Szczęście trwa cztery minuty

Anna Koniecka
Rytuał wiosennego przebudzenia szybowców dobiega końca ARCHIWUM
Latanie! Uczucie wolności, swobody. I taki żal, gdy się wyląduje, że to już ziemia. - Po pierwszym locie poczułem się w trzy d... - mówi Przemek.

Wiosna na Górze Szczęśliwych Wiatrów rozpoczyna się dwa razy. Pierwszy raz niechętnie, bo pod czapą śniegu, choć zgodnie z kalendarzem. Drugi raz spontanicznie - gdy piloci z Aeroklubu Politechniki Rzeszowskiej rozpoczynają sezon. Jak mało gdzie na świecie, można tu latać dniem i nocą. A duje tak, że czterysta metrów niżej, w wiosce Bezmiechowa, pierzyny na płotach wydymają się jak żagle.

Ostatnia sobota marca. Za hangarem leży śnieg. Lądowisko już zielone.
Czeka. Paulina, Bartek i Przemek przyjechali pierwsi. I też czekają. Bo latanie - mówią - składa się z czekania, czekania i... czekania. Zwłaszcza na pierwszy samodzielny lot.

Szybownika ponoć można wyszkolić w dwa tygodnie. Aby latać samodzielnie, trzeba najpierw zaliczyć 60 godzin teorii i wylatać z instruktorem około 4 godziny. A potem już bij, kochany, rekordy Tadeusza Góry -legendarnego pilota, który właśnie stąd pofrunął w 1938 roku po medal Lilienthala za najdłuższy lot: 577,8 km. Jako pierwszy na świecie!

Poczułem się w trzy d...

Praktyka do teorii ma mocno pod górkę. Szkolenie trwa znacznie dłużej. Nie tylko dlatego, że szybowców w kolebce polskiego szybownictwa jest mało, a chętnych do latania dużo.

- Ściągnę dziś dopiero na wieczór -zapowiada się z Gliwic Kuba Kochański. Elektronik rozkręcający własną firmę. Tyra, jak wszyscy młodzi. - Latanie jest po to, żeby w ogóle poczuć, że się żyje - powie późną nocą, zapatrzony w rozgwieżdżone niebo nad Bieszczadami.

Bezmiechową zobaczył dwa lata temu. I wsiąkł. Przyjeżdża ze Śląska co weekend, przekima w samochodzie, zje knorka z torebki. Byle polatać.

Z Warszawy jedzie na otwarcie sezonu "silna grupa pod wezwaniem", czyli studenci tamtejszej Politechniki. Tak samo napaleni na latanie w Bezmiechowej jak ich starszy kolega Arek Kryda. Swojak z pobliskiego Dźwiniacza, architekt (absolwent Politechniki w Oslo). Pracuje w sanockim skansenie. W Norwegii zarobił na własny szybowiec. Za chałupą wybudował "miejsce lądowań i startów statków powietrznych", czyli własne lądowisko. Lata na szybowcach, samolotach, na paralotni. Zaczynał w Krośnie. Latał w Norwegii.

- Latanie w Bieszczadach ma sens tylko w Bezmiechowej - uważa. Dlaczego?

Ze względu na absolutnie wyjątkowe, jedyne na świecie warunki.

- Toteż gdy powstało stowarzyszenie na rzecz reaktywowania szkoły szybowcowej w Bezmiechowej, a potem, po różnych "turbulencjach" narodził się Aeroklub Politechniki Rzeszowskiej, przyłączyłem się do "rodziny".

Przemek Przychocki, programista obrabiarek numerycznych: - W Mielcu,
gdzie pracuję od roku, też jest aeroklub, ale ja kocham być tu! Ze względu na tych ludzi i to miejsce. Latanie? Uczucie wolności, swobody. Po inżyniersku bym powiedział: poczułem się w trzy d... (po pierwszym locie z instruktorem.)

Widok na lądowisko
Widok na lądowisko
ARCHIWUM

Szykujemy się lotu.Szmata dla pana inżyniera

Przemek trafił do Bezmiechowej za Pawłem Grzybowskim, młodszym kolegą z
Politechniki Rzeszowskiej. "Grzybek" cały dziś w skowronkach: - Wczoraj się obroniłem - oznajmia.

Uwielbia latać "na szmacie" (paralotni). Stąd wziął się temat pracy dyplomowej: spawanie (w osłonie gazowej) elementów paralotni. Świeżo upieczony magister inżynier razem z resztą latającej braci będzie miał zaraz okazję wykazać się w hangarze. Przy rytuale budzenia szybowców z zimowego snu.

Paulina Duplaga, studentka Uniwersytetu Rzeszowskiego, muzyk,
nie chce taryfy ulgowej. Pracuje równo z chłopakami.

- Bardzo chcę się nauczyć latać, a to trochę kosztuje, więc studiuję i dorabiam w prywatnej szkole. Muzyka i latanie - dwie największe pasje. Jest jeszcze trzecia: podróżowanie stopem po Polsce. Poznaję wtedy mnóstwo ciekawych ludzi. Często nie kryją zdziwienia, gdy opowiadam o lataniu: "Co, kobieta?". Ale tata jest chyba ze mnie dumny.

Na zimę szybowce demontuje się, konserwuje, a teraz trzeba to wszystko
poskładać do kupy, umyć i posprawdzać, zanim zacznie latać. Tym rządzi
Tadeusz Bednarz, szef techniczny Aeroklubu. W lotnictwie od 1975.

- Nie ciągnęło mnie do latania, choć po szkole trafiłem do wojska jako mechanik przy "odrzutowych Iskrach" - opowiada nie przerywając pedantycznego wymiatania pędzelkiem niewidocznego gołym okiem pyłu z każdego załącza. - Szybowiec można złożyć w pięć minut - twierdzi pan Tadeusz.

Najstarszy jest "Bekas", ma 37 lat i wciąż lata. "Bakcyla" zbudowali ze dwadzieścia lat temu ze sklejki studenci Politechniki Warszawskiej. Jako pracę dyplomową. I ten jedyny na świecie prototyp też lata. Pan Tadeusz uważa, że stary "Bakcyl" jest lepszy od jedynego w hangarze mercedesa wśród szybowców. Mercedesem nazwano szybowiec PW-6, piękny, dwumiejscowy (Politechnika ma ich dwa, ale ten drugi wynajęto), kosztował ponad 250 tys. zł i jest z laminatu. Jakby się połamał, to koniec, a szybowiec ze sklejki można łatwo naprawić.

Sobota, pod wieczór. Rytuał wiosennego przebudzenia szybowców zakończony. Aleksander Świgoń, szef oprzyrządowania lotniczego w Ośrodku Kształcenia Lotniczego PRz, posprawdzał urządzenia pokładowe. Ręczy za nie głową.

- Ale strach jest zawsze o tych, co latają - mówi. - Gdy słyszę, że gdzieś w Polsce rozbił się szybowiec, pierwsza myśl jest taka: czy ja kiedykolwiek przy tym szybowcu robiłem?

[obrazek3] Widok na lądowisko
(fot. ARCHIWUM)Ci odlatują, ci zostają

Kwietniowa niedziela. Przepustką do latania jest egzamin. Rytuał egzaminowania powtarza się na początku każdego sezonu. Obowiązuje wszystkich, także posiadających licencje pilotów. Tym razem wszyscy musieli odpowiedzieć na 40 pytań.

- Dla mnie, humanistki, teoria jest dość trudna - zwierza się Paulina. - Ale się zawzięłam.

Dla Eli Nycz, swojaczki z Kulasznego, latanie to nie tylko pasja. - Wiem, że kobiety mają w tym zawodzie pod górkę, ale zrobię wszystko, żeby zdobyć licencję pilota. Latanie mnie kręci!

Jest jedną z najlepszych studentek wydziału lotniczego PRz (stypendium naukowe wydaje na latanie). Na pilotaż dostanie się jednak tylko 15 osób spośród 200. - Co będzie, jak mnie odrzucą? Będę brała kredyty, pracowała gdzie się da, ale się wyszkolę! Żadnej pracy się nie boję.

- Ela pomaga rodzicom w gospodarstwie, przy krowach, w polu. - Od małego jesteśmy w domu nauczeni roboty. I odpowiedzialności za to, co robimy.

Dziś, po czterech lotach z instruktorem, Ela poleciała dwa razy sama.
Jak było?

- Wspaniale! - Każdy lot trwał średnio cztery minuty. Na dłuższy
nie można sobie pozwolić, gdyż inni czekają w kolejce. Latanie to czekanie... I taki żal, gdy się wyląduje, że to już ziemia.

Paulina z Bartkiem nie zdążyli polatać, musieli wracać do Rzeszowa. Ona na próbę chóru, on do roboty (pracujący student). Ale nie załamują rąk, bo przecież znowu tutaj wrócą.

Pan Stanisław, swojak z Bezmiechowej, przyszedł ze znajomkami na skraj lądowiska. Tradycyjnie, żeby popatrzeć na maleńkie szybowce, latające niczym białe ważki nad Górą Szczęśliwych Wiatrów. -Dzięki temu ta słynna na całym świecie góra znowu żyje - mówi z dumą starszy pan.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie