Smaczna historia dworcowej zapiekanki

Wojciech Tatara
Tadeusz Kawa jest pewien, że mimo natarcia fastfoodowych sieci z zagranicy, nasze rodzime zapiekanki fanów nie straciły.
Tadeusz Kawa jest pewien, że mimo natarcia fastfoodowych sieci z zagranicy, nasze rodzime zapiekanki fanów nie straciły. Bartosz Frydrych
Zachód miał swoje burgery, my mieliśmy zapiekanki. Z czasem i nam posmakowały big maki, mcchickeny, kebaby... Zapiekanka poszła w zapomnienie? Nie podobnego.

Fama o zapiekankach z budek przy rzeszowskim dworcu obiegła swego czasu nawet okoliczne miasteczka. Nieraz bywało, że głęboką nocą po imprezie młodzi ludzie pakowali się w auto i jechali na dworcowy plac. Na zapiekanki.

Czy te czasy wrócą? Czy przed budką obok Super Samu znów będą ustawiać się kolejki? Tadeusz Kawa, właściciel znanego punktu sprzedaży zapiekanek STS przy Asnyka, ma nadzieję, że tak.

Po 4 latach przerwy punkt wznawia właśnie działalność. Jak zaznacza właściciel, przerwa wynikła nie z jego winy, podyktowana była walką konkurencyjną, która momentami przybierała wszelkie cechy brutalnego kapitalizmu.

Ale w końcu zapiekanki pod Super Sam wróciły (Kawa ma także punkt obok kładki kolejowej). I choć przez ostatnie lata w mieście pojawia się coraz więcej fastfoodowych sieci, zwolenników zdobywają kebaby, to pan Tadeusz ma nadzieję, że zapiekanki oddanych fanów nie straciły. Zwłaszcza te kultowe.

Niech klient widzi

Był schyłek PRL-u, kiedy Tadeusz Kawa zainwestował w punkt małej gastronomii.

- W roku 1987 kupiłem z ogłoszenia prasowego funkcjonującą przyczepę gastronomiczną przy ul. Asnyka, pomiędzy sklepem Super Sam, a ówczesnym Barem Turystycznym - opowiada. - Na początku z zazdrością patrzyłem na plac przed dworcem PKS, gdzie stały trzy takie przyczepy i ciągle ustawiały się do nich kolejki. Mnie, niestety, interes szedł dużo gorzej....

Aby przyciągnąć klientów, postanowił podejrzeć, jak bary szybkiej obsługi działają za granicą.

- Moja żona pracowała w PLL LOT i mogliśmy bardzo tanio podróżować po świecie. Wtedy na przykład bilety do Australii kosztowały nas tylko 60 dolarów za osobę. Obserwowałem więc, jak tam funkcjonują fast foody. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, było to, że przygotowanie i sprzedaż posiłków odbywała się na oczach klientów. U nas było inaczej. Ze szczelnie zasłoniętej przyczepy wysuwała się tajemnicza ręka, która brała pieniądze i podawała zamówiony produkt. Natychmiast pościągałem zasłony w swojej przyczepie, tak by klient mógł widzieć, jak przygotowywane jest jego zamówienie.

To był pierwszy strzał w dziesiątkę. Znajduje tu bowiem odzwierciedlenie podstawowe prawo ekonomii, że właściwe eksponowanie towaru ma bardzo ważny wpływ na decyzję klienta podczas zakupów.

- Szybko zaczął ustawiać się wianuszek klientów - wspomina właściciel STS-u.

3 tony pieczarek co miesiąc

Wkrótce zaczął wdrażać kolejne patenty, które pod koniec lat osiemdziesiątych były uważane za innowacyjne w gastronomii. Wystarczyło na przykład polać zapiekankę keczupem w zygzaki. A następnie majonezem.

Co można jeszcze zrobić, by bardziej skusić? Na przykład zaproponować smakoszom zapiekanki na większych bagietkach. No i zwiększyć ilość dodatków. Podziałało? I to jak!

- W latach dziewięćdziesiątych były kłopoty ze zdobyciem keczupu. Większość sprzedawców rozcieńczała go wodą. Ja miałem więcej szczęścia w dostawach keczupu i nie musiałem nic kombinować. Dzięki temu moje zapiekanki zdobywały uznanie - podkreśla Tadeusz Kawa.

I dodaje, że główną tajemnicą smaku zapiekanek z STS-u jest farsz. Receptury właściciel nie zdradza.

Oczywiście - zaznacza Kawa - ważną rzeczą jest też to, aby wszystkie dodatki i produkty były świeże. No i jeszcze jedna rzecz, która decyduje o jakości - profesjonalny personel, który pracuje u niego od kilkunastu lat.

- Zawsze w zimie był kłopot ze zdobyciem pieczarek i część właścicieli fast foodów zamrażała farsz jesienią. Miał on o wiele gorszy smak niż mój, który robiłem i nadal robię na bieżąco - podkreśla pan Tadeusz.

Jak powstaje dworcowa zapiekanka, która w opinii wielu smakoszy ma kultowy smak? Na początek wspomniany farsz. Pan Tadeusz przygotowuje go codziennie według swej tajemnej receptury.

Następnie farsz trafia na wcześniej zamówione w piekarni świeże bagietki. Na wierzch idzie posypka z żółtego sera. Tak przygotowana zapiekanka trafia do pieca. Potem kolej na dodatki - keczup, majonez, szczypiorek, kukurydza, pomidor, papryka, ogórek.

- W latach świetności, kiedy punkt funkcjonował przy ulicy Asnyka, przerabialiśmy w miesiącu około trzy tony pieczarek.

Po dyskotece na dworzec

Czasy te pamięta sporo ludzi, a zwłaszcza pokolenie 30- 40-latków.

- Wyjazd na zapiekanki był stałym motywem zakończenia sobotniej dyskoteki - wspomina 36-letni Piotr z Siedlisk. - Zdarzało się też, że pod dworzec jeździliśmy z kolegami i w tygodniu. Później, niestety, nastały bary z kebabami i zapiekanki zostały trochę zapomniane.

Podobne wspomnienia ma Witold z Bratkowic. - Całą paczką jechaliśmy na koncert do Akademii, a po nim na zapiekanki. Dziś, niestety, tak dobrych zapiekanek już nie ma. Niestety, nie ma też Akademii...

- Zapiekanki pod dworcem! - przywołuje sentymentalne wspomnienie z Monika Domino z Radia Rzeszów. - To było pierwsze miejsce po przyjeździe do Rzeszowa, gdzie zabrał mnie mój przyszły mąż - zwierza się Monika. - Do dzisiaj pamiętam ich smak. Każda impreza kończyła się zapiekankami spod dworca. Zawsze przed budką ustawiały się długie kolejki. Często nawet zjadaliśmy po dwie...

- Na Zachodzie zapiekanek niestety nie znają - zaznacza Kawa. - A szkoda, bo do dziś spotykam się z ludźmi z naszego regionu, którzy mieszkają albo pracują w Anglii czy USA. Słyszałem od nich, że brakuje im właśnie smaku zapiekanek spod rzeszowskiego dworca.

Konkurencja nie śpi

Ale w pewnym momencie zapiekanki spod Super Samu znikły. Tadeusz Kawa twierdzi, że popularność jego baru nie spodobała się konkurencji.

- Okazało się, że jeden z moich konkurentów wykupił część terenu, gdzie był usytuowany mój bar. Wykupił od nieprawowitego właściciela, co zostało udowodnione w trakcie czternastoletniego procesu zakończonego prawomocnym wyrokiem sądu.

Kawa opowiada, że prawowitych spadkobierców nieruchomości odnalazł w Argentynie. Akt notarialny podpisał z nimi w Buenos Aires.

- Mimo to odcięto mi prąd i wodę. W sądzie sprawę o przyłączenie prądu i wody wygrałem, ale wyrok nie został wyegzekwowany do dziś.

Konkurencja nie dawała za wygraną. W sądzie pojawiła się kolejna sprawa - o zasiedzenie.

- Jednak udało mi się załatwić dostawę wody i prądu, dlatego mogę po czterech latach na nowo ruszyć ze sprzedażą - opowiada o swoich bataliach pan Tadeusz.

Monikę Domino ucieszyła wiadomość, że punkt znów będzie otwarty.

- Chętnie tam pójdę i zabiorę synów - zapowiada. - Nich i oni poznają ten smak.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie