To były takie kochane dzieciaki

Ewa Gorczyca
Chcę, żeby ten człowiek odpowiedział za śmierć moich dzieci - mówi Wiesław Jantosz. Na zdjęciu ze starszymi synami: Szymkiem i Sylwkiem.
Chcę, żeby ten człowiek odpowiedział za śmierć moich dzieci - mówi Wiesław Jantosz. Na zdjęciu ze starszymi synami: Szymkiem i Sylwkiem. Tomasz Jefimow
Krzyk i pisk opon mieszały się ze sobą. Na jezdni leżały cztery ciała...

Sylwek zrywał się przez cała noc. Wołał: - Dlaczego to nie ja poszedłem na ten spacer zamiast nich? Na drugi dzień bracia wyjęli album ze zdjęciami. Oglądali. - O, tu wszyscy jesteśmy na wycieczce... Bliźniaków już nie ma.

We wtorek po południu dzieci miały się bawić na podwórku, w piaskownicy. Ale piasek był jeszcze wilgotny po deszczu. - Pójdziemy na spacer - uznały Barbara i Agnieszka.

Mieszkają w Bliznem (pow. brozowski) po sąsiedzku, po dwóch stronach drogi.

- Przyjaźniły się - opowiada Alina Koszela, mama Barbary.

- Jak to matki maluchów - zawsze miały wspólne tematy. Bliźniaki Piotruś i Pawełek byli w tym samym wieku co Kinga, Dominik o rok młodszy. Często się razem bawili.

- Piotruś i Pawełek uwielbiali spacerować - wspomina Renata Jantosz, ciotka trzylatków.

- Nie przeszkadzały im nawet ciężkie ortopedyczne buciki, które musieli nosić po operacji. Tego dnia od rana męczyli Agnieszkę: Mamo, chodźmy na spacer.
Poszły asfaltowym chodnikiem wzdłuż drogi. Basia z przodu: z Dominikiem w wózku, córeczkę, jak zwykle, prowadziła od strony fosy. Agnieszka z tyłu, prowadziła bliźniaki. Uszły może ze dwieście metrów od domów...

Wariat, pozabija nas!

Tomasz Częczek wracał z pracy w Sanoku. Wysiadł na przystanku, szedł wzdłuż ulicy naprzeciwko Barbary i Agnieszki. Minął je, uszedł kilkanaście kroków...

- Wtedy usłyszałem pisk opon. Białe palio obracało się w poprzek jezdni, potem odbiło od wysokiego krawężnika - opowiada.

Pani Jolanta mieszka przy ulicy, była przed domem. - Auto tańczyło na drodze.
Tomasz Częczek: - Wyglądało na to, że zjedzie do rowu, ale pojechało chodnikiem, w pieszych.

Barbara Śnieżek zapamiętała, jak samochód na chodniku przed nimi poderwało w górę, rzucało na boki. - To były sekundy. Nie wiedziałyśmy, co robić, gdzie uciekać? Na jezdnię, do rowu?

Agnieszka krzyknęła jeszcze: - Wariat, pozabija nas!

Palio cudem ominęło matkę i wózek. - Uderzył w Kingusię - płacze Barbara. - Leciała długo w powietrzu, zanim upadła na jezdnię, daleko od nas.

Agnieszka z dziećmi była metr za koleżanką. Przyciągnęła synków do siebie, ścisnęła za ręce. Nie zdążyła uciec.

- Wpadł prosto w nich - mówi Tomasz Częczek.

Basia klęczała nad Kingą

Krzyk i pisk opon mieszały się ze sobą. Na jezdni leżały cztery ciała. Auta zatrzymywały się jedno po drugim na ruchliwej trasie. Ludzie biegli ze swoich domów, zobaczyć, co się stało.

Barbara zostawiła Dominika w wózku, biegła do córki. Kinga leżała bez ruchu.

- Byłam pewna, że nie żyje - Barbarze załamuje się głos. - Wzięłam ją na ręce. Niosłam, ułożyłam przy chodniku. Wtedy zwymiotowała.

Do Agnieszki dobiegli ludzie. Pamięta - sąsiedzi ze wsi, Roman Bieda i Piotr Wrona. Jeden jest nauczycielem WF-u, instruktorem pływania. On wiedział, jak ratować Kingę.

Józef Koszela był u znajomego. - Darek wpadł na podwórko z krzykiem. Wypadek, dzieci zabite!

Wybiegł na drogę: - Basia klęczała nad Kingą.

Alina Koszela biegła chodnikiem. - Zobaczyłam sąsiadkę, jak wiezie Dominiczka w wózku. Nasz wnusio cudem ocalał - przytula dwulatka.

Pielęgniarki z sąsiedztwa były już przy Agnieszce. I lekarka, którą zatrzymał korek na trasie. Zaraz potem nadjechało pogotowie. Zabrało Agnieszkę do szpitala w Brzozowie. Na drodze zostały dwa przykryte ciemną folią ciałka.

Nieprzytomna Kinga odleciała śmigłowcem do szpitala w Rzeszowie.

Ile się te maluszki nacierpiały

- Czuwaliśmy przy niej, dopóki lekarze pozwolili. Cały czas jest w śpiączce, walczy o życie - mówi Barbara Śnieżek. W czwartek z mężem wrócili do domu. Nie odchodzą od telefonu, w każdej chwili mogą zadzwonić ze szpitala.

Nieprzespaną noc ma za sobą Renata Jantosz, szwagierka Agnieszki. - Boże, co to były za kochane dzieciaki. Podobne jak krople wody, nawet ja ich nie odróżniałam, choć Piotruś to mój chrześniak. Zawsze skłonne do śmiechu, do zabawy.

Agnieszka od dwóch lat sama wychowywała czwórkę chłopców: najstarszego Sylwka, sześciolatka Szymka i najmłodsze trzyletnie bliźniaki.

- Piotruś i Paweł urodzili się z odwróconymi stopami - opowiada Renata Jantosz. - Ile się te maluszki nacierpiały, ile operacji przeszły, żeby mogły chodzić.

Jedz dużo czekolady

Wiesław Jantosz dwa lata temu pojechał do Irlandii. Zarobić: najpierw na leczenie dzieci, potem na własny kąt dla rodziny. Mieszkali skromnie, w wynajętym drewnianym domu. Zaczęli budowę. Agnieszka marzyła, że przed zimą choć jeden pokój wyszykują.

Renata Jantosz ociera łzy: - Co oni teraz biedni zrobią? Agnieszka po pas w gipsie, nogi, miednica, całe połamane. Lekarze mówią, że przez pół roku z łóżka nie wstanie.

Starszych chłopców Renata Jantosz zabrała na razie do siebie, potem pojadą do dziadków do Jasienicy Rosielnej.

- Brat przyleciał z Irlandii w czwartek w nocy, pojechał do szpitala i z pogrzebem załatwiać.

Po wypadku do chłopców przyszedł policyjny psycholog.

- Jak się stało to nieszczęście na drodze, to zaraz ktoś z sąsiadów pobiegł do domu, żeby ich tam zatrzymać, zagadać, żeby na drogę nie wyszli - opowiada Jantoszowa.

Potem była ta rozmowa. Pani psycholog powiedziała: Mama miała wypadek. 11-latek Sylwek zapytał: żyje? Dzięki Bogu! I zaraz: - A bracia?

Pani psycholog mówiła, żeby jadł teraz dużo czekolady. Sylwek zrywał się przez cała noc. Wołał - dlaczego to nie ja poszedłem na ten spacer zamiast nich? Na drugi dzień bracia wyjęli album ze zdjęciami. Oglądali. - O, tu wszyscy jesteśmy na wycieczce. Szymek na chwilę zamilkł. - Bliźniaków już nie ma...

Patrz, co zrobiłeś!

W Bliznem ludzie mówią od wtorku tylko o jednym: o sprawcy wypadku. Od razu rozniosło się, że to policjant z Rzeszowa. Że na liczniku musiał mieć grubo ponad sto kilometrów. - Jak to policjant, to pewnie mu ujdzie na sucho - prorokują.

Barbara Śnieżek pamięta, jak po wypadku wysiadł z auta. - Chłopak, który jechał z nim jako pasażer, chyba syn, krzyczał: O Boże, o Boże. A on milczał. Ludzie skoczyli do niego. Patrz, co zrobiłeś! Gdzie tak gnałeś? Powiedział tylko: ja nie jechałem szybko.

Wojciech Turoń widział wypadek ze swojego podwórka: - Pędził, zjechał na lewy pas, potem wpadł na chodnik. Uderzył w dzieci, kobieta wyleciała dwa metry nad dach auta, a on zatrzymał się dopiero ze sto metrów dalej. 20 lat mam prawo jazdy, ale czegoś takiego nigdy nie widziałem.

Nie pytał, czy pomóc

Barbara Śnieżek: - Ten człowiek nie pytał, czy pomóc. Odszedł do swojego samochodu. Obchodził go, oglądał czy nie jest uszkodzony. Nie mam do niego pretensji - dodaje cicho. - Każdy reaguje inaczej…

Żal czuje Halina Podgórska, siostra Agnieszki: - Nasza rodzina jest biedna. Rodzice chorują, tato jest po wylewie. Agnieszka przez pół roku będzie przykuta do łóżka. Potem rehabilitacja. Nikt z policji się nie zainteresował, nie zaoferował jakiejkolwiek pomocy.

Halina Podgórska z synami w sobotę przyjechała z Krakowa w odwiedziny. - Niespodziewanie, jakby coś mnie tknęło. Robiliśmy bliźniakom zdjęcia: jak śpiewają, jak recytują wierszyk, jak mówią paciorek...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie