Radio - jedyny kontakt

    Radio - jedyny kontakt

    Krzysztof Potaczała

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Ja to już tylko do ziemi się nadaję, ale Bóg nie chce zabrać - narzeka 83-letnia Katarzyna Fedyszkanycz. - Rano otwieram oczy i dziwię się, że wciąż jestem na tym świecie. Widać mam jeszcze coś do zrobienia.
    Radio - jedyny kontakt

    ©TADEUSZ POŹNIAK

    Ledwo wstaje ze zbitego z desek łóżka. Zgarbiona, sunie bosymi stopami po czarnej jak węgiel podłodze. Tydzień będzie jak spadła na podwórzu i połamała żebra. Przy każdym ruchu wykrzywia z bólu twarz, ale do lekarza nie pójdzie. - Na co mi to, mam próchno zamiast kości - macha ręką.

    Radio - jedyny kontakt

    Na drugim łóżku, w ciemnym kącie izby, leży opatulona w koce i łachy córka Katarzyny. - Hani 45. rok minął, od urodzenia chora umysłowo - mówi gospodyni. - Nawet krowy nie umie wydoić. Starsza córka musi co rano przychodzić z drugiego końca wsi, choć sama ma dużo roboty. Mąż pijanica nie pomaga, niech go czort porwie.

    Na stole lichtarzyk i świeczki.
    Obok tranzystor - jedyny kontakt z Polską. Katarzyna codziennie słucha Radia Maryja. Raz odmawia różaniec, raz koronkę do miłosierdzia. Tylko gadania o polityce w radiu nie lubi. - Kłócą się, a z kłótni zawsze kłopoty - twierdzi. - I niechby już Rydzyk z Wałęsą się pogodzili.

    Kiedyś chodziła modlić się do cerkwi. Wolałaby do kościoła, ale dawną rzymskokatolicką kaplicę komuniści wysadzili w powietrze w 1970 r. - Zniszczyli ostatni polski ślad - zasmuca się. - A wie pan, co zrobili po wkroczeniu do Sianek w 1939? Wyciągnęli z grobów pod kaplicą zabalsamowane zwłoki zmarłych córek właścicieli wsi, powiesili na płocie i strzelali. A potem jeszcze wlekli po zagrodach i straszyli ludzi.

    Katarzyna z trudem podchodzi do pieca, zagląda do garnków. W jednym mleko, w drugim - ziemniaki. Na śniadanie, obiad, kolację. - Wystarczy, żeby żyć - zapewnia. - Nie takiej biedy już zaznałam.

    Ojciec witał Piłsudskiego

    [obrazek3]Urodziła się w Siankach, 15 września 1923 r. Ojciec, Stefan Hładysz, służył w legionach Piłsudkiego. Niby był z pochodzenia Rusinem, ale kochał polską kulturę.

    Jeszcze za młodu zmienił nazwisko - odjął pierwszą literę i odtąd nazywał się Ładysz. Pod koniec lat dwudziestych ojciec Katarzyny witał w Siankach Józefa Piłsudskiego. Wódz przyjechał w odwiedziny do miejscowej szkoły. Razem z polskimi i ukraińskimi dziećmi wybrał się na Opołonek do skał Ołeksy Dobosza, XVIII-wiecznego zbójnika. Dobosz grabił ludzi od Huculszczyzny po Bieszczady, a zgromadzone przez niego skarby podobno do dziś leżą ukryte w lasach i jaskiniach.

    Przed wojną Sianki to była wieś, że ho, ho! W 1937 r. w 200 chałupach mieszkało ponad 1,5 tysiąca ludzi. Najwięcej Rusinów, wielu Żydów, najmniej Polaków. Każda nacja miała swoją świątynię i nikt nikomu nie wadził. Wieś była cenionym ośrodkiem wypoczynkowym. Na turystów czekało dziesięć domów letniskowych, sześć pensjonatów, kwatery prywatne i luksusowe schronisko Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego. W sumie prawie 2 tys. miejsc noclegowych. Do tego kawiarnie, restauracje, wyciągi, skocznia, tor saneczkowy, korty tenisowe, boiska.

    - Przyjeżdżali z całej Galicji, wytworne damy, eleganccy panowie - wspomina Katarzyna. - Wieczorami urywałam się z domu, żeby popatrzeć jak tańczą.
    Dla młodej dziewczyny z ubogiej rodziny były to jedyne chwile wytchnienia. - O świcie wyganiałam krowy nad San, potem harowałam w gospodarstwie, a przed zmrokiem znów biegłam do krów. Tatuś umarł w 1928 r., mamusia chorowała. Nie wiem, jak dałam radę.

    Płacz wypędzanych

    W 1939 r. Sianki podzieliła sowiecko-niemiecka granica. Wieś, jak wiele innych w dolinie górnego Sanu, przeżyła gehennę. Mieszkańców prawobrzeżnych Sianek Sowieci wysiedlili w okolice Kostopola na Wołyniu. Tam też trafiła Katarzyna Ładysz. -16 lat miałam, więc dobrze pamiętam płacz wypędzanych - wspomina. - Nie pozwolili porządnie się spakować, gnali nas popychając kolbami karabinów.

    Niespełna dwa lata później, po ataku Niemiec na ZSRR, większość wypędzonych wróciła. Tylko siańskich Żydów zabrakło. Zginęli w getcie w Równem. - Do dziś widzę ich twarze, przez lata żyliśmy obok siebie - wspomina Katarzyna. - Tyle że oni nie zajmowali się uprawą roli, ale rzemiosłem i handlem.

    Ładyszówna nie miała jeszcze 18 lat, kiedy wzięła ślub z Janem Fedyszkanyczem. Urodziła mu dwie dziewczynki. - Młodszą Hanię dźwigałam na plecach aż do 11 roku -mówi. - Nie umiała chodzić, nic koło siebie nie zrobiła.

    Lecz cud chyba się stał, bo bez pomocy lekarzy, tylko siłą woli Hania postawiła w końcu pierwszy krok.

    Granica na Sanie

    Wiosną 1945 r. rodzina Fedyszkanyczów znowu stanęła przed groźbą wysiedlenia. Sowieci oczyścili z mieszkańców blisko kilometrowy pas na prawym brzegu Sanu. Na rzece wytyczyli granicę z Polską.

    - Dali nam wybór: albo wybudujemy nową chałupę z dala od Sanu na podworskich gruntach, albo będziemy musieli wyjechać - opowiada gospodyni. - Pochodziliśmy z Sianek, więc zostaliśmy. Domek skleciliśmy z rozebranych w połosie (przygranicznej strefie - przyp. KP) chat. Podobnie jak inni, byle jaki, bo nikt nie wierzył, że długo tu zostanie. Ludzie myśleli: skoro już dwa razy nas przepędzano, to kto wie, co jeszcze się wydarzy.

    Niektórzy liczyli, że wrócą do "starych" Sianek, za San. Po polskiej stronie życie toczyło się do 2 czerwca 1946 r., kiedy Ludowe Wojsko Polskie nakazało mieszkańcom opuścić wieś. Mogli zabrać tylko rzeczy osobiste, żadnych zwierząt ani wozów. - Stałam nad rzeką i patrzyłam na dramat moich współziomków - wspomina Katarzyna. - Szli jak na zatracenie, a żołnierze podpalali ich chałupy. Rok później puścili z dymem cerkiew pw. św. Stefana i lewobrzeżne Sianki przestały istnieć.

    Polska flaga w szafie

    Skończyła się wojna, zaczęła się niewola. W 1948 r. Sowieci zabrali gospodarzom ziemię, bydło i maszyny. Z zagrabionego mienia powstał kołchoz. -Prywatnie chłop mógł mieć tylko jedną krowę, nie to co dzisiaj, że każdy na swoim i krów, ile chce - opowiada Katarzyna. - Wszystkie siły ludzie zostawiali na państwowym pracując za psi grosz, ja też litry potu wylałam. Ale nikt głośno nie narzekał. Za krytykę można było zgnić w obozie na północy.

    Kiedy żył mąż Katarzyny, nawzajem się wspierali. - Już dwadzieścia lat, jak go pochowałam, a ciągle nie umiem się pogodzić... On mi się naprawdę udał, za dużo nie pił, nie bił. No i miał ręce stworzone do pracy.

    Nagle Katarzyna ożywia się, próbuje wstać z ławki. Kiedy ból nie pozwala, wściekła krzyczy do Hanki: - Daj torebkę! Tę z szafy! Córka przynosi, lecz Katarzyna nie może jej otworzyć, trzęsą się ręce. Wreszcie wyciąga zawinięty w papier niewielki przedmiot. - To wojenny identyfikator męża - tłumaczy. - Nosił tę blaszkę na szyi, jak każdy żołnierz. Moja jedyna po nim pamiątka, nie licząc dwóch zdjęć.

    W starej szafie leży jeszcze coś. Hanka kładzie kwadratowy pakunek na stół, matka rozwija. - Trudno uwierzyć? - pyta i demonstruje polską flagę z orłem w koronie. - Dostałam parę lat temu od turystów z Polski. Wyciągam ją jedynie na specjalne okazje. Dzisiaj taka jest, rodacy do mnie przyjechali.

    "My, pierwsza brygada...." - śpiewa gospodyni i przypomina, że tę legionową pieśń nucił często jej ojciec. - On nauczył mnie kochać Polskę - mówi z dumą. - Żal mi tylko, że tak mało jej doświadczyłam.

    Katarzyna Fedyszkanycz zna w ojczystym języku co najmniej kilkadziesiąt piosenek: żołnierskich, biesiadnych, religijnych. Drugie tyle w języku ukraińskim. Do niedawna występowała na imprezach w Siankach, Turce czy Boryni, a ludzie podziwiali, że ma w sobie tyle werwy. - Mój głos taki sobie, za to mój świętej pamięci Janek pięknie śpiewał - twierdzi. - Ech, jak on za serce chwytał...

    83-letnia Polka z Sianek, ostatnia we wsi, ma też dorobek poetycki. - O, tu recytowałam wiersze w czasie lokalnego święta - pokazuje fotografię. - Niektóre nawet w gazetach mi drukowali i przysyłali za to pieniądze.

    Zachłysnąć się Polską

    [obrazek7]Przez malutkie okienka chatki Katarzyny widać drogę. Codziennie przechodzi nią mieszkający nieopodal Stepan Wasyłeczko, wójt Sianek. - Mój mąż trzymał go w cerkwi do chrztu - mówi gospodyni. - Rządzi już czwartą kadencję. Nienajgorszy jest, choć mógłby mnie częściej odwiedzać.

    Kiedyś przyszedł do Katarzyny zapytać o zdrowie, a ona na to: - Stepan, już nie daję rady. Oddaj mnie do domu opieki. I Hanię też, bo co ona biedna sama pocznie.

    Wójt pokiwał głową i poszedł. Już miesiąc jak nie zajrzał do Katarzyny,
    ale może dlatego, że ma na głowie urzędowe sprawy. Od dawna zabiega o otwarcie w Siankach turystycznego przejścia granicznego z Polską. Jeździ do Lwowa, pisze do Kijowa. List wysłał nawet prezydentowi Juszczence.

    Na razie wójt wywalczył zgodę na organizację dobrosąsiedzkich dni. - 1 i 2 lipca mieszkańcy gmin z obu stron granicy spotkają się przy źródłach Sanu - zapowiada. - Niepodobna żyć tak blisko siebie, a móc oglądać tylko połoniny. Ja zresztą mam większe plany. Trzeba, żeby do Sianek znowu kursował pociąg z Przemyśla, trzeba odbudować pensjonaty i schroniska.

    Katarzyna od wojny nie widziała ojczyzny. Setki razy się wybierała i zawsze coś przeszkodziło. Zanim połamała żebra, postanowiła: - Pójdę w lipcu na drugi brzeg Sanu, zachłysnę się Polską przez chwilę. Będzie lżej umierać.

    Teraz myśli: - Kto mnie tam zaniesie?

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo