Sprośna zemsta Henryka. Podsunął doktorkowi fałszywą pacjentkę!

Andrzej Plęs
Henryk, chcąc skompromitować pewnego doktora - kochanka swej kobiety, podsunął mu fałszywą pacjentkę. Co z tego wynikło?

Heniek był po rozwodzie i Anka była po rozwodzie. On już przeszedł kryzys wieku średniego, ona dobijała do wieku "ryczącej czterdziestki", ale dobijała w pełni kobiecości i z niepospolitą urodą.

Od sześciu lat mieszkali razem i Heniek nigdy nie miał powodu być o Ankę zazdrosny. Mimo że za jej pielęgniarskim fartuchem oglądali się w szpitalu wszyscy mężczyźni.

On w tym czasie oglądał się za zbytem dla swojej hurtowni obuwia. Niespecjalnie przejmował się tym, że ostatnio Anka wracała ze szpitala znacznie później niż zwykle, i w stanie wskazującym.

I pod wpływem stanu chwaliła się swoim powodzeniem. Nie wierzył, bo nie chciał wierzyć. Dopóki w jej torebce nie znalazł tabletek wczesnoporonnych "dzień po".

I Heniek przestraszył się, że znów - jak po rozwodzie - zostanie sam, tylko znacznie starszy. Nie mógł warować przy niej w szpitalu, nie mógł śledzić jej po dyżurach, zadzwonił do rzeszowskiego detektywa Józefa Przybosia.

- Początkowo wydawało, że to banalnie prosta "sprawa łóżkowa" - przyznaje detektyw. - Okazała się jedyna w swoim rodzaju.

Zwyczaje lęgowe rzadkiego gatunku

Przyboś pokręcił się trochę po szpitalu - niby pacjent, niby odwiedzający - aż uznał, że w takich warunkach i za dnia życie erotyczne "podejrzanej" raczej jest wykluczone.

Jeśli coś się działo, to po dyżurach Anki. A po dyżurach miała zwyczaj włóczyć się po sklepach i kawiarenkach, a detektyw za nią. I tak przez dwie godziny aż do godziny 19.

Trzeciego dnia Anka właśnie o tej porze zajrzała do prywatnej przychodni, na pewniaka i bez pukania weszła do jednego z gabinetów lekarskich, drzwi za nią trzasnęły, a klucz zgrzytnął w zamku. I było po obserwacji.

Przynajmniej z tej strony. Przyboś ruszył przed budynek, odszukał okno gabinetu, w którym znikła kobieta.

- Głupio trochę wystawać przed oknem i zaglądać przez szybę, tym bardziej, że miejsce nie było odludne - tłumaczy detektyw. - Wlazłem na pobliskie drzewo, bo okno wychodziło na park. Z lornetką i aparatem w ręce budziłem zdziwienie przechodniów, ale tłumaczyłem, że badam zwyczaje lęgowe rzadkiego gatunku ptaka. I że mi przeszkadzają, bo płoszą ptaki. Dopiero wtedy tracili zainteresowanie mną.

Przez szybę widać było, że po gabinecie krąży liczący ok. pół wieku lekarz. Jeszcze w fartuchu lekarskim. Na stoliku stała flaszka, kilka kanapek na talerzyku, Anka robiła kawę.

Przez godzinę nie działo się nic: kieliszek, stuknięcie, łyk, przegryzka, rozmowa. Po godzinie Anka zdarła z doktora fartuch, zresztą poradził sobie sam, Anka zrzuciła odzienie, oboje wylądowali na gabinetowej kozetce.

- Plik fotografii z tej imprezy i raport przekazałem Henrykowi i sądziłem, że to koniec zadania - opowiada Przyboś. - Ale dopiero teraz zaczęło być dziwnie.

Prowokacja

Dwa dni potem rogaty konkubent skontaktował się z detektywem z cokolwiek dziwnym zleceniem.

- Nie bardzo chciałem się tego podjąć, to było na granicy prawa - wyjaśnia Przyboś.

Henryk wymyślił sobie, że nie na Ance mścił się będzie, ale na doktorze. Zaproponował detektywowi, by ten podstawił lekarzowi atrakcyjną kobietę, której taki erotoman nie odmówi.

Wszystko miało trafić do obiektywu kamery, a zapis - do żony doktora. Żona weźmie lekarza "za twarz", a Henryk odzyska Ankę. Tak to sobie wymyślił.

Gotowej do prowokacji kobiecie Henryk miał zapłacić 5 tys. zł. I tylko był problem - gdzie taką znaleźć?

- Bo nie chodziło tylko o widowiskowy flirt, Henryk zażyczył sobie, by na nagraniu był pełny akt seksualny - mówi Przyboś. - Znam jedną prywatną panią detektyw, ale takie działania daleko wykraczają poza zakres naszej roboty. Poza tym taka pani musiałaby nie tylko odpowiednio się prezentować, musiałem mieć też gwarancje, że będzie dyskretna, że kulisy operacji zostaną między nami.

Przyboś odwiedził wszystkie okoliczne tzw. agencje towarzyskie, ale w żadnej nie znalazł kobiety, która urodą, figurą i intelektem dorównywałaby Ance. A obawiał się, że na "byle co" doktor nie poleci.

Pomógł przypadek. Przyboś z takich trudności zawodowych zwierzył się zaprzyjaźnionemu prezesowi rzeszowskiej firmy. Ten poznał go ze swoją podwładną, młodą, bezpruderyjną i żądną kasy rozwódką. Pani do pomysłu podeszła entuzjastycznie. Do honorarium - jeszcze bardziej.

Strzał i… pudło

O ile zaangażowana do prowokacji pani była strzałem w dziesiątkę, o tyle sam pomysł - kompletnym niewypałem. Choć pani spisała się wzorcowo.

- Wystarczyły trzy wizyty "pacjentki" w gabinecie doktora, żeby ten połknął haczyk - opowiada detektyw.

Pani była fenomenalnie uwodzicielska. Podczas dwóch wizyt udawała niedomagającą, ale niezmiernie sugestywnie grała bardzo zainteresowaną samym lekarzem.

Pan doktor wyczuł intencje pacjentki, podczas trzeciej wizyty rutynowe badania skończyły się na golasa i na kozetce.

W tej samej chwili Przyboś z konaru drzewa i przy pomocy kamery znów obserwował ptaki. Wyszedł z tego niezłej klasy krótkometrażowy film XXX. Nikomu do niczego niepotrzebny.

- Henryk nie do końca zorientowany był w sytuacji rodzinnej lekarza - wyjaśnia detektyw.

Okazało się, że i doktor od lat był rozwodnikiem, więc żadna żona nie była w stanie "wziąć go za twarz". Nie było komu przesłać filmu. Anka o prowokacji na kozetce nigdy się nie dowiedziała.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie