Talent drzemie w genach

    Talent drzemie w genach

    JERZY MIELNICZUK

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Świat obiegły fotki trzech roześmianych młodzieńców i ich opiekuna, prof. Jana Madeya.

    Świat obiegły fotki trzech roześmianych młodzieńców i ich opiekuna, prof. Jana Madeya. ©ARCHIWUM

    Rewelacja! Dokładnie takiego rozwiązania oczekiwałem, ale nie wierzyłem, że ktoś może je znaleźć! - wykrzyknął autor zadania, zasiadający w jury mistrzostw świata w programowaniu. A Tomek na to: - Żadna rewelacja. To po prostu najkrótsze rozwiązanie.
    Świat obiegły fotki trzech roześmianych młodzieńców i ich opiekuna, prof. Jana Madeya.

    Świat obiegły fotki trzech roześmianych młodzieńców i ich opiekuna, prof. Jana Madeya. ©ARCHIWUM

    Taki już Tomek Czajka jest. To on znalazł rozwiązanie zadania polegającego na wyznaczeniu drogi, jaką pokonuje sygnał biegnący między elementami dwóch mikroprocesorów. Był podporą reprezentacji Uniwersytetu Warszawskiego, która pod koniec marca zdobyła mistrzostwo świata w programowaniu komputerowym w Beverly Hills w Kalifornii.

    Wystarczy podać rozwiązanie

    Akademickie Mistrzostwa Świata w Programowaniu (ICPC) były niegdyś zawodami wyłącznie dla Amerykanów.
    Napór młodych programistów z innych krajów na organizatora mistrzostw był jednak tak wielki, że Amerykanie dali w końcu szansę zmierzenia się swoim orłom z konkurencją. Dziś już wiedzą, że nie tylko w Krzemowej Dolinie znają się na komputerach. By wyjechać na światowy finał, trzeba przejść przez gęste sito eliminacji. W tegorocznej, 27 edycji ICPC wystartowały 2.873 zespoły z 68 państw. W finale, przy komputerach zasiadło już tylko 68 drużyn, po jednej reprezentacji uczelnianej z kraju. Naszą narodową reprezentację tworzyli z Tomaszem Czajką Krzysztof Onak i Andrzej Gąsienica-Samek.
    - Konkurs polegał na rozwiązaniu w ciągu pięciu godzin jak największej liczby z dziesięciu zadań algorytmicznych - opowiada Tomek. - Rozwiązanie każdego zadania jest programem, który drogą elektroniczną wysyła się do komputera sprawdzającego. Drogą powrotną przychodzi odpowiedź: tak lub nie. Jeśli odpowiedź jest poprawna, przy stanowisku można wywiesić wtedy jeden balon, co jest dowodem dla innych, że my już uporaliśmy się z zadaniem. W przypadku równej liczby rozwiązanych zadań, liczy się czas.
    Proste? Tylko wtedy, gdy się o tym czyta. Osiem zespołów nie rozwiązało żadnego zadania. Tylko nasi rozwiązali dziewięć, a to dawało tytuł mistrzowski. Dodatkiem do tytułu były laptopy i 10 tys. dolarów, które IBM dał najlepszemu zespołowi po to, by ktoś wreszcie wymyślił... jak podzielić dziesięć na trzy bez reszty.

    Starzy znajomi z olimpiad

    [obrazek3] (fot. AUTOR)Świat obiegły fotki trzech roześmianych młodzieńców i ich opiekuna, prof. Jana Madeya. Prorektor UW od 9 lat zgłasza do eliminacji swoje zespoły i jak do tej pory zawsze z sukcesem, czyli udziałem drużyny w finale. Po raz pierwszy jednak Polacy stanęli na najwyższym podium. - Bo trudno sobie wyobrazić lepszą drużynę - mówi opiekun polskich programistów.
    Tomek i Krzysztof studiują na trzecim roku informatyki i matematyki. Mieszkają razem w akademiku. Andrzej jest rok wyżej na informatyce, ale cała trójka zna się doskonale od lat. W czasach szkolnych wszyscy startowali w olimpiadach matematycznych, przygotowywali się na obozach, spotykali na zgrupowaniach formacyjnych w ramach Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci. Dziś Tomasz Czajka nie kryje, że to właśnie Fundusz otworzył przed nim drogę do zdobywania świata.

    Żadne cudowne dziecko

    - zastrzega Bogumiła Czajka, mama mistrza świata. - Tomek był i jest zwykłym chłopakiem, z wszystkimi młodzieńczymi cechami. Interesował się sportem, grał w siatkówkę. Ma po prostu dobrą pamięć i ciekawski charakter. Zawsze zadawał dużo pytań. Lubi dużo dyskutować. Nigdy z mężem nie staraliśmy się narzucać mu stylu nauki czy kierunku studiów. Każdy wybór był zawsze jego samodzielnym wyborem.
    Rodzice Tomka, Bogumiła i Klemens Czajkowie są matematykami z wykształcenia i informatykami z zawodu. Nie da się ukryć, że Tomek ma matematykę i informatykę we krwi. Jego młodszy brat Radosław też, bo idzie tą samą ścieżką i tylko czekać, kiedy i on znajdzie się w ekipie prof. Madeya.
    Tomek cudownym dzieckiem nie był, ale alfabet dość wcześnie poznał. - Chyba nie miał jeszcze 3 lat gdy zaczął składać literki - mówi mama. - Kiedy usiadł przy komputerze? W domu mieliśmy dość prymitywny, w którym nie było gier i chłopcy chcąc się nim bawić, sami musieli pisać programy. Chyba sobie nie przypomnę kiedy i jakie pierwsze programy napisali, ale było to przed szóstą klasą Tomka, bo wtedy miał już swój dobry komputer. Pojechał do Paryża na finał zawodów gier logicznych i za zwycięstwo dostał właśnie komputer.
    Pociechę z Tomka mieli nie tylko rodzice. Wszyscy jego nauczyciele pojmowali w mig, że mają do czynienia z niezwykle uzdolnionym uczniem. Będąc w szkole podstawowej bez problemu radził sobie z zadaniami, nad którymi łamali sobie głowy licealiści. Kiedyś jego starszy brat zostawił na biurku zeszyt z nierozwiązanym zadaniem z fizyki. Tomek zainteresował się zadaniem i rozwiązał je. Rozwiązanie to zainteresowało nauczyciela fizyki, który podejrzewał ojca o pomoc. Szczerze się zdumiał, gdy usłyszał, że autorem rozwiązania jest młodzian, który na dobrą sprawę nie powinien jeszcze czytać licealnych podręczników.

    Talent wsparty pracą

    Dzisiejszy mistrz świata wybrał stalowowolskie Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej. Tam już czekał na niego Waldemar Rożek, znany nie tylko w Stalowej Woli wychowawca olimpijczyków.
    - Tomek to talent i praca - mówi stalowowolski matematyk. Sukces osiąga się wtedy, kiedy uda się połączyć te dwie cechy. U Tomka talent jest idealnie rozbudzany przez pracę. Nigdy nie wymagał on większego kształtowania. Wystarczyło tylko wiedzieć czego poszukuje i podpowiadać coraz ciekawsze problemy. Czasami odnosiłem wrażenie, że najlepiej mu nie przeszkadzać. Sam parł do przodu.
    Bez przeszkód pokonywał wszystkie szczeble olimpiad matematycznych i informatycznych. Zwoził medale z międzynarodowych konkursów młodych matematyków w Argentynie, Korei Południowej i na Tajwanie. W szkole miał indywidualny tok nauczania. Trzecią klasę robił w Anglii. Szansę na doszlifowanie angielskiego dała mu Fundacja Batorego. Niecały rok... i już Anglicy zaczęli być z niego dumni. Oczywiście za sprawą olimpiad. Tamtejsze władze oświatowe pozwoliły mu na start w olimpiadzie matematycznej, ale tylko na szczeblu podstawowym. Zakaz ten nie dotyczył olimpiady informatycznej. Tomek skorzystał z tej furtki i doszedł do finału. Wtedy dopiero zaczął się problem z interpretacją, jaki właściwie kraj reprezentuje na zawodach międzynarodowych.

    Polskie firmy nie chcą mistrza

    Gdy Czajka zaczął studiować, na jakiś czas Stalowa Wola fascynowała się innymi orlętami z kuźni Rożka. Dwa tygodnie temu miasto znów zaczęło być dumne z Tomka. Przyszła niezwykle podniecająca informacja z Ameryki. Po zwycięstwie ekipy prof. Madeya w Beverly Hills, przez łamy gazet przetoczył się lament nad polską biedą. Uniwersytet Warszawski nie znalazł wszak sponsora na wyjazd zdolnych programistów do USA. Powodem drugim prasowego żalu była deklaracja mistrzowskiej trójki, że chce wyjechać na Zachód, najlepiej do USA.
    - Ależ ja nigdy nie mówiłem, ani nawet nie myślałem o zerwaniu więzów z krajem - oburza się Tomasz Czajka. - Oczywiście nie zamierzam cały czas siedzieć w Polsce, bo ciągnie mnie do czegoś, czego tu nie ma. U nas nie ma firm informatycznych z ośrodkami badawczo - rozwojowymi, a na Zachodzie można w nich przebierać. Programy użytkowe nie są dla mnie. Pewnie więc wyjadę na studia doktoranckie za ocean, a potem się zobaczy.
    Pytam, czy po tryumfalnym powrocie z mistrzostw w Beverly Hills otrzymał jakąś propozycję pracy od polskiej firmy. - Nie, ale może właśnie dlatego, że nie interesują mnie programy, które one wdrażają - odpowiada. Po chwili dodaje, że od firm zachodnich dostał propozycji bez liku.
    Tomek układa przyszłość jak program. Zrobi doktorat, zdobędzie szlify w liczącej się firmie na Zachodzie i zwiedzi kawał świata, bo w tym ostatnio zasmakował. A dziś z czego żyje? - Na poprzednich wakacjach pracowałem w IBM i trochę odłożyłem. Teraz doszła premia za zwycięstwo w ICPC. Z pomocą rodziców do następnych zawodów powinno mi wystarczyć - mówi pierwszy mistrz świata ze Stalowej Woli.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo