Sami wybudujemy

    Sami wybudujemy

    MARIAN STRUŚ

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Część materiałów udało się odzyskać ze spalonego budynku. - Może za rok dom będzie już pod dachem? - mówi z nadzieją rodzeństwo Konopków. Od lewej: Marcin,

    Część materiałów udało się odzyskać ze spalonego budynku. - Może za rok dom będzie już pod dachem? - mówi z nadzieją rodzeństwo Konopków. Od lewej: Marcin, Edyta i Krzysztof. ©Marian Struś

    Jasienica Rosielna, noc, 18 lipca. Ogień trawił drewniany budynek. Na tle szalejącego ognia stała trójka sierot. Boso, w samych tylko podkoszulkach. Tępo patrzyli na płonący dom. Rankiem widok pogorzeliska uzmysłowił im rozmiary tragedii. Obok była rodzina, sąsiedzi. Pracowali w niedzielę i w poniedziałek. - Wybudujemy nowy! - Ta myśl broniła ich przed załamaniem się, pozwoliła wierzyć, że jeszcze staną na nogach.
    Część materiałów udało się odzyskać ze spalonego budynku. - Może za rok dom będzie już pod dachem? - mówi z nadzieją rodzeństwo Konopków. Od lewej: Marcin,

    Część materiałów udało się odzyskać ze spalonego budynku. - Może za rok dom będzie już pod dachem? - mówi z nadzieją rodzeństwo Konopków. Od lewej: Marcin, Edyta i Krzysztof. ©Marian Struś

    Dwadzieścia lat temu, pewnego grudniowego wieczoru tata nie wrócił do domu. W pracy zdarzył się śmiertelny wypadek. Kto zawinił - nie wiadomo do dziś. Wychowywała ich matka: trzech chłopców, trzy dziewczynki: najmłodsza Edytka miała kilka miesięcy, najstarsza Dorota - dwanaście lat.
    7 lat później, kiedy Edytka wkraczała w wiek szkolny, matka zachorowała. Przez kilka miesięcy patrzyli jak się męczy. Rak był śmiertelny.
    Szóstką sierot zaopiekował się 83-letni dziadek Henryk.
    Rolę mamy przejęła 18-letnia wówczas Lucyna.Wspierała ją starsza o dwa lata Dorota. Rodzina zastępcza? Dom dziecka? Nie chcieli o tym słyszeć. Prawnym opiekunem została pełnoletnia już Dorota. Gdy pięć lat później wychodziła za mąż, opiekę prawną nad resztą rodzeństwa przejęła Lucyna, absolwentka Liceum Medycznego w Krośnie.
    Doświadczeni utratą rodziców, wiedli twarde życie. Pod nadzorem dziadka prowadzili gospodarstwo, hodowali krowy, świnie, kury, króliki. Nie zaniedbywali nauki. Dorota dała dobry przykład - jako pierwsza zrobiła magistra na UMCS-ie.
    W 2001 roku odszedł dziadek. Bardzo za nim płakali. Przez 18 lat zastępował im ojca, przez ostatnie jedenaście był dla nich wszystkim. Kiedy zmarł, miał 94 lata, a najmłodsza Edytka właśnie skończyła osiemnastkę. Dziadek chyba czekał, aż wszystkie dzieci będą pełnoletnie...

    Siła w rodzinie

    Najpierw wyfrunęła z gniazdka najstarsza Dorota, potem Lucyna. W rodzinnym domu zostało trzech chłopców: Piotr (wtedy, w 2001 r., 25-letni), Marcin (21) i Krzysiek (20) oraz Edyta (18). Radzili sobie dzielnie, zawsze mogli też liczyć na starszą Lucynę. I znów praca i nauka. Cel - co najmniej średnie wykształcenie. Marcin i Krzysztof kształcili się w Technikum Budowlanym w Brzozowie. Ambitna Edyta poszła dalej. Jest jedną z najzdolniejszych studentek na krośnieńskiej PWSZ. Kierunek: gospodarka regionalna z agroturystyką. Średnia ocen: 4,75.
    - Mama zawsze chciała, abyśmy zdobyli wykształcenie i byli mądrymi, szanowanymi ludźmi. Jeśli nas dziś widzi, na pewno jest dumna - mówi Edytka.
    We wsi wzbudzają powszechny szacunek. Ludzie podziwiają ich za pracowitość, dobre wychowanie. Za to, że tak pięknie potrafili wyremontować wnętrze starego, wiejskiego domu.
    W listopadzie ub. roku do Anglii wyruszył najstarszy Piotr. Pracuje tam do dziś, skrupulatnie odkładając zarobione funty.
    I tak zostali we troje.

    Jasny piorun...

    Noc z 18 na 19 lipca była koszmarna. Burza z wyładowaniami nie pozwalała oka zmrużyć. Po pewnym czasie grzmoty ustały, a rzęsisty deszcz uśpił całą trójkę. - Nagle zobaczyłem nad sobą przerażoną twarz brata i usłyszałem potworne trzaski. Wbiegłem do kuchni... Z ganku przez drzwi wdzierał się do wnętrza ogień. Zrozumiałem, że natychmiast musimy uciekać - opowiada Marcin.
    Po kilku minutach, gdy byli już na zewnątrz, strzeliły szyby w oknach i cały dom stanął w płomieniach. Sąsiedzi, którzy ruszyli na ratunek, zobaczyli przerażający widok: Na tle szalejącego ognia stała trójka sierot. Boso, w samych tylko podkoszulkach. Tępo patrzyli na płonący dom.
    - Zdołałem złapać buty, Marcin chwycił podkoszulkę. To wszystko, co nam zostało - wspomina Krzysiek. O czym myślał, kiedy patrzył w ogień? - Gdybyśmy obudzili się pięć minut później, nikt z nas nie wyszedłby z ognia.
    Długo stali nad zgliszczami. Nic nie mówili do siebie, niewiele też pamiętają co wokół nich się działo. Dopiero brzask uzmysłowił im rozmiary tragedii.
    Tego samego dnia przystąpili do likwidacji pogorzeliska. Obok siebie mieli całą niemal rodzinę, przyszło także do pomocy kilkunastu kolegów, większość sąsiadów. Pracowali w niedzielę i w poniedziałek, zbudowani ogromną życzliwością ludzi. - Jeden z kolegów wcisnął mi do ręki jakieś pieniądze. Kilku innych przyniosło trochę garderoby, buty. Widzieli, że zostaliśmy nadzy i bosi - wspomina Marcin. Świadomość, ilu mają oddanych przyjaciół, koiła smutek i ból.

    Budujemy!

    Już na zgliszczach rodzinnego gniazda podjęli życiową decyzję - wybudują nowy dom. Ta myśl broniła ich przed załamaniem się, pozwoliła wierzyć, że jeszcze staną na nogach.
    Wprawdzie Edytę i Krzyśka przygarnęła do siebie Lucyna, zaś Marcina druga siostra - Dorota, ale cała trójka świadoma jest tego, że tak wiecznie być nie może. Stąd postanowienie: Zbudują dom - bliźniak, tak, aby każdy z nich miał swój własny kąt. Nowy dom będzie ich dodatkowo łączył. Tak jak ten poprzedni, w którym wszyscy gromadzili się z okazji świąt i innych ważnych okazji.
    Już mają projekt. Uzgodnili, że budynek stanie na sąsiedniej działce, nie na zgliszczach. - Trochę czasu zajmie jeszcze załatwienie spraw związanych z uzyskaniem pozwolenia na budowę, ale wspiera nas w tym wujek, brat mamy, pomaga gmina. Może nie potrwa to długo... - wzdycha Marcin.
    Nie wiedzą, ile będzie ich będzie to kosztować. Wolą nie liczyć, aby nie studzić zapału. Na dobry początek mają już pustaki, zgromadzone jeszcze przez rodziców, a także trochę pieniędzy, ze składek parafian, pracowników gminy i innych ludzi dobrego serca. Rada Sołecka chce przekazać drewno z lasu wiejskiego. Trochę funtów dorzuci "Anglik" Piotrek. Coś dostaną z PZU, jako odszkodowanie za spalony dom.
    - Chcielibyśmy jak najszybciej zacząć. Żeby nie mieć czasu na rozpamiętywanie. To będzie najlepszy dowód, że podnieśliśmy się - mówią Marcin i Krzyś, a potakuje im Edyta.- Życie jest twarde, ale my jesteśmy jeszcze twardsi.

    Możesz pomóc


    Jeśli ktoś chciałby pomóc rodzeństwu Konopków z Jasienicy Rosielnej, prosimy o kontakt z p. Urszulą Brzuszek - GOPS Jasienica (013) 430-60-05.


    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo