Rozpaczliwe wyznanie w sądzie: Przepraszam, jeśli zabiłem babcię

Ewa Gorczyca
Piotr G.: - Jakbym wiedział, co się stało, to bym się przyznał...
Piotr G.: - Jakbym wiedział, co się stało, to bym się przyznał... Tomasz Jefimow
Rodziców Piotra G. nie ma sądowej sali, gdy prokurator odczytuje mu zarzut zabójstwa. Matka pojechała do Włoch, nie zostawiła adresu. Ojciec od ponad roku przebywa w domu opieki społecznej na Śląsku. Po tym, jak syn go pobił, został kaleką.

Słów prokuratora opisującego, jak zmasakrowana została ofiara, słucha Andrzej O. Siedzi metr, może dwa od oskarżonego, ale nie patrzą na siebie. Nagle Piotr G. z głośnym szlochem odwraca głowę w jego kierunku. - Wujek, przepraszam, jeśli to ja zrobiłem!

Wino piłem, nie pamiętam

Piotr G. zarzeka się przed sądem: nie wiem, co się stało 5 marca 2009 roku.

- Jakbym wiedział, co się stało, to bym się przyznał, naprawdę - płacze. - Mogę się nawet poddać badaniu wariografem.

To, co pamięta: przed południem pił z babcią kawę. Włączył grę w komputerze. Potem wyszedł do miasta, w magistracie miał sprawę do rzecznika konsumentów.

Wracając wstąpił do sklepu naprzeciw bloku. Za parę zł, które wziął od babci, kupił chleb i litr taniego wina, tzw beczkę. Wypił je w swoim pokoju i poszedł po następną butelkę. Nie wie, ile razy wracał do sklepu, ile "beczek" wypił. Siedział w pokoju, grał na komputerze, słuchał muzyki i pił. Dopóki nie urwał mu się film - tak opowiada w sądzie

Tamtego dnia, mówi, zażył lek, który zapisał mu psychiatra. Większą dawkę niż zwykle, bo źle się czuł. - Tabletki popiłem winem - dodaje.

Zeznaje, że kiedy na chwilę oprzytomniał, zobaczył, że babcia leży bez ruchu na łóżku i zaczął dzwonić po pomoc. Nie wie, czy to był numer straży pożarnej, czy pogotowia. Nie wie, co powiedział. Co działo się potem? Znów luka w pamięci. - Ocknąłem się na pryczy, w policyjnej celi.

Ciało zmasakrowane. Wszędzie krew

Lekarz pogotowia, który przyjechał na wezwanie do mieszkania Heleny O., był wstrząśnięty. - Ciało kobiety było zmasakrowane. Mogłem jedynie stwierdzić zgon. Na podłodze była rozmazana krew. Uderzenia musiały być zadawane w amoku.

Obrażenia 75-letniej kobiety zostały opisane w akcie oskarżenia, skierowywanym przez sanocką prokuraturę do Sądu Okręgowego w Krośnie. Złamane wszystkie żebra, mostek, prawa noga i lewa ręka. Krwiak ma mózgu, stłuczony nos, rana rąbana palca, rany na policzku. Liczne sińce na twarzy i całym ciele. Według biegłego, uderzenia zostały zadane z dużą siłą. Sprawca bił pięściami, kolanami, kopał obutą nogą, wykręcał ramię ofiary. Użył też noża.

Krew była w pokoju Piotra G. i w łazience, na podłodze, na łóżku, na poduszce, schowanej w szafie. Policjant, który przyjechał na miejsce zdarzenia, zeznaje: - Piotr G. stał w przedpokoju, sprawiał wrażenie nieobecnego, zagubionego, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Czuć było od niego alkohol. Miał zakrwawione ręce i spodnie.

Funkcjonariusz zwrócił uwagę na uszkodzoną listwę przypodłogową. - Była oderwana, jakby ktoś przeciągał ciało.
Piotr G. nie potrafi odpowiedzieć na pytanie sądu: skąd wzięły się zadrapania na jego szyi i rękach, krew na ubraniu.

Dzwońcie po mamę

Świadków dramatu, który rozegrał się w czterech ścianach mieszkania w bloku na sanockim osiedlu, nie ma. Lokatorzy nic nie słyszeli. - Chłopak był w porządku, kłaniał się, nie widziałem go nigdy pijanego - twierdzi Jerzy K., sąsiad z tego samego piętra.

Z mieszkania naprzeciwko czasem dochodziły podniesione głosy, jak to w domu, ale tego wieczoru nie słyszeli z żoną żadnej awantury. Piotra zobaczył, jak wyprowadzała go policja. Trząsł się, powtarzał, ja tego nie zrobiłem, zadzwońcie po mamę do Włoch.

Andrzej O, wujek Piotra G. mieszka w Sanoku na tym samym osiedlu. Zaledwie 300 metrów dzieli go od bloku, w którym mieszkała jego matka, siostra Marzena a od kilku miesięcy - także Piotr. Przyznaje, że z siostrą i jej synem nie miał dobrego kontaktu. - Nasze drogi się rozeszły wiele lat temu.

Marzena G. z rodziną mieszkała wcześniej na Śląsku, ale małżeństwo się rozpadło. Ona wyjechała do Włoch, znalazła nowego partnera, dzieci zostały z ojcem. Piotr G. twierdzi, że ojciec był tyranem: bił ich i pił. Leczył się u znajomego psychiatry. Do tego samego trafił 11-letni Piotrek, tak podobno sugerował szkolny pedagog, bo chłopak miał problemy z nauką i zachowaniem.

Dostał "białej gorączki"

Do lipca 2008 roku Piotr G. mieszkał z ojcem w Piekarach Śląskich. Wtedy ojciec w krytycznym stanie trafił do szpitala. - Spadł ze schodów - tak syn tłumaczył obrażenia, których doznał ojciec. Innego zdania byli śledczy. Piotr G. dostał zarzut ciężkiego uszkodzenia ciała i trafił do aresztu.

Wyciągnęła go stamtąd matka. Po zwolnieniu zabrała do siebie. W listopadzie 2008 roku 26-letni Piotr przyjechał do Sanoka. Mieszkanie dzielił z babcią, matką i jej konkubentem. Nie pracował, dom utrzymywały obie kobiety. Wkrótce Marzena G. znowu wyjechała do Włoch. Piotr nie dogadywał się z partnerem matki, ten się wyprowadził. Piotr został tylko z babcią.

- Nasze relacje były dobre - utrzymuje - Czasem się kłóciliśmy, gdy głośno słuchałem muzyki.

Potwierdza to przyjaciel matki. - Piotrek był spokojny, posłuszny, pomagał, gotował.
Franciszek B. opowiada jednak w sądzie o jednym incydencie, kiedy chłopak "dostał białej gorączki". - Po wyprowadzce przyszedłem po swoje rzeczy. Skoczył do mnie znienacka, uderzył kolanami w żebro.

- Stanąłem w obronie babci, bo Franek ją popchnął - tłumaczy się Piotr G.
Andrzej O. wujek oskarżonego: - Praktycznie nie znałem siostrzeńca, dopóki nie sprowadził się do Sanoka. Wydawało mi się, że jest normalnym, młodym człowiekiem, który próbuje ułożyć sobie życie.

Mówi, że babcia nie skarżyła się na wnuka. - Tylko raz, w Sylwestra, doszło między nimi do awantury. Mama wydzwaniała do mnie, musiałem zabrać ją do siebie. Wtedy oboje byli pod wpływem alkoholu - opowiada w sądzie Andrzej O.

Brakowało mu miłości

Jedyną osobą z rodziny, z którą Piotr zdążył się zaprzyjaźnić w Sanoku, jest kuzynka Edyta. Mieszka w tym samym bloku. W sądzie opisuje go w samych superlatywach: dobry, uczciwy, przyjacielski.

- Przesiadywał u mnie, opiekował się moimi dziećmi. Bardzo brakowało mu rodzinnego ciepła, miłości, nie potrafił tego ukryć. Choć się do tego nie przyznawał, wiedziałam, że miał ciężkie dzieciństwo, matka go zostawiła - mówi młoda kobieta. - Babcia niechętnie patrzyła na jego wizyty u mnie. Chciała go sobie podporządkować - dodaje.

Edyta O., choć niechętnie, przyznaje: Piotr lubił wypić. - Ale babcia też często piła - nie ukrywa wnuczka. - Wtedy dochodziło między nimi do kłótni. Ona wyzywała go od bękartów. On nie pozostawał dłużny. Mówił: "idź się lecz" albo "weź sznur i się powieś". Ale to nie była agresja z jego strony. Raczej ironia. Piotrek nieraz żartował z babci. Nazywał ją "Babcia Kiepska".

Andrzej O: - Po tym, co się stało, chcieliśmy go jakoś wspierać. Chwytałem się cienia nadziei, że to nie on.

Dziś "przepraszam" nic nie zmieni

Jedyną wątpliwość mogło wzbudzić to, co słyszała w dniu zabójstwa sąsiadka schodząca z góry. Zza drzwi mieszkania dobiegał ostry, podniesiony głos. Janina B. usłyszała tylko wypowiedziane ze złością "ja ci mówię...". Słowa brzmiały wyraźnie, ta osoba musiała stać tuż przy drzwiach. Emerytowana nauczycielka muzyki jest pewna: to nie był głos ani Heleny O., ani jej wnuka. W mieszkaniu musiał być ktoś trzeci.

Jeśli tak było, śledczy nigdy do tej osoby nie dotarli. Prokurator nie ma wątpliwości, że jedyną osobą, która mogła zabić Helenę O., jest jej wnuk.

Andrzej O. mówi, że wiele razy próbował zrozumieć, co się stało. - W pewnym sensie współczuję Piotrowi. Dziś jego "przepraszam" nic nie zmienia. Ale może za jakiś czas...

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

l
luna
Sanok to nie miasto
p
pocalujciemniewszyscywdupe
nikt z nas nie jest bez winy gdy zapada zmrok
e
e
80 procent uczniów ma kłopoty z nuką i żle się zachowuje ale nikt ich nie kieruje zaraz do psychiatry co najwyzej do pedgoga szkolnego czy psychologa.Tak właśnie wygląda pomoc dzieciom w Polsce .Psychiatra zniszczył tego chłopaka.
A
ASD
W Sanoku, podobnie jak i w wielu innych polskich miastach, istnieje tendencja do zamiatania problemów pod dywan. Większość ludzi udaje, że nie dostrzega pijanych dzieciaków, młodocianych wandali i tych co to już od podstawówki wprawiają się do rozbójniczego fachu. Całe bandy takich pijanych opryszków codziennie wyżywają się na osiedlach podkarpackich miast. Piją pod sklepami i w okolicy lokali z alkoholem - psa z kulawą nogą to nie obchodzi. Podnosimy larum dopiero kiedy dochodzi do zbrodni. Od wielu miesięcy nie widziałem w Sanoku pieszego patrolu policji ani straży miejskiej - może nie chcą psuć statystyk i dobrego smopoczucia władzy.
M
Misio
Patologia tworzy kolejną patologię , daleko jabłko od jabłoni nie pada , siostre ma nie lepszą jak zostawiła swoje dzieci
n
noniusz
Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia zbrodniarza-bestii.On zasługuje na całkowitą i bezwzględną eliminację.
G
Gość
Niektórzy ludzie nie powinni mieć w ogóle dzieci, gdyby ten młody człowiek miał normalne dzieciństwo i jak zostało podkreślone w artykule miłość do tej tragedii w ogóle by nie musiało dojść. Dlatego tak ważne jest wychowanie młodego człowieka w okresie dzieciństwa i dorastania gdyż później dorosłym życiu to procentuje. W tym przypadku może i się ze mną wiele osób nie zgodzić ale winę zwalam na rodziców.
Dodaj ogłoszenie