważ pozwoli czytelnikowi na zrozumienie, czym była owa praca Adolfa Hitlera. Nie taję, że „Mein Kampf” przeczytałem w oryginale na początku swoich studiów nad historią prawa karnego narodowego socjalizmu, będąc pod wpływem dzieła Franciszka Ryszki „Państwo stanu wyjątkowego”, które ukazało się 55 lat temu. W swoim z rozmachem napisanym studium o Trzeciej Rzeszy, w jego kolejnym wydaniu z 1985 roku, autor pisał tak: „Podstawowym, acz ciągle niedocenianym (bo to takie głupie!), źródłem do dziejów hitleryzmu jest Mein Kampf samego Hitlera, klucz do doktryny i najogólniej zarysowany, lecz dostatecznie konkretny koncept programu. Trzeba dobrze poznać ów wyklęty tekst, jeżeli chce się zająć na serio całością ponurego fenomenu, bądź tylko dowolnie wybranym wycinkiem”. Egzemplarz „Mein Kampf”, którym dysponuję i który posłużył mi do studiów nad prawem karnym Trzeciej Rzeszy, to wydanie oryginalne z 1944 roku, tak zwane upominkowe, w skórzanej oprawie. Jako ciekawostkę dodam, że kosztowało 24 marki, podczas gdy najtańsze wydanie w kartonie kosztowało 5 marek i 70 fenigów. Ogółem wydano około 12 milionów egzemplarzy „Mein Kampf”.

Dobrze się stało, że ukazało się polskie tłumaczenie „Mein Kampf” z krytycznym komentarzem, ponieważ pozwoli czytelnikowi na zrozumienie, czym była owa praca Adolfa Hitlera.

Czym zatem była „Mein Kampf” i dlaczego jest nadal taka ważna dla badaczy?

Bez lektury „Mein Kampf” trudno jest zrozumieć to, co się stało w III Rzeszy, gdy chodzi o politykę prawną, także wobec Polaków. Wydana została w dwóch tomach, pierwszy został napisany w 1924 r., gdy Hitler po nieudanym puczu przebywał w więzieniu, drugi tom powstał, gdy Hitler opuścił więzienie i podyktował swoje wynurzenia wydawcy. To wywody Hitlera legły u podstaw podziału ludzi na nadludzi - Ubermenschen i podludzi - Untermenschen. Na tym podziale wyrosła konstrukcja zbrodni zhańbienia rasy, uznana za podstawową dla prawa karnego Trzeciej Rzeszy. Pod pojęciem zbrodni zhańbienia rasy rozumiało ustawodawstwo norymberskie z 1935 roku kontakty płciowe między Żydami a Niemcami. Choć nie było podobnego do ustaw norymberskich zakazu kontaktu Polaków z Niemcami, to na przykład praktyka niemieckiego sądu specjalnego w Łodzi oparta była na pojęciu zhańbienia rasy, którym to pojęciem uzasadniano między innymi karanie śmiercią Polaków za kontakty seksualne z niemieckimi kobietami. Nawet za samą próbę zbliżenia się Polaka do niemieckiej kobiety, która to próba miała być równoznaczna z odpowiedzialnością zagrożoną karą śmierci. Tak właśnie było w przypadku 20-letniego Polaka, który objął z tyłu, wbrew jej woli, niemiecką dziewczynę i powiedział do niej „Piękna dziewczyno”. Już samo takie zachowanie było kwalifikowane jako zbrodnia zhańbienia rasy.

Bez lektury „Mein Kampf” trudno jest zrozumieć to, co się stało w III Rzeszy, gdy chodzi o politykę prawną, także wobec Polaków.

Dlaczego „zhańbienie rasy” miało takie kluczowe znaczenie?

Właśnie w „Mein Kampf” znajdujemy uzasadnienie. Hitler przestrzegał przed stopieniem się rzekomo wyższej rasy, germańskich Aryjczyków, z rasą niższą i twierdził, że „doświadczenia historyczne dostarczają nieskończoną liczbę przykładów z szokującą wyrazistością ukazujących, iż z mieszania się krwi Aryjczyka z niższymi narodami wynika jego koniec jako nośnika kultury”. Dalej Hitler rozwija, że „nie do germanizacji, lecz w rzeczywistości do odgermanizowania prowadzi wyobrażenie, według którego z Murzyna albo Chińczyka będzie Germanin, ponieważ uczą się oni języka niemieckiego i w przyszłości będą gotowi oddać swój głos na jakąś niemiecką partię polityczną”. Zdaniem Hitlera „narodowość lepszej rasy leży bardziej w krwi, aniżeli w języku, co sprawia, że mieszanie krwi oznacza upadek poziomu rasy wyższej, ponieważ parzenie się z niższą rasą doprowadzi do utraty kulturowych sił także wtedy, gdy mieszany produkt w tysiącach razy będzie mówił językiem niemieckim, a więc wcześniejszej wyższej rasy”. Owa wywiedziona z wynurzeń Hitlera sprawa jedności rasowej narodu niemieckiego stała się podstawą programu dla NSDAP, od chwili jej powstania, a walkę z hańbieniem rasy uznano za najważniejsze zadanie polityki prawnej w Trzeciej Rzeszy, w tym także w Warthegau, a więc tzw. Kraju Warty, do którego należała również Łódź. Dopiero czytając „Mein Kampf” zrozumieć można, dlaczego w Kraju Warty włączonym do Rzeszy, uznano, że nauczanie Polaków języka niemieckiego nie doprowadzi do złączenia tego obszaru z Trzecią Rzeszą. Realizowano program wysiedlenia Polaków z Łodzi i całego Kraju Warty po to, aby doprowadzić do tak zwanej germanizacji ziemi, a nie ludności tu zamieszkałej. Jeżeli zatem chcemy znaleźć odpowiedź, dlaczego z Łodzi i Warthegau dokonywano masowych wysiedleń, to trzeba sięgnąć do „Mein Kampf”, gdzie Hitler napisał, iż nauczanie Polaków języka niemieckiego będzie prowadzić tylko do tego, że Polacy mówiąc po niemiecku będą kompromitowali wyższą rasę, która tym językiem się posługuje, a więc i niemiecką kulturę poprzez swoje prymitywne myślenie podludzi wyrażane w języku niemieckim. To jeden z wątków, które badałem z wykorzystaniem „Mein Kampf”.

Germanizacja ziemi, a nie ludności to dokładne przeciwieństwo tego, co robił Bismarck kilkadziesiąt lat wcześniej.

Otóż to. Hitler skrytykował wcześniejszy program germanizacji, który według niego do niczego nie prowadził. Hitler pisał tak o Polakach: „Ten obcy rasowo naród wyrażający swe obce myśli w języku niemieckim przez swą własną niższość będzie kompromitował majestat i godność naszej własnej, niemieckiej narodowości”. W odróżnieniu od programu Bismarcka, Hitler miał inny program, który skrupulatnie realizował Arthur Greiser, gauleiter Kraju Warty: Polacy muszą zostać wysiedleni z Kraju Warty, pozostać mogą tylko ci, którym nadany zostanie status, dosłownie, „sług i parobków narodu niemieckiego”. Dopiero odwołanie się do „Mein Kampf” pozwala zrozumieć, że to, co czynił Arthur Greiser jako najwyższy urzędnik Trzeciej Rzeszy w Łodzi i całym Kraju Warty, wynikało z realizacji programu, który sformułował Adolf Hitler w „Mein Kampf”. Dlatego też przytoczone na wstępie naszej rozmowy słowa Franciszka Ryszki stanowią ważną inspirację do tego, by czytać „Mein Kampf” po to, żeby zrozumieć, co się stało, kiedy narodowi socjaliści doszli do władzy.

Ale to nie „Mein Kampf” wymordowało miliony ludzi i napadło na Polskę w 1939 roku. Ta książka mogła odegrać swoją niszczycielską rolę i przełożyć się na praktykę tylko dzięki zaistnieniu bardzo specyficznych warunków społecznych, ekonomicznych i politycznych w Niemczech. Oceniamy „Mein Kampf” wiedząc już, co stało się później, ale przecież wcale tak stać się nie musiało. Gdyby dzieje potoczyły się inaczej, któż pamiętałby dzisiaj o „Mein Kampf”?

To prawda, że sama książka nie miała siły sprawczej, ale była zarysem programu, który bardzo spodobał się niemieckim czytelnikom. Pisze Hitler, że trzeba powołać trybunał narodowy, który ukarze karą śmierci 10 tysięcy zdrajców narodu niemieckiego, którzy są odpowiedzialni za klęskę Niemiec w wojnie światowej. Mówi o władzach Republiki Weimarskiej, że są to „kanalie”, które muszą zostać ukarane. Jednocześnie wskazuje na niebezpieczeństwo funkcjonowania państwa demokratycznego. Zadaje pytanie, czy jeżeli nastąpią nowe wybory, to czy znowu trzeba wybierać kanalię na najwyższy urząd w państwie, czy też prawdziwego idealistę, który pojawi się, wskazując drogę narodowi niemieckiemu. W ten sposób Hitler ukazywał się czytelnikom w kategoriach idealisty, który likwidując demokratyczne rządy w Republice Weimarskiej, obejmie władzę w miejsce owych kanalii, które powinny zostać ukarane za całe zło, jakie dokonało się w chwili, gdy Niemcy przegrały wojnę światową.

Powiedział Pan, że program zawarty w „Mein Kampf” bardzo spodobał się Niemcom. Czy to znaczy, że „Mein Kampf” stało się bestsellerem, zanim jeszcze Hitler przejął władzę?

To tylko moja refleksja, ale nie sądzę, aby Niemcy zaczytywali się w „Mein Kampf”. Jest to książka, która liczy ponad 780 stron, przynajmniej w wydaniu, które posiadam, napisana językiem, który trudny uznać za porywający. Miała jednak inne walory dla ówczesnych czytelników niemieckich. Hitler głosił, że naród niemiecki musi odwołać się do pojęcia obrony koniecznej przed całą strukturą władzy, która powstała w Republice Weimarskiej. Pisał wprost, że obawa narodu niemieckiego przed szowinizmem jest dowodem „impotencji naszych czasów”. Moim zdaniem „Mein Kampf” nie była rozchwytywana jako pasjonujące dzieło, ale wskazywała niemieckim czytelnikom szansę na to, by zrobić karierę w nowym państwie, którego powstanie zapowiadał Adolf Hitler. Mówił o tym wprost przed polskim Najwyższym Trybunałem Narodowym w 1946 roku gauleiter Arthur Greiser. Pytany, czy identyfikował się z programem NSDAP, powiedział, że tak naprawdę program nie był mu znany, ale jak każdy człowiek poszedł do tej partii, która daje mu, tu cytat: „pracę i chleb”. Tak odbierana była zapowiedź stworzenia nowego państwa w Niemczech. Jako szansa dla Niemców zrobienia karier poprzez przyłączenie się do ruchu narodowo-socjalistycznego. Zaraz po tym, jak Hitler doszedł do władzy, treść „Mein Kampf” została objęta ochroną w tym sensie, że ustawa o odbudowie niemieckiego urzędnictwa z 1933 roku stanowiła, iż zwolniony zostanie każdy urzędnik, który by źle wypowiadał się o Adolfie Hitlerze. W tym stanie rzeczy urzędnicy nie komentowali treści „Mein Kampf”, bo jakiekolwiek krytyczne lub żartobliwe odniesienie się do wynurzeń Fuhrera, na przykład o owym Chińczyku czy Murzynie, którzy nigdy nie mogą być prawdziwymi obywatelami niemieckimi, pociągało za sobą najpierw zwolnienie z pracy, a następnie posłanie do obozu koncentracyjnego jako wroga narodowego socjalizmu.

Czy dzisiaj ta książka nadal może być niebezpieczna jako nośnik takich, a nie innych treści? Środowisko badaczy w Polsce też jest podzielone co do potrzeby wydania „Mein Kampf” po polsku, nawet wziąwszy pod uwagę, że jest opatrzona wstępem i krytycznymi przypisami.

Fragmenty „Mein Kampf” mogą być wykorzystywane współcześnie jako swego rodzaju hasła wskazujące, co trzeba zrobić, aby przywrócić narodowi poczucie godności i historycznej misji wobec innych narodów.

Ja rozumiem obawy, że fragmenty „Mein Kampf” mogą być wykorzystywane współcześnie jako swego rodzaju hasła wskazujące, co trzeba zrobić, aby przywrócić narodowi poczucie godności i historycznej misji wobec innych narodów. Otóż takie hasła mogą odżywać poprzez posługiwanie się cytatami z „Mein Kampf”, ale opublikowanie „Mein Kampf” pozwala na wskazanie, skąd te hasła się wzięły i do czego doprowadziły w wyniku ich realizacji: zbrodni przeciwko ludzkości, w tym ludobójstwa. Dlatego też wskazanie genezy owych haseł pozwala na ich zdemaskowanie. W swoich pracach wielokrotnie cytowałem „Mein Kampf”, aby pokazać niebezpieczeństwa związane z odradzaniem się nacjonalizmu, przedstawionego przez Hitlera jako ideologia, której nie tylko nie należy się obawiać, ale należy ją realizować.

Owszem, ale potencjalnego czytelnika polskiego wydania „Mein Kampf” nikt nie zmusi do czytania przypisów. Wyjmie sobie z Hitlera to, co będzie chciał, w zależności od swoich preferencji ideologicznych, od swojego poziomu intelektualnego.

Istnieje takie niebezpieczeństwo, ale podkreślam, że dla czytelnika, który nie ma dostatecznej wiedzy historycznej, wynurzenia Hitlera są trudne do zrozumienia. Obawy, które pan wskazuje, rozmywają się wtedy, gdy założymy, że czytelnik nie pominie owych krytycznych komentarzy zawartych w polskim wydaniu.

Nie lepiej byłoby „Mein Kampf” skazać na zapomnienie?

Byłoby to wycięcie części historii. Jeżeli obejmiemy „Mein Kampf” milczeniem, trudno nam będzie także zrozumieć realia współczesności, w których odżywać mogą wątki szowinistyczne tkwiące korzeniami właśnie w wynurzeniach Hitlera. „Mein Kampf” jest napisana koszmarnym językiem, długimi zdaniami. Sam, mimo znajomości języka niemieckiego, miałem kłopot z dotarciem do jądra wywodów Hitlera. Zrozumienie ich wymaga postawienia się w roli czytelnika z drugiej połowy lat 20. XX wieku, z jego doświadczeniami, poczuciem upokorzenia Niemców po przegranej wojnie. Gdy odtwarzałem sposób rozumowania, który doprowadził do ludobójstwa dokonanego na Żydach, znajdowałem w uzasadnieniu zbrodni ścieżkę, którą wskazał Adolf Hitler. Uważam, że u podłoża programu ludobójstwa dokonanego na Żydach, a także na Polakach, leży kompleks niższości. Hitler wskazując na Żydów jako rzekomych sprawców klęski, dawał jednocześnie czytelnikom wskazówkę następującej treści: zobaczcie, że w powojennych Niemczech Żydom stale wiedzie się lepiej niż Niemcom. To oni prowadzą sklepy, w których kupują Niemcy. Stąd program, który doprowadził do nocy kryształowej w 1938 roku, rozbijania żydowskich sklepów, rabunku, posyłania Żydów do obozów koncentracyjnych, niszczenia synagog. Żydzi są pasożytami, są odpowiedzialni za spisek, który doprowadził do klęski w wojnie, ale im się stale wiedzie lepiej, trzeba nareszcie zrobić z nimi porządek - głosił Hitler.

Realia obce współczesnemu czytelnikowi, zawiły język przemawiają za tym, że „Mein Kampf” to właściwie lektura dla wąskiego grona badaczy. Po co zatem wprowadzać tę książkę do szerokiego rozpowszechniania?

Aby uniknąć swojego rodzaju mistyfikacji treści: że skoro jest to dzieło skrywane, to musi być ku temu jakiś powód. Ukrywanie „Mein Kampf” mogłoby służyć upowszechnieniu teorii spiskowych i rozumowania, że tam musi być coś na tyle ważnego dla współczesności, że po dziś dzień ukrywa się treść tej książki, że jeżeli ukrywane są wywody Hitlera, to pewnie dlatego, że one wskazują jakieś rozwiązanie także dzisiejszych problemów. Żeby uniknąć fantazjowania i mistyfikacji treści „Mein Kampf”, uważam, że dobrze się stało, iż ukazało się polskie jej tłumaczenie.

W latach 2000-2006 był Pan dyrektorem Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Czy w prowadzonych wówczas postępowaniach zetknął się Pan z bezpośrednimi przejawami wpływu „Mein Kampf” na postępowanie ludzi z hitlerowskiego aparatu represji?

Wszystko, co zostało napisane w „Mein Kampf”, realizowane było przez system zbrodni ustanowiony przez władze okupacyjne Trzeciej Rzeszy w Polsce, począwszy od antysemityzmu, który legł u podłoża zbrodni ludobójstwa, a skończywszy na działaniu sądownictwa specjalnego na terenie okupowanej Polski. W wyrokach owych sądów znajdowałem wprost myślenie sędziów karzących karą śmierci oparte właśnie na schemacie myślenia o powołaniu narodu niemieckiego do panowania nad niższymi rasami oraz eliminacji owych niższych ras. To, co czynił okupant, wręcz narzuca pytanie o korzenie ideologiczne zbrodniczego postępowania wobec Polaków i Żydów, a korzenie tkwią właśnie w „Mein Kampf”. Dlatego wielokrotnie, aby zrozumieć mechanizm zbrodni, odwoływałem się do „Mein Kampf”. Jest to lektura, z której wynika, że Niemiec nie ma własnego sumienia, lecz sumieniem Niemca jest inny Niemiec. Wobec tego prawem jest to, co służy drugiemu Niemcowi, a szerzej - narodowi niemieckiemu. W tym stanie rzeczy to, co dokonało się w Trzeciej Rzeszy, to była perwersja prawa, która uwalniała sprawców zbrodni od wszelkiej odpowiedzialności za czyny dokonywane w imieniu narodu niemieckiego. Taka bowiem, w rozumieniu Hitlera, jest jego misja historyczna, albowiem to Opatrzność wyniosła naród niemiecki ponad inne narody. W konsekwencji naród niemiecki musi być zdolny do tego, aby stanąć na wysokości zadania, które postawiła przed nim historia. Hitler zaś, pisząc „Mein Kampf”, przedstawia siebie samego jako zwiastuna historii, która zapewni tysiącletnie trwanie państwa narodowo-socjalistycznego.

Pożytki płynące z badań nad „Mein Kampf”, które Pan wymienia, nie uchylą chyba jednak kontrowersji, które towarzyszą wydaniu polskiego tłumaczenia tej książki.

Zapewne. Ja mam jeszcze jedną refleksję z kategorii groteski legislacyjnej, dotyczącą „Mein Kampf” i polskiego prawa karnego. Jeżeli w swoich publikacjach cytuję Adolfa Hitlera i fragmenty „Mein Kampf”, to dlatego, że polskie prawo karne w artykule 256 paragraf 3 gwarantuje mi, że nie popełniam przestępstwa publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa, ani przestępstwa nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych. Jest tak dlatego, że ów przepis stanowi: „Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w paragrafie 2 (a więc ten, kto posiada i propaguje treści propagujące faszystowski lub inny ustrój totalitarny), jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, kolekcjonerskiej lub naukowej”. Ale jeżeli pochylić się uważniej nad treścią tego artykułu, to jest on wyjątkowo niefortunnie sformułowany. Zarówno pan publikując treść naszej rozmowy, jak i ja, publikując fragmenty „Mein Kampf”, jesteśmy określeni jako „sprawcy czynu zabronionego”.

Czyli zasadniczo nie jesteśmy przestępcami, ale trochę jednak tak.

To absurd ustawodawcy. Przepis powinien zaczynać się od sformułowania: „Nie jest sprawcą czynu zabronionego ten, kto prowadzi działalność artystyczną, edukacyjną, kolekcjonerską lub naukową”. Nazywanie tego, którego zadaniem jest działalność edukacyjna lub naukowa, sprawcą czynu zabronionego, wyjątkowo nie popełniającego przestępstwa, jest jurystycznym nonsensem, na co starałem się wielokrotnie zwracać uwagę ustawodawcy. Niestety, bezskutecznie. Może pan zatem podpisać naszą rozmowę jako przeprowadzoną przez dwóch współsprawców czynu zabronionego.

Przedszkola i żłobki zamknięte do 25 kwietnia?

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Witold Kulesza: Dobrze się stało, że wydano Mein Kampf po polsku. Ostrzega przed niebezpieczeństwem odradzającego się nacjonalizmu - Dziennik Łódzki

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

A tęczowy faszyzm ? A lewackie projekty aborcji i eutanazji ?

L
Lüge pl.

Wy polscy żydzi weźcie się za "dziady"

:D

G
Gość
31 stycznia, 11:18, kasienka:

.. i to ma byc profesor ??? to przeciez jakis kompletny zindoktrynowany glab!

spierd.. aj do garów

k
kasienka

.. i to ma byc profesor ??? to przeciez jakis kompletny zindoktrynowany glab!

G
Gość

No cóż - niektórzy nie rozumieją, że można się zapoznawać z tekstami, które są złe, głupie, czy nieprawdziwe. I że czytanie Main Kampf nie oznacza poparcia dla zawartych w nim tez, podobnie jak czytanie rozkładu jazdy nie czyni z człowieka maszynisty pociągu.

Wielu ludzi nabija się z Radia Maryja, szkoda tylko że większość z nich w ogóle go nie słuchała.

Aha, wymienianie w jednym artykule Radia Maryja i Mein Kampf absolutnie nie oznacza, że następuje przyrównanie jednego do drugiego. Nie następuje. Dopiszę jeszcze przepis na zupę grzybową i podręcznik pilota. Chce ktoś to zrównywać?

G
Gość
30 stycznia, 18:48, MAGoz44FIRE:

IPN-od zaginionych XX-wiek..nie ta epoka nie ten czas...

Co za dupek

Dodaj ogłoszenie