Tańczmy, póki trwa ten bal

Ewa Wawro
Nie poddajemy się starości. Tańczymy, jeździmy na wycieczki - przekonują członkowie jasielskiego Klubu Seniora.
Nie poddajemy się starości. Tańczymy, jeździmy na wycieczki - przekonują członkowie jasielskiego Klubu Seniora. Marek Dybaś
Kiedy dokucza choroba, to tabletka i dalej do przodu! - mówią członkowie jasielskiego klubu seniora.

Mają po 60.,70., 80 lat. Niekiedy zmęczeni życiem, schorowani. Mówią, że na problemy najlepszy jest taniec i dobre towarzystwo. - A ja biję wszelkie rekordy seksualne - zapewnia 77-letni Ryszard.

Jest środa, wczesne popołudnie. Ze starej kamienicy obok parku miejskiego w Jaśle dobiega muzyka. Proste disco polo - jak to się mówi - pod nogę. W otwartym oknie na pierwszym piętrze migają sylwetki tańczących ludzi. Co to za impreza?

Wiek się nie liczy

Bogumiła Pawłowska z Jasła, zadbana blondynka, nie che zdradzić, ile ma lat. - Czuję się młodo - mówi z uśmiechem.

Do klubu zaczęła przychodzić dwa lata po śmieci męża. Towarzystwo pomagało jej odnaleźć radość.

- Ale rodzina męża tego nie akceptowała. Nie podobało im się, że zaczęłam się ubierać, dbać o wygląd, że stałam się weselsza. Bali się chyba, że kogoś poznam i odejdę. A mnie potrzebny był kontakt z ludźmi. I nie myślałam o związaniu się z innym mężczyzną. Najważniejsze były dla mnie dzieci, obowiązki. Ale teraz, jak spotkałabym odpowiadającego mi człowieka, to może zmieniłabym zdanie.

Od czegoś trzeba zacząć

Wspomina, że dużo ją to kosztowało, zanim przyszła na tańce pierwszy raz.

- Wstydziłam się. Ale zauważyłam znajomą, dosiadłam się i potem jakoś poszło. Po powrocie do domu, leżąc już w łóżku zamknęłam oczy i delektowałam się przeżytymi chwilami. I czekałam każdej środy. Zapowiedziałam dzieciom, że to mój dzień. Dzieci mówiły, że świruję, ale z czasem zrozumiały. Odbiłam się od dna, poczułam się zauważona i chcę się tym cieszyć.

Teraz żyje nie tylko środowymi wieczorkami. Śpiewa też w chórze Antonianum. Najbliższe palny - wyjazd do Iwonicza.

- A co! Mam tam koleżankę, to sobie gdzieś wyjdziemy. Uwielbiam tańczyć. Przecież to jest jedna z potrzeb ludzkich. Tak jak się idzie do kościoła, bo czuje się potrzebę, tak trzeba też iść sobie potańczyć. Co w tym złego?

Taniec to więcej niż rozmowa

- Jestem tu drugi raz w tym roku - przyznaje postawna brunetka. Nie chce się przedstawić. Boi się reakcji rodziny na artykuł w gazecie.

Idzie tańczyć. Partner mocno trzyma ją w objęciach. Wywijają aż miło.

- Wcześniej bywałam w krośnieńskim klubie. W takich klubach można się odprężyć, zapomnieć o smutkach, o rozpaczy, która jest w człowieku, co wiele w życiu przeżył. Tu mam swoich przyjaciół. A taniec to więcej niż rozmowa, można się lepiej poznać. A jaka gimnastyka!

Wszyscy są równi

W rolę gospodarza wcielił się Stefan Brudz. Na co dzień jest przewodniczącym Zarządu Rejonowego Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Jaśle. Ale - jak zapewnia - w klubie nie ma przewodniczącego. Wszyscy są równi.

Owszem, jest pani klubowa. Mimo że mogłaby być wnuczką niejednego klubowicza, to traktują ją ze swoistą atencją.

- Przygotowuje nam posiłki na zabawy, na wycieczki, imprezy. Jakieś tam parę groszy dostaje, ale niewiele, to z serca przychodzi - podkreśla pan Stefan.

Okazuje się więc, że klubowicze organizują również wycieczki. - Nawet daleko jeździmy. Byliśmy w Kalwarii Pacławskiej, Kalwarii Zebrzydowskiej, Łagiewnikach, Licheniu. Krajoznawcze wycieczki też robimy. I wspólne ogniska - wylicza Brudz.

Jest nas coraz mniej

Klub Seniora przy Polskim Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Jaśle istnieje już blisko 40 lat.

- Jeszcze cztery, pięć lat temu było nas w związku dwa tysiące osób. Teraz jest coraz mniej. Pewnie trochę ze względu na składki. Płacimy po 18 zł na rok, ale niektórzy i na to nie mają. Dobrze że na wieczorkach tanecznych kilkanaście osób to zawsze jest.

Mają swoją orkiestrę. Muzyków jest dwóch - harmonista i perkusista. Biorą tylko po 2 zł od każdego. I są z nimi zawsze. Na wycieczkach, w autobusie i na postojach. Przygrywają im nawet w restauracjach, podczas oczekiwania na posiłki. A klubowiczów nie trzeba zachęcać do tańca. Wystarcza im wolny kawałek sali czy taras. - Jak obiad wtedy smakuje!

Apetyt na miłość nie mija

Szczupły, zawadiacko uśmiechający się mężczyznę zabawia towarzystwo.

- Ryszard jestem, mam dwie kosy, uwielbiam się śmiać, bawić i kochać. Nie wie pani, co to kosy? - pyta ze śmiechem. - Mam 77 lat, ale czuję się jak dwudziestolatek. To nieprawda, że apetyt na seks maleje z wiekiem. Ja biję wszelkie rekordy seksualne - chwali się Ryszard.

Skąd u starszego pana tyle wigoru?

- Klub dodaje sił - tłumaczy. - Trzeba przyjść i samemu sprawdzić. Ja to mam w ogóle szerokie zainteresowania. Należę do czterech klubów: jeden brydżowy, w drugim gadamy o polityce, a w dwóch prowadzimy ciekawe rozmowy, dyskutujemy, tańczymy.

Z klubu do ołtarza

Przy jednym ze stolików siedzi parka. Niewiele tańczą, ale co raz to z kimś rozmawiają. To Anna i Eugeniusz Kamińscy.

- Od czterech lat jesteśmy małżeństwem - opowiada pani Anna. - To nasze drugie małżeństwa. Poznaliśmy się w klubie. Ja byłam samotna, on był samotny, źle nam było. Wie pani, dzieci się pożeniły, powyjeżdżały do Ameryki... Pobraliśmy się dwa lata po śmierci mojego pierwszego męża. Zresztą do klubu przychodziłam najpierw z nim. I to przez jakieś osiem lat.

- A ja chodzę dopiero od pięciu - wtrąca pan Eugeniusz. - Wcześniej - jak mówi żona - byłem odludkiem. Człowiek szukał jednak towarzystwa.

- Przychodzimy, choć nogi bolą. Nie z tańczenia, tylko stawy nam dokuczają. To z roboty, bo za dużo w życiu pracowaliśmy - dodaje kobieta.

Mówi, iż mają świadomość, że są starzy. - Ale nie poddajemy się starości. Jeździmy na wycieczki, na pielgrzymki, bawię wnuki, mamy działkę... Jak coś dokucza, to tabletka i dalej do przodu. Bo dziś ludzie są tak bardzo zadumani w starości. Ja w blokach mieszkam, to widzę takie ich psychiczne załamanie.
Kamińscy nie są jedynym "klubowym" małżeństwem. W ostatnich dziesięciu latach było ich aż sześć. A par, które są ze sobą latami, jest dużo więcej.

Trochę panów mało

Ewa Juszczyk narzeka, że na potańcówki przychodzi za mało panów. - Czasem nawet nie ma z kim zatańczyć.

Kiedy żył jej mąż, była w klubie stałym gościem. Teraz wpada sporadycznie. - Ale ciągnie człowieka - przyznaje. - Choć mam już prawnuczka, duchowo czuję się bardzo młoda. Nie mam czasu się nudzić, zawsze sobie coś znajdę do roboty. Po chałupach nie lubię chodzić, ale do klubu bardzo.

Dla Anny Pruchnik, emerytowanej nauczycielki, klub jest przedłużeniem zawodowego powołania. Sprawia wrażenie osoby, która przejmuje na siebie odpowiedzialność za innych. Chodzi od stolika do stolika, zagląda na zaplecze, poprawia obrus... - Trzeba wyjść z domu, pokochać ludzi, więcej się uśmiechać. I dać trochę więcej serca innym, a wtedy człowiekowi będzie dobrze w życiu. Proszę o tym napisać, pani redaktor.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie