Schab, biżuteria, telewizory, czyli co wyrzucamy na śmieci

Andrzej Plęs
To zajęcie trochę uzależnia - przyznają śmieciołazy. Bo jak się nie pójdzie na śmieci, to nie daje spokoju myśl, że właśnie tego dnia można było trafić na coś cennego. Jakie dobra trafiają na śmietnik doskonale wiedzą też pracownicy sortowni.
To zajęcie trochę uzależnia - przyznają śmieciołazy. Bo jak się nie pójdzie na śmieci, to nie daje spokoju myśl, że właśnie tego dnia można było trafić na coś cennego. Jakie dobra trafiają na śmietnik doskonale wiedzą też pracownicy sortowni. Krzysztof Kapica
Schab faszerowany suszonymi węgierkami, lazanie, makaronów wszelakich zatrzęsienie, od ilości czekolady może zemdlić. Czasem trafia się biżuteria i bibliofilskie białe kruki. Na śmietniku można się wyżywić, ubrać i umeblować mieszkanie. I zarobić też się da.

Krzysiek mówi, że tego, co znajduje w śmietnikach, przejeść się nie da. Takie rzeczy ludzie wyrzucają. Ani to zepsute, ani nawet nieświeże, ani gorszej jakości. To już gorsze jakościowo rzeczy rozdają biednym instytucje pomocowe. On już czekolady tych mniej renomowanych firm nawet nie tyka, bierze tylko te najlepsze. Jak kiedyś w śmietniku znalazł 40 kilogramów czekolady, to wszystkiego unieść się nie dało. Wziął "tylko" dwadzieścia kilo, ale tych od Milki i Lindy, swoich ulubionych.

I nie tylko wyżywić się można, ubrać też się można. Przy odrobinie szczęścia i wytrwałości nawet trochę biżuterii się znajdzie. Głównie srebrnej, czasem i złota sztuka wpadnie w ręce. A jak dobrze przegrzebać kieszenie wyrzucanej przez ludzi odzieży, to można liczyć na drobną gotówkę. Czasem nawet nie taką drobną.

Kumpel Krzyśka w noskach damskich butów znalazł wciśnięte 900 złotych. Z początku nawet nie miał zamiaru brać tych czółenek, bo małe toto było, więc dla żony się nie nadawało. Jednak wziął, bo żal mu było zostawiać. I dopiero w domu wydłubał pieniądze z nosków.

- Kiedy zaczynałem przed kilkunastu laty, ludzie nie wyrzucali wszystkiego w takich ilościach i takiej jakości - zapewnia Krzysiek.

Obiad z kontenera

Od puszek zaczynał, bo znajomy go namówił. Roboty obaj nie mieli, żyć z czegoś trzeba było, poszli w kurs po śmietnikach. Szacuje, że znalazł i oddał do skupu z dziewięć ton puszek aluminiowych. Ale puszki przestał zbierać, bo to nie interes. Można było wycisnąć zaledwie dychę na dzień. Jednak kiedyś, poza puszkami, niewiele innych rzeczy można było znaleźć, bo ludzie rzeczywiście wyrzucali śmieci. A teraz? Teraz wyrzucają wszelkie dobro.

- Prawie codziennie mamy obiad z tego, co znajdę - mówi Krzysiek. - Jedzenie w stanie idealnym, zaczynając od mrożonek w torebkach, jeszcze lodowatych, skończywszy na zamrożonym i zafoliowanym mięsie. Specjalnie kupiliśmy zamrażarkę, żeby to przechowywać, bo żal zostawiać w koszu.

Do niedawna jeszcze ludzie wyrzucali przeterminowane konserwy, dziś wyrzucają takie, którym daleko do końca terminu "przydatności do spożycia". Z błyskiem przekory w oku mówi, że jada tak, jak nie jada wielu z jego rodaków. I do dziś ma w ustach smak schabu faszerowanego suszonymi śliwkami. Mnóstwo tego znalazł w kontenerze pod dużym sklepem samoobsługowym. Wciąż jeszcze zmrożone i w folii. Nazwy i lokalizacji sklepu nie poda.

W kontenerze pod innym znalazł 17 kilo foliowych torebek z frytkami. Nawet im nie minął termin przydatności do spożycia. Ledwie to doniósł do domu. A potem wrócił po następne kilka kilogramów wciąż zmrożonej pizzy. I jeszcze parę kilo zafoliowanej lazanie, która dopiero za rok miała być przeterminowana. Pół miesiąca domownicy mieli wyżerkę.

- Takie "hurtowe" ilości nieczęsto się zdarzają, najczęściej pod dużymi sklepami - tłumaczy. - Ale i prywatnie ludzie wyrzucają mnóstwo jedzenia. Wciąż dobrego. Może na wczasy jadą i nie chcą zostawiać w lodówce niczego, może wyprowadzają się, może chcą nowego i lepszego?...

A jeszcze - opowiada - "rzeszowskie słoiki" dostają mnóstwo żarcia od rodziny ze wsi. I wiele tego dobra ląduje na śmietnikach, bo wolą jedzenie z supermarketu.

Biznes w śmieciach

Ze śmietnika można się wyżywić i ubrać, ale i grosz w życiu potrzebny. To Krzysiek "chodzi głównie za aluminium, miedzią i mosiądzem", bo na to najlepsze ceny są w punktach skupu złomu. Punkty też ma obcykane i wie, które najlepiej płacą. I nie sprzedaje bez sensu.

Śledzi, jak zachowują się ceny skupu metali nieżelaznych. Jeśli jest nisko, nie sprzedaje, zbiera i czeka, aż podskoczą. Inni pędzą do skupu, jak tylko coś znajdą. Bo na flaszkę im trzeba albo parę piw. Krzysiek alkoholu nie tyka, nikotyną się brzydzi, ale jak znajdzie w śmietniku flaszkę, to też bierze. A ludzie wyrzucają czasem flaszki z nie byle czym.

- Pan się dziwi, że biorę, choć nie piję? - reaguje na zaskoczenie. - Ręce w tym myję, jak się ma takie zajęcie, to trzeba łapy zdezynfekować.

Ma swoje ulubione miejsca w Rzeszowie. Szczególnie te w pobliżu siedzib instytucji rozdającej żywność ludziom biednym. Wokół nich pewnie więcej żarcia niż wewnątrz.

- Powinienem kiedyś zrobić zdjęcie - zaczyna. - Kosze pełne są konserw, szczególnie rybnych. Może ludziom nie chce się dźwigać tego do domu, to pakują do śmietnika pod Caritasem. Całe zgrzewki konserw! Paczek z makaronami tyle, że nie do przebrania.

Nie ma dnia, żeby nie znalazł słoja pełnego miodu. Naturalnego, nie sztucznego.

Skarby w gnoju

Krzysiek wyciąga dwie piersiówki: jedna z polerowanej, nierdzewnej stali, na Allegro jakieś 30 złotych, więc nie majątek. Druga - lekko pokryta nalotem, na spodzie wybite dwie próby. Wyraźnie srebrna. Przypadek w zasadzie: w jednym z rzeszowskich śmietników musnął wzrokiem reklamówkę pełną drobnego gruzu i odłamków płytek ceramicznych. Zajrzał z przyzwyczajenia, w gruzie coś zadzwoniło. To była ta stalowa, pod nią - srebrna.

Biżuteria trafia się rzadko, ale się trafia. W ten sposób trafił 700 zł za złotą broszkę. Znacznie częściej zdarzają się srebrne precjoza.

Jakby zachował wszystkie płyty winylowe jakie znalazł, to miałby pewnie największą płytotekę na Podkarpaciu. I największy księgozbiór pewnie też. Komplet nowiutkiego Harry'ego Pottera i "Władcy pierścieni" sprzedał za grosze. - Z każdej dziedziny można poczytać - mówi. - Od historycznych, przez techniczne, po parapsychologię.

Kiedy ze śmieci wygrzebał dwutomową Biblię luterańską po niemiecku sprzed 300 lat, wiedział, co trzyma w ręku. Sprzedał oba tomy antykwariuszowi po 150 zł każdy. Ich wartość jest znacznie większa, ale mocno zagrzybione były, a w Rzeszowie trudno było o antykwariusza, który dałby więcej.

Świętości też nie brakuje między obierkami po ziemniakach a kubkami po jogurtach. Obrazy świętych i Świętej Rodziny to norma, ale nie interes. Interes - mówi Krzysiek - może być "na papieżach". Sporo znajduje małych popiersi, odlewanych z mosiądzu, albo mosiężnych tabliczek z podobizną Jana Pawła II.

Nawet krzyży z mosiężnymi Chrystusami. I dziwi się, że w narodzie, który w ponad 90 procentach deklaruje, że jest katolicki, do kosza na śmieci rzuca się takie rzeczy.

Po latach praktyki już wie, gdzie warto szukać. Największe skarby są na nowych osiedlach, tam mieszkają bogaci ludzie. Na jednym takim znalazł księgę o Rzeszowie. Z dedykacją prezydenta miasta dla mistrza świata w siatkówce. Mistrz mieszka właśnie na tym osiedlu. Mieszkańcy wyrzucają prawie nowy sprzęt elektroniczny, bo kupują sobie jeszcze nowszy.

Dzięki temu Krzysztof zaopatrzył się w niezłą wieżę i inny sprzęt. Swojego smartfona też znalazł pół roku temu na śmietniku. Nie pogardzi radioodbiornikiem, monitorem czy telewizorem ciekłokrystalicznym. Z takiego sprzętu zawsze da się wydłubać trochę miedzi, trochę aluminium, a to w skupach chętnie przyjmują.

Rarytasem są kable miedziane, bo miedź droga, ale i ciężkie to cholerstwo jest. Taszczy więc kable do domu i obiera z izolacji. Mógłby opalać, jak robią to inni, ale mówi, że to byłaby zbrodnia przeciwko ekologii.

Najbardziej cieszą go stare kuchenki mikrofalowe. W każdej takiej jest przynajmniej kilogram miedzi.

Bo to lumpy są?

Serdeczności mieszkańców osiedli raczej się nie spodziewa. Jak takiego buszującego po śmietnikach widzą na Baranówce, Nowym Mieście czy Krakowskiej Południe, to wyrazów sympatii nie ślą. Jego "kolegę po fachu" utłukło młode małżeństwo. Za nic. Ot, grzebał sobie kolega w śmieciach w poszukiwaniu puszek, nie spodobało się "blokowym".

Ale Krzysiek rozumie takie reakcje, wielu z takich poszukiwaczy śmietnikowych skarbów grzebie tylko po to, żeby sobie wygrzebać parę złotych na codzienne piwo. Nie uszanują wspólnej własności, porozrzucają śmieci, poprzewracają kosze, a jak bardzo chce im się pić, to gotowi są wyrwać wkładkę zamka do drzwi śmietnika, bo zawiera mosiądz, a mosiądz jest w cenie. I to ludzi wkurza w poszukiwaczach śmieciowych skarbów.

A jeszcze bardziej wkurza to, że wejdzie taki między kosze i narobi, bo mu się nie chce poszukać właściwego miejsca. To dlatego administracje osiedli montują zamki w drzwiach wejściowych do śmietników, a klucze mają tylko lokatorzy bloków. Poszukiwacze puszek, butelek i innego dobra i na to znaleźli sposób. Wędrują od jednego śmietnika do drugiego z pokaźnym pękiem różnych kluczy. Zwykle któryś pasuje.

Krzysiek rozumie niechęć ludzi, choć obrywa nie za swoje winy. Zdarzają się jednak ludziska "z sercem", którzy inaczej widzą śmieciołazów.

- Czasem jakiś dobry człowiek chce wsunąć mi do ręki parę złotych - opowiada.

W jego branży naprawdę robią różni ludzie. Jeden taki ma milicyjną emeryturę, ze 2,5 tysiąca do łapy co miesiąc dostaje, głodem z pewnością nie przymiera, ale dzień w dzień robi kurs po śmietnikach. Krzysiek opowiada, że co jakiś czas stosowne służby robią mu czyszczenie mieszkania ze "zbiorów", bo sąsiedzi się skarżą na fetor dobywający się za jego drzwi.

- To zajęcie chyba trochę uzależnia- przyznaje mężczyzna. - Po jakimś czasie zaczyna się czuć, że trzeba iść "na śmieci". Bo jak się nie pójdzie, to nie daje spokoju myśl, że właśnie tego dnia można było trafić coś cennego.

Jego matka dodaje, że sama widziała gościa, który do kontenera na śmieci pod stacją BP podjechał niedzielnym białym świtem nowym mercedesem, rozejrzał się uważnie, zakasał rękawy białej koszuli i zaczął grzebać w śmieciach. Wygrzebał jakieś stare kołpaki do kół samochodowych, zabrał i wrócił do swojego merca.

Krzysiek kiedyś wstawał o 4 rano, żeby ruszyć w kurs. Pora taka, że trudno trafić na agresywnego mieszkańca blokowiska, a i konkurencja może jeszcze nie przegrzebała tego i innego śmietnika. Teraz woli "robić na drugą" zmianę. I najchętniej w soboty.

- Pan wie: sobota, ludzie remontują mieszkania albo generalnie sprzątają, albo przeprowadzają się, różne rzeczy wtedy trafiają do śmietników - tłumaczy.

Jego kumpela specjalizuje się w szmatach. No, nie zawsze to byle szmaty, czasem trafia się markowa odzież. Kiedyś za komplet znaleziony na śmietniku dostała tysiaka na ciuchach. Biedni takich rzeczy nie wyrzucają. Czasem trafiają się złośliwcy: potnie taki ciuchy, nim wyrzuci do śmietnika. Żeby nikt inny już nie mógł na siebie tego włożyć.

Ona częściej niż Krzysiek trafia na biżuterię i pieniądze, bo ludzie nawet nie wiedzą, co jest w kieszeniach odzieży, którą wyrzucają. On znalazł kiedyś cztery pary sportowych Nike, w sam raz jego rozmiar. W niemal idealnym stanie. Do dziś w nich chodzi.

Niektórzy wśród zbieraczy specjalizują się w drewnie. Jak zrobi taki kilkanaście kursów po śmietnikach, to całą zimę ma czym palić. Stary parkiet dębowy albo bukowy płonie jak marzenie, boazerią zerwaną ze ścian remontowanych mieszkań też można grzać.

Kraj w ruinie?

Jakie dobra trafiają na śmietnik dobrze wiedzą pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. Setki ludzi z Rzeszowa i okolic zwozi do punktów przy ul. Sikorskiego i Ciepłowniczej sprzęt RTV i AGD. Sortownia przy Ciepłowniczej czasem wysortuje nieprawdopodobne rzeczy.

- Pewnego razu przywieziono nam z marketu dużą partię zapakowanych rajstop - opowiada Leokadia Siupik, wiceprezes rzeszowskiego PMGK. - Pracownicy rzucili się na to, żeby sobie zabrać, mimo wyraźnego zakazu. Bo pilnujemy, żeby do użytku nie trafiało nic, co trafi do nas. Choćby z przyczyn epidemiologicznych i sanitarnych.

Ale przyznaje, że czasem zdarza się, że z taśm sortowniczych pracownicy wyłuskują coś, czego trudno byłoby spodziewać się na śmietniku. Im bogatszym jesteśmy społeczeństwem, tym droższe i lepsze są nasze odpady. I coraz więcej ich jest.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Patryk
To logiczne, że do śmieci wyrzucamy wszystko, aczkolwiek ja od niedawna jestem recyklerem i współpracuję z organizacją CP Recycling. Robię dobry uczynek i zarabiam :)
J
Juras
W dniu 02.08.2015 o 19:57, Łukasz napisał:

Nie wiem jakie zioło jara autor artykułu, ale musi być mocne...Mięso / żywność wyrzucone na śmietnik sklepu ? Jak można takie bzdury wypisywać ????Żywność nie nadająca się do spożycia musi być utylizowana przez specjalistyczne firmy,sklepy muszą mieć dokumenty na taką utylizację a do czasu odebrania do utylizacjitaka żywność musi być przechowywana w odpowiednich warunkach.Żaden sklep nie podejmie się zrobienia czegoś takiego ponieważ grożą za co ogromne kary finansowe, a pracownicy odbierający śmieci widzą co zabierają.W historię o kierowcy mercedesa w białej koszuli który grzebie w śmietniku chyba nikt normalny nie uwierzy.PS. Autor nawet nazwę MPGK przekręcił pod wpływem tego co wyjarał :)Nowiny stają się brukowcem...

Autor tego tekstu ma rację.Pracowałem kiedyś w hipermarkecie w Katowicach i to co było przeterminowane lub za dwa dni miało się przeterminować trafiało do kontenerów,które były obok konteneru na folię,karton i zwykłe śmiecie.To trafiało do dwóch kontenerów na spożywcze artykuły.Było tam pełno piwa w puszcze,którego data kończyła się po weekendzie,sporo pysznego chleba pszennego z rodzynkami,sporo owoców od bananów przez pomarańcze do winogron.Wszystko całkiem nadające się do spożycia.Najpierw wybierała dla siebie ochrona co najlepsze a potem otwierali bramę i bezdomni z miast sobie wybierali.Było to ewidencjonowanie jako strata dla sklepu ale nie było mowy o jakiejś utylizacji bo to nie odpad szkodliwy dla środowiska.Takie rzeczy gniją i mogą być nawozem dla roślin.A piwo w aluminiowych puszkach też byś utylizował?A po co? 

Ł
Łukasz

Nie wiem jakie zioło jara autor artykułu, ale musi być mocne...

Mięso / żywność wyrzucone na śmietnik sklepu ? Jak można takie bzdury wypisywać ????
Żywność nie nadająca się do spożycia musi być utylizowana przez specjalistyczne firmy,

sklepy muszą mieć dokumenty na taką utylizację a do czasu odebrania do utylizacji

taka żywność musi być przechowywana w odpowiednich warunkach.
Żaden sklep nie podejmie się zrobienia czegoś takiego ponieważ grożą za co ogromne kary finansowe, a pracownicy odbierający śmieci widzą co zabierają.
W historię o kierowcy mercedesa w białej koszuli który grzebie w śmietniku chyba nikt normalny nie uwierzy.
PS. Autor nawet nazwę MPGK przekręcił pod wpływem tego co wyjarał :)
Nowiny stają się brukowcem...

Wróć na nowiny24.pl Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie