MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Śladami "Watahy". Ile prawdy jest w serialu o granicy i Bieszczadach?

Andrzej Plęs
Bieszczadzka dzicz, bimber, broń i krew - takie życie straży granicznej oglądamy w serialu "Wataha". A rzeczywistość jest daleko bardziej barwna. N.z. odtwórca roli kapitana Rebrowa, Leszek Lichota.
Bieszczadzka dzicz, bimber, broń i krew - takie życie straży granicznej oglądamy w serialu "Wataha". A rzeczywistość jest daleko bardziej barwna. N.z. odtwórca roli kapitana Rebrowa, Leszek Lichota. HBO/ Krzysztof Wiktor
Światy strażników i przemytników czasem się przenikają. Nie zawsze widać, że między nimi jest granica. Serial "Wataha" przez strażników został przyjęty z życzliwością, choć nie bez zastrzeżeń.

Rzucony daleko poza szlakiem turystycznym papierek, złamana gałąź, ślad buta odciśnięty w miejscu, w którym turyści nie mają prawa być, to już festiwal śladów - wszystko może być tropem. Człowiek zapachu nie wyczuje, ale taki Czak daje radę, nawet jeśli tamci rozpylą pieprz paprykowy dla zmylenia czworonoga.

A tamci mają swoje sposoby: chodzą tyłem, żeby skołować tropiciela, wskakują do strumyków, żeby pies stracił ślad. Zapach nie leży na wodzie, ale jak trop jest świeży, to pies tropiciel i przez strumień poprowadzi do ściganego. Więc tamci przełażą przepustami, ale dla psa i to nie problem.

Taki Romek z Ukrainy miał robotę w Niemczech, ale nie miał wizy, toteż śmigał kilka razy w roku przez zieloną granicę w Bieszczadach. Przepustami się przeciskał, godzinami wysiadywał w zaroślach, żeby obserwować ruchy pograniczników, nawet wymyślił, żeby przemieszczać się górą - koronami drzew. Bo ani śladów na ziemi nie zostawi, ani ścieżki zapachowej dla psa tropiącego.

Wpadał najczęściej zimą, bo go na święta do rodziny na Ukrainie ciągnęło. Nie było siły, żeby w śniegu nie wydeptał wskazówki dla pograniczników. Ale Romek nieszkodliwy harcownik był. Straszni są ci, którzy przez zieloną w Bieszczadach przemycają ludzi za pieniądze.

Był już rok Czeczenów i Gruzinów, Irakijczyków i Syryjczyków, był rok Wietnamczyków, nawet Tamilowie próbowali forsować bieszczadzką zieloną granicę. Zawsze, kiedy na świecie wybucha konflikt zbrojny, zaczyna się wędrówka ludów. Nielegalni z krajów objętych wojną ruszają ze Wschodu do bogatej i bezpiecznej Europy Zachodniej. A przemarsz przez Polskę to dla nich tylko tranzyt do lepszego świata.

- Z Syryjczykami mieliśmy trochę zamieszania, testowały nas grupy przestępcze, czy będziemy "łykać" Syryjczyków - opowiada ppłk Jacek Siara, komendant placówki Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej w Stuposianach. - Czy złapanym będziemy dawać azyl, czy będziemy odsyłać ich na stronę ukraińską, skąd przyszli. I tak nas testowali do maja.

Ppłk Siara przedstawia system "testowania": przewodnicy nie zawsze przerzucają przez granicę, czasem odstawiają do słupka granicznego, dają legendę, czyli instrukcję, co nielegalny ma mówić, kim jest, skąd przyszedł, dokąd zmierza, że będzie prosił o azyl, chce zostać odstawiony do ośrodka dla uchodźców, gdzie będzie czekał na rozpatrzenie wniosku azylowego. Jak mu się uda, to w ciągu kilkunastu godzin zniknie z ośrodka, bo grupa organizująca przemyt "rozpłynie" go, przerzuci na Zachód.

Kasa krwią pachnąca

Nielegalni - tak się ich nazywa w żargonie pograniczników - bronią się. Słowem, a czasem czynem. A często - milczeniem. Jak się płaci za przerzut 5 tysięcy dolarów za dorosłego, to opłaca się bronić. Dzieci kosztują więcej, bo są powolne, "męczliwe", spowalniają marszrutę i potęgują ryzyko wpadki. Najgroźniejsi byli Czeczeni i Gruzini. Zdesperowani nie tylko uciekali w las, ale osaczeni - potrafili zaatakować funkcjonariuszy straży granicznej. Ukraińcy idą w zaparte i najczęściej nic nie mówią. Wietnamczycy stają niemal na baczność i poddają się woli strażników. Reszta próbuje kręcić, kluczyć, prosić i błagać, brać na litość.

U pograniczników litość jest, ale nie w robocie. Po robocie mogą robić składkę na słodycze dla przemyconych ze Wschodu dzieci, umieszczonych w przemyskim ośrodku dla azylantów, mogą im przynosić zabrane własnym pociechom zabawki. W robocie litości nie ma, choć kiedy złapią grupę z dziećmi, to czasem dławi w gardle. Jeden z nich nosi na patrole snickersy w plecaku. W razie gdyby trafił na przerzucane dzieci. A zdarza się, że czasem dzieci bez dorosłych. Pogoda w Bieszczadach może zmienić się z godziny na godzinę, zmęczone, zziębnięte, wygłodniałe dzieci czasem nie dają rady. To dorośli mówią - poczekajcie tutaj, wrócimy po was.

Przewodników czasem już nie ma, pokazują nielegalnym palcem na zachód, mówią: tam jest Polska, a czasem mówią: tam są Niemcy, i wracają z zarobionymi dolarami na stronę ukraińską. I nielegalni zostają sami, w obcym miejscu, ścigani przez polskie służby graniczne, bez przyjaznej duszy w promieniu setek kilometrów.

W 2007 roku Kamisa z Czeczenii miała dotrzeć do męża pracującego w Szwecji, dotarła do Lwowa, tam znalazła trzech Ukraińców, którzy mieli ją i czwórkę jej dzieci przeprowadzić na Słowację. Za 2200 dolarów. Doprowadzili do słupka granicznego Rzeczpospolitej. A potem był chłód, głód, strach i błądzenie. Kamisa trzy córki pochowała na zboczu bieszczadzkiej góry, bo nie wytrzymały głodu i chłodu, ocalał najmłodszy synek, którego niosła na rękach.

W Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej pamięta się o tej tragedii do dziś, ale o pomniejszych też. Nie tylko przez "zieloną" próbują się dostać. W sierpniu z wnętrza cysterny, która w Korczowej wjeżdżała od strony ukraińskiej, zaczęły dobywać się rozpaczliwe krzyki. Pogranicznicy wyciągnęli ze środka półprzytomnego od żaru rozgrzanej cysterny Syryjczyka. Każdy posterunek ma najmniej jedną taką swoją historię.

Za tropem

Zielona granica nie jest w pełni szczelna.

- I pewnie nigdy nie będzie - przyznaje płk Piotr Patla, komendant Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej. - Nie wybudujemy muru, jak w Strefie Gazy, choćby dlatego, że nie wolno przecinać naturalnych szlaków wędrownych zwierząt. Topografia terenu też utrudnia stały monitoring, ale panujemy nad swoim odcinkiem.

Termowizja, noktowizja, śmigłowce już pomagają, a wkrótce będą pomagać drony i superczułe lornetki z funkcją nagrywania obrazu. Śmigłowce to anachronizm, bo przemytnicze grupy od razu wiedziały, że zaczyna się obława, kiedy tylko słychać było ryk silnika podrywającej się do lotu maszyny. Drona nie usłyszą i nie zobaczą, bo startował będzie z dala od placówek SG. Żaden sprzęt nie zastąpi człowieka tam, gdzie technika jest bezsilna, a na miejsce dostać się można tylko samochodem terenowym albo quadem. Albo tylko pieszo, bo drogami i utartymi ścieżkami przemytnicy i nielegalni nie chodzą.

- Na patrolu całymi kilometrami łatwiej spotkać wilka niż człowieka - zapewnia ppłk Siara.

I wszystko po to, żeby złapać grupę nielegalnych. Czasem trzeba wykazać się zdolnościami aktorskimi, żeby wybrnąć z sytuacji. Szczególnie, kiedy stawało się samotnie wobec grupy nielegalnych, których reakcję trudno było przewidzieć.
Ppłk.Siara szczególnie pamięta akcje z grupami przemycanych Wietnamczyków. Ci sami z siebie byli zdyscyplinowani i świetnie zorganizowani, ale przemycała ich mafia pruszkowska. Przyjeżdżali w Bieszczady czasem w cztery samochody po ośmiu Wietnamczyków.

Papierek przy szlaku przemytniczym, złamana gałąź, odcisk buta pogranicznicy czytają jak w książce. Douczali ich Indianie Nawaho z organizacji "Wilk w cieniu", która pomaga patrolować granicę amerykańsko-meksykańską. Wiadomo, które drzewo znakowali przewodnicy z grup przestępczych, choć - dla zmylenia - starają się znakować drzewa tak, jak leśnicy.

Ci z ciemnej strony mocy też nie są głupi i zdają sobie sprawę z umiejętności pograniczników. Czasem tygodnie spędzają w bieszczadzkich lasach, żeby rozpoznać i ustalić bezpieczny szlak przerzutu, w akcji siebie i nielegalnych owijają folią, żeby nie pozostawić śladów zapachowych dla psów tropiących.

Ci z jasnej strony mocy znają sztuczki przemytników, po śladach widzą, ilu ludzi maszeruje, jak szybko, czy są z dziećmi, czy bez, czy i jak bardzo są zmęczeni, bo ślady powiedzą, jak często zatrzymują się na postój. Małe ślady stóp - pewnie Azjaci, większe - może z krajów arabskich, albo z Afryki. Czasem pomaga noktowizja, czasem monitoring termowizyjny, a czasem "cyna" od ludzi tu mieszkających, że coś się na granicy szykuje albo dzieje.

"Wataha" w lesie
Serial "Wataha" bije rekordy popularności, przez strażników został przyjęty z życzliwością, choć nie bez zastrzeżeń.
- Ta scena z wybuchem, w którym ginie niemal cały oddział strażników, zupełnie nierzeczywista, ale reżyser ma prawo do odstępstw od rzeczywistości - tłumaczy mjr Elżbieta Pikor, rzecznik BOSG. - Choćby dlatego nierzeczywista, że strażnicy mają bardzo dobre rozpoznanie terenu i ludzi na nim mieszkających.

No i ten nowy komendant, który zachowuje się czasem jak dziecko we mgle, a w realu to zwykle jest najlepszy z nich i najbardziej doświadczony.

Nikt nie będzie tu potwierdzał i zaprzeczał temu, że wielu funkcjonariuszy prowadzi rozpoznanie operacyjnie, a część z nich - pod przykrywką nawet wewnątrz grup przestępczych. To ta część roboty, która jest tym skuteczniejsza, im dyskretniejsza. Trwa miesiące, czasem bardzo długie miesiące, żeby namierzyć, rozpoznać grupy przemytnicze, ich ciągle zmieniające się szlaki przerzutowe, zdobyć informacje o planowanych przerzutach. To zżera od środka, utrzymuje poziom adrenaliny na najwyższym poziomie, ale i pozwala żyć. Kiedy akcja się kończy, tej adrenaliny brakuje.

- Miałem momenty, że organizm dopominał się działania, utrzymania czujności, a jeszcze chłopaków trzeba mobilizować - tłumaczy dowódca oddziału w Stuposianach. - Szczególnie zimą, kiedy liczba przerzutów spada, nie mamy akcji i nie mamy informacji, że coś się szykuje, ta niepewność jest stresująca.

To nie samotność na patrolach w głuszy może pomieszać rozum, bo tę samotność lubią. Nawet wielogodzinne leżenie pod osłoną z gałęzi, w oczekiwaniu na grupę przerzutową. Nie wielogodzinne i wielokilometrowe marsze w mrozie, deszczu, po błotnistych bieszczadzkich bezdrożach, bo to można polubić. To przerwa pomiędzy akcjami i brak adrenaliny są stresujące. Choć nie do tego stopnia, żeby stres zalewać ciągle alkoholem - jak dzieje się to w serialu, w którym wali się bimber przed, po i w trakcie służby.

- Może na początku lat 90. byłoby to bliższe prawdy, ale już nie teraz - zapewnia ppłk Siara.
Nikt tutaj nie może sobie pozwolić na to, żeby funkcjonariuszowi "odwaliło na psychice", bo na służbie nosi się broń. I choćby z tego samego powodu niedopuszczalne są promile we krwi, kiedy staje się do służby. Komendant Patla dodaje, że funkcjonariusze podlegają okresowej ocenie zdolności do służby, więc mało prawdopodobne jest, by na patrol i pod bronią wypuszczano człowieka niestabilnego psychicznie. I nim do tej służby człowiek trafi, przechodzi przez gęste sito weryfikacji. Także zdolności psychicznej do tej roboty.

Jeśli w głuszy spędza się razem całe dnie, to rodzi się więź jak na froncie. I jak na froncie - jeden za drugiego odpowiada, co też wiąże ich w "watahę". Choć czasem i wśród nich zdarzają się czarne owce, pozwalają przeciągnąć się na ciemną stronę mocy.

Z początkiem października zatrzymano grupę przemycającą towary akcyzowe i luksusowe samochody przez przejście w Medyce, w 19-osobowej grupie było dwóch funkcjonariuszy straży granicznej. Dwie plamy na mundurze pogranicznika. Ppłk Siara mówi, że to dla "watahy" to zwykle nie jest zaskoczenie. Szczególnie ci w terenie znają się wzajemnie, jak łyse konie, jeśli z którymś jest coś nie tak, reszta to wyczuwa, zanim zrodzą się podejrzenia, a potem pojawią dowody.

- To się nie dzieje z dnia na dzień, to dojrzewa, to czuć, za dobrze się znamy, żeby być zaskoczonym informacją, że któryś zaczyna kombinować - tłumaczy. - Potem wylatuje ze służby i słuch o nim ginie. Przestajemy się nim interesować, już nie jest nasz.

O pokusy nietrudno, bo światy strażników i przemytników czasem się przenikają i momentami nie widać, że jest granica między tą jasną i ciemną stroną mocy. Dzięki temu ta jasna ma daleko lepiej rozpracowane środowisko przemytnicze, niż policja. Tubylcy pomagają, bo wiedzą, że z dala od cywilizacji w sytuacjach kryzysowych mogą liczyć na strażników. I wciąż mają szacunek dla munduru.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na nowiny24.pl Nowiny 24