Tajny agent ujawnia: wykradałem tajemnice!

    Tajny agent ujawnia: wykradałem tajemnice!

    Norbert Ziętal

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Po 30 latach od zakończenia służby były agent zdecydował się zdradzić dziennikarzowi Nowin trochę szpiegowskich tajemnic.

    Po 30 latach od zakończenia służby były agent zdecydował się zdradzić dziennikarzowi Nowin trochę szpiegowskich tajemnic.

    W tej robocie nigdy nie wiesz, z kim rozmawiasz. Może się okazać, że ta niezdara, która łatwo się upija, to pracownik kontrwywiadu obcego państwa. Wtedy jesteś spalony - opowiada naszemu dziennikarzowi były oficer wywiadu.
    Po 30 latach od zakończenia służby były agent zdecydował się zdradzić dziennikarzowi Nowin trochę szpiegowskich tajemnic.

    Po 30 latach od zakończenia służby były agent zdecydował się zdradzić dziennikarzowi Nowin trochę szpiegowskich tajemnic.

    Pomimo siedemdziesiątki na karku nadal zachował wojskową postawę. Jest opanowany, mówi spokojnie. Uważa, aby zbyt wiele nie powiedzieć.

    - W tym fachu tajemnica to podstawa. Nigdy nie wiadomo z kim rozmawiasz.

    Rok 1999. Jarosław. Mieszkanie w bloku z płyty. Gustownie urządzone, sprzęt grający dobrej marki, duża kolekcja płyt CD, imponująca biblioteczka. Przy stoliku naprzeciw mnie siedzi Antoni Kośmian. Umówmy się, że na imię ma Antoni, a na nazwisko Kośmian. Naprawdę nazywa się inaczej.

    - Młody człowieku, ktoś musiał pana wprowadzić w błąd - mówi do mnie spokojnym głosem szpakowaty mężczyzna.

    Jego twarz wyraża to dobitniej: "dałeś się nabrać". Ale dopijamy powoli herbatę, a Kośmian zadaje mi mnóstwo pytań.

    Ja w wywiadzie? Ależ skąd!

    Szczególnie chce wiedzieć, co to za "kontakty rodzinne" doprowadziły mnie do niego i jeszcze kazały uwierzyć, że w przeszłości był etatowym pracownikiem Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A krócej: oficerem wywiadu.

    Mówi, że może dużo opowiedzieć o swojej pracy, ale uprzedza, że był przedstawicielem centrali handlu zagranicznego. Często bywał za granicą. Może stąd wzięło się, że był w wywiadzie.

    Jednak jego dziarski wygląd i postawa nie pozwalają mi wierzyć, że pracował tylko w handlu. Nabieram pewności, że mam przed sobą byłego agenta, kiedy wstaje od stołu i włącza światło. Najpierw zaciąga zasłony, dopiero potem podchodzi do kontaktu. Tak robią zawodowcy.

    Lato 2011. Tym razem to pan Antoni dzwoni do mnie. Nawet nie pytam, skąd ma numer komórki. Aktualnej komórki, bo w od tamtego czasu kilka razy ją zmieniałem. Spotykamy się w tym samym mieszkaniu.

    - Minęło już tyle lat, że chyba mogę coś powiedzieć... - mówi i od razu wyłuszcza zasady naszej współpracy.

    Nie będę zbyt dociekliwy, nie podam jego prawdziwych danych. On zmieni parę faktów, aby zmylić ewentualne skojarzenia. Wprawdzie minęło 30 lat, gdy odszedł ze służby, ale...

    Wyłowić najlepszych studentów

    Studiował w szkole inżynierskiej w zachodniej Polsce. Należał do najlepszych studentów. Na ostatnim roku wykładowca zaproponował mu udział we wspólnych "badaniach". Na jedno ze spotkań przyszedł mężczyzna w eleganckim garniturze.

    - Dość szybko powiedział, o co mu chodzi. Jesteś zdolny, bystry, szybko się uczysz. Znasz dobrze niemiecki, angielski... Stwierdził, że mogę się im przydać.

    - Komu?

    - Wywiadowi. Powiedział mi to bez ogródek. Wiedzieli o mnie wszystko. Nie musiałem składać podania o pracę, wypełniać kwestionariuszy.

    Po latach Kośmian dowiedział się, że jego wykładowca był etatowym pracownikiem służb specjalnych. Wyławiał najlepszych studentów.

    Gubić ogony i grać w golfa

    Z inżynierskim dyplomem pod koniec lat 60. trafił wprost do kuźni szpiegów w pałacyku przy ul. Ksawerów w Warszawie. Dzisiaj polskich deszczowców szkoli się w odosobnionym ośrodku na Mazurach.

    - Przyjeżdżali nas uczyć oficerowie radzieccy, ale nieprawdą, jest, że my jeździliśmy do Moskwy po nauki. Przynajmniej nie ja - zapiera się.

    Uczyli się różnych rzeczy. Młodemu inżynierowi podobało się szlifowanie języków obcych. Poznawali różne rodzaje broni, strzelali. Uczyli się fotografii, zakładania podsłuchów. Gubienia się w tłumie, wyczuwania "ogonów" i ich mylenia. Ale także tańca, gry w golfa, tenisa, etykiety.

    - Miałem też obowiązek nauczyć się palić. Bo przy papierosie, mimochodem, zawsze można zawrzeć ciekawe znajomości.

    Musiał też nauczyć się pić. Tzn. pić i kontrolować się, aby sprawiać wrażenie gaduły, ale nie powiedzieć nic istotnego.

    Gubiła ich gadatliwość po alkoholu

    - Najbardziej podobały mi się zadania domowe. Musieliśmy się upijać w pokojach. Z tym, że niektórzy pili mniej albo wcale, a w pozostałych wlewali hektolitry wódy i badali naszą skłonność do zwierzeń.

    Wóda wykończyła wielu dobrze zapowiadających się agentów. Nie potrafili pić.

    - Jak się urżnęli, to można z nich było wyciągnąć wszystko. Niektórzy narzekali na komunę, a to wtedy się nie podobało.

    Z niego wyciągnęli jedynie informacje o pogodzie, o kobietach, o samochodach.

    Kolejnym etapem alkoholowych ćwiczeń było picie po niemiecku.

    - Wiedzieliśmy, że w pokojach mamy podsłuchy. W pewnym momencie powiedziano nam, że możemy gadać ze sobą, o czym tylko chcemy, ale wyłącznie po niemiecku. Mieliśmy do dyspozycji barek ze wszystkimi alkoholami świata. Chodziło o to, abyśmy poznali ich smak.

    Albo żona-plotkara, albo robota

    - Towarzyszu, planujecie mieć żonę? - zaskoczonego Kośmiana zapytał oficer.

    - Kiedyś tak - odparł.

    - To lepiej szybko wybierzcie. Bo może jeszcze szybciej będziecie musieli ją zmienić - powiedział smutny pan.

    Nikt w wywiadzie nie robi sobie złudzeń. Żona i tak się dowie, gdzie naprawdę pracuje jej mąż. Jeżeli powie o tym "w tajemnicy najbliższej przyjaciółce", to oficer jest spalony. Podobnie jak wtedy, gdy żona ma kochanka lub skłonność do alkoholu i plotkowania. Oficer wywiadu musi wybierać: albo zmieni pracę albo żonę.

    Grupy studenckie nie były zbyt liczne. Jeden rocznik rzadko kiedy przekraczał dziesięć osób. Jeśli choć jedna osoba z grupy zdradziła, to pozostali pozbywali się pracy. Nie wszyscy trafiali do roboty operacyjnej, czyli wyjazdów za granicę. Większość zostawała w kraju i żmudnie analizowała różne dokumenty.

    Oficjalnie handlowiec

    - Z niezłym angielskim już miałem trafić do Nowego Jorku. Może na dyplomatę do ONZ? Dobra robota, bezpieczna. Ale chyba miałem za słabe plecy.

    Wylądował w Niemczech, w Hamburgu. Oficjalnie, pod przybranym nazwiskiem, został przedstawicielem handlowym państwowej firmy handlu zagranicznego.

    - Ta spółka działała naprawdę. Sprzedawaliśmy głównie maszyny, bo kraj potrzebował dewiz. Ale jeszcze bardziej potrzebowaliśmy technologii. I to był mój prawdziwy cel pobytu w Niemczech.

    Pracował na podwójnym etacie. Oficjalnie jako handlowiec, nieoficjalnie jako oficer. Pensję handlowca zwracał do MSW.

    Pracownik wywiadu jako dyplomata ma o wiele lepiej. Chroni go immunitet dyplomatyczny. Zwykły szpieg liczy tylko na siebie. Może zostać aresztowany, skazany, więziony. Nikt się o niego nie upomni.

    Francuz lubił Amerykę i alkohol

    Kośmian jeździł na targi handlowe. Głównie po Europie i do USA.

    - Pracownik wywiadu nigdy nie działa całkiem sam. Otrzymywałem listy osób, które ewentualnie mogę werbować na agentów. Znałem ich słabości, wiedziałem, co lubią. Szczególnie przypadł mi do gustu Moris, pracownik francuskiej firmy podobnej do naszej. Słabość: alkohol. Marzenia: zrobić karierę w Ameryce.

    Spotkali się na targach. Tak się jakoś "złożyło", że ich stoiska były obok siebie.

    - Moris lubił wypić. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Gdy zacząłem robić drinki z coca-colą, stwierdził, że jestem w porządku.

    Na początku można udawać, po jakimś czasie trzeba jednak zdecydowanie oznajmić ofierze, że się ją werbuje na agenta. Ale zafascynowany Ameryką Moris na pewno by się nie zgodził pracować dla służb komunistycznej Polski. Co robić?

    - Zwerbowałem go pod fałszywą flagą. Kiedyś, po którejś tam wódce, powiedziałem, że wyjawię mu wielką tajemnicę. Pracuję dla amerykańskiego wywiadu CIA. I chcę go zwerbować do tej współpracy. Dość szybko się zgodził. Nie chciał pieniędzy, ale chciał domek i porządną robotę w USA. Obiecałem, że mu to załatwię.

    Nigdy nie nosiłem pistoletu

    Moris miał przekazywać dokumentacje nowoczesnych technologii. Po co? Według legendy sprzedanej mu przez Kośmiana, aby Amerykanie poznali, co Francuzi kombinują. I w ten sposób Moris myśląc, że pracuje dla USA, służył komunistycznej Polsce. Wynosił z firmy wszystko, o co go Kośmian poprosił.

    - Dużo osób pan zabił?

    - Zabił? W ogóle nie nosiłem broni. Po co? Brawurowe akcje, piękne kobiety i trupy są tylko na filmach z Jamesem Bondem. W rzeczywistości praca oficera wywiadu jest bardziej przyziemna. To niekiedy wielogodzinne analizowanie. Werbować do współpracy nie jest łatwo. Nigdy nie wiesz, z kim rozmawiasz. Może się okazać, że ta niezdara, która łatwo się upija, to pracownik kontrwywiadu obcego państwa. Wtedy jesteś spalony. Wydaje ci się, że ty prowadzisz agenta, a tak naprawdę on prowadzi ciebie.

    Za Morisa Kośmian dostał awans i wiele nagród. Prowadził jeszcze innych agentów, ale mniej wydajnych. Prób werbunku nawet nie liczy.

    Po trzech latach w Niemczech wrócił do Polski. Pracował jako analityk wywiadu w biurze w Warszawie. Pod koniec lat 70. przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Wrócił do rodzinnego Jarosławia.

    - Dzisiaj praca w SB to nie jest powód do dumy - zagaduję na pożegnanie.

    - Pracowaliśmy dla ojczyzny. Zdobywaliśmy dla niej cenne informacje. Nie obchodzi mnie, co o mojej pracy sądzą historycy, którzy jeszcze mleko pod nosem mają - odparowuje Kośmian.

    * imię i nazwisko bohatera, a także dane sugerujące miejsce jego zamieszkania zostały zmienione

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo