W krainie żubra, rysia, wilka czy niedźwiedzia?

Andrzej Plęs
Wyjątkowa wielokulturowość i urokliwa przyroda, niepowtarzalni twórcy. Tylko jak to spiąć w całość i stworzyć rozpoznawalną markę? Na zdjęciu dzieło bieszczadzkiego artysty Zdzisława Pękalskiego.
Wyjątkowa wielokulturowość i urokliwa przyroda, niepowtarzalni twórcy. Tylko jak to spiąć w całość i stworzyć rozpoznawalną markę? Na zdjęciu dzieło bieszczadzkiego artysty Zdzisława Pękalskiego. Wojciech Zatwarnicki
Bieszczadzka turystyka nie może zdecydować się nawet na jedną maskotkę regionu. I nie może zdecydować się, jaką turystykę promować. Ani jak.

Drożyzna czy niska jakość usług, na które narzekają już nie tylko turyści? A może informacja o fekaliach w Zalewie Solińskim wymiata amatorów dzikiej przyrody?

Animatorzy ruchu turystycznego w Bieszczadach wolą myśleć, że to kryzys odchudził portfele wczasowiczów i biwakowiczów i dlatego Bieszczady od kilku lat pustoszeją. Że ci z plikami banknotów, jeśli chcą dziczy i "ekstremy", ruszają do coraz modniejszej Gruzji i na Syberię.

Najbardziej złośliwi podpowiadają, że od harcerskiej Bieszczadzkiej Akcji Letniej w tym skrawku turystycznej Polski przybyło tylko kilka łódek na zalewie i kilkanaście straganów z pamiątkami w Solinie i Polańczyku. I to prawie wszystko, co Bieszczady mają masowemu turyście do zaoferowania. Poza urokami niepowtarzalnej przyrody.

Każdy sobie…

Lokalne samorządy nie potrafią stworzyć wspólnej i spójnej oferty turystycznej, wręcz rywalizują o topniejące rzesze wczasowiczów. Każda gmina ma swój plan atrakcji na sezon turystyczny, terminy imprez pokrywają się, więc turysta, jeśli wybierze Lutowiska, to nie będzie go w Cisnej, Solinie i Polańczyku, które w tym samym czasie również kuszą swoją ofertą.

Lokalne organizacje pozarządowe i społeczne prześcigają się w pomysłach na aktywizację turystyczną swojego skrawka Bieszczadów, więc pomysłów jest moc. Tylko wciąż brakuje koordynacji.

Przed czterema laty w Ustrzykach Dolnych zorganizowano spotkanie samorządów - dziesięć gmin miało powołać jedną silną organizacją dla rozwoju turystyki. Przyjechały Ustrzyki, Olszanica, Czarna, Lutowiska i Solina. Zabrakło Leska, Baligrodu, Cisnej, Zagórza i Komańczy.

Okazało się, że przedstawiciele nieobecnych dwa dni wcześniej spotkali się w Lesku i zawiązali sobie "Nasze Bieszczady". W odpowiedzi "grupa ustrzycka" zawiązała "Zielone Bieszczady". W ten sposób Bieszczady pękły na pół. Nie po raz pierwszy potwierdziło się, że o prymat stolicy Bieszczadów Ustrzyki Dolne rywalizują z Leskiem, każdy z tych ośrodków gromadzi własną grupę lokalnych samorządów, z własnymi programami, więc o synchronii oferty turystycznej i promocji w skali całych Bieszczadów nie ma co marzyć.

- Niewiele gmin ma własną strategię rozwoju turystyki, jeśli mają, to nie jest ona konsultowana z sąsiadami - zauważa Bogusław Pyzocha, prezes Fundacji Bieszczadzkiej. - A najdziwniejsze jest to, że nie ma jednego kalendarza imprez na cale Bieszczady.

Bo jak w Lutowiskach odbywają się coraz popularniejsze doroczne Targi Końskie, to inne gminy usilnie w tym czasie starają się wcisnąć własne imprezy.

Jedność w tradycji

Marek Sokół, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Lutowiskach, sukcesu marketingowego szuka w tradycji.

- Źródłem rozwoju może być organizacja imprez charakterystycznych dla naszego regionu - podpowiada. - Muszą nawiązywać do tradycji, historii, wielokulturowości tego miejsca. Ale odbudowa tej tradycji to proces żmudny i długotrwały.

Sokół już zaczął odbudowywać: zgromadził wokół siebie dzieciarnię, przekazuje im kulturę bojkowską, uczy bojkowskich pieśni, zamierzają odtwarzać bojkowskie stroje dla zespołu folklorystycznego.

Bogusław Pyzocha zauważa, że siłą marketingową tego miejsca jest właśnie jego wielokulturowość.

- Żyjemy w miejscu, w którym niegdyś przemieszało się siedem grup etnicznych, współistniało kilka religii - wylicza. - Chyba nie ma drugiego takiego miejsca w Polsce, może oprócz Podlasia. Wciąż jeszcze możemy tę spuściznę odtworzyć, najchętniej ze Słowacją, bo tam ciągłość wielokulturowości została zachowana, u nas przerwała ją historia.

A historia skasowała miejscowe, wieloetniczne wsie, wyburzyła cerkwie, zdewastowała cmentarze.

Jakub Doliwa z Gminnego Centrum Informacji w Lutowiskach zauważa, że także dlatego szukanie i odkrywanie tej wielokulturowości, ruin cmentarzy i cerkwi, to propozycja dla turysty aktywnego.

Inne, wyjątkowe, ale jakie?

"Polski Texas" latem, "Polska Alaska" zimą, siła Bieszczadów w dziewiczych przestrzeniach. Latem - przemierzanych konno (więc Texas), martwe do niedawna zimą Bieszczady, eksplodowały ostatnio marketingowo wyścigami psich zaprzęgów (więc Alaska).

Tutejsze trasy narciarskie może nie dorównują tatrzańskim, ale powoli zapełniają się amatorami białego szaleństwa, skoro zimą 2012/13 zanotowano tu na nartostradach rekordową frekwencję. Tam, gdzie trasy narciarskie, bo poza ośrodkami sportów zimowych - raczej martwo.

- Od czerwca do września, października, nie mamy powodów narzekać na zainteresowanie turystów - zauważa Jakub Doliwa. - Gorzej po tym sezonie, bo nawet w miejscach, które latem tętnią życiem turystycznym, jesienią i zimą trudno znaleźć żywą duszę.

Zimą zamiera życie w uzdrowiskach: w Polańczyku, Romanowie i Iwoniczu. Bo zimą nie ma tu co robić.

Lutowiska kuszą Parkiem Gwiezdnego Nieba, powołanym na wzór i wspólnie ze słowackim Parkiem Ciemnego Nieba "Połoniny". Bo Lutowiska - kuszą pomysłodawcy - to jedno z niewielu miejsc w Polsce, skąd widać jeszcze nieskażone sztucznym światłem cywilizacji gwieździste niebo.

Promocja - tylko czego?

Animatorzy ruchu turystycznego w Bieszczadach wciąż nie mogą zdecydować się, jakie Bieszczady promować. Tutejsze "multikulti" to za mało. Dzikość przyciąga, ale nie tych z grubymi portfelami, bo ci "dzikszą dzikość" mają na afrykańskim safari i w śniegach Syberii. W Bieszczady ściągają amatorzy dzikości ze znacznie chudszymi portfelami.

- Na ogół decydują się na nocleg i jeden posiłek dziennie - skarży się właściciel jednego z gospodarstw agroturystycznych w Cisnej.

Tacy, a w dodatku sezonowi, przemysłu turystycznego w Bieszczadach nie utrzymają.

Zresztą wielu wyjeżdża stąd pełnych zachwytu dla przyrody i z nutką rozczarowania jakością, a przede wszystkim cenami usług turystycznych.
Zalew Soliński opanowany jest przez "namiotową młodzież", Bieszczady poza zalewem to nie zawsze dobrze utrzymane szlaki, gdzieniegdzie oferta wczasów w siodle, rower do wypożyczenia i niewiele więcej.

Na masowego turystę Bieszczady nie są przygotowane, bo brak tu dostatecznie dużej bazy noclegowej. Na ekskluzywnego turystę też nie są przygotowane, bo nie ma hoteli pięciogwiazdkowych i wszystkiego, co one sobą oferują. Pozostaje promocja dzikości i wyjątkowości kulturowej tego miejsca.

To jeszcze przyciąga. Nawet - paradoksalnie - potencjalnie złe wieści, mogą być chwytem promocyjnym. Kiedy ogólnopolskie media z początkiem lutego obiegła wieść, że na Bukowym Berdzie utknęło w śnieżycy kilku członków młodzieżowego obozu survivalowego, niektórzy przypomnieli sobie o Bieszczadach, ich specyfice, dzikości.

- Rozmawiałem z właścicielem jednego z gospodarstw agroturystycznych - opowiada Marek Sokół. - Telefonowali do niego niegdysiejsi goście, których nie słyszał od 15 lat. Zapowiedzieli się, że przyjadą.

Dodaje, że zdecydowana większość bazy noclegowej w Bieszczadach to ośrodki rodzinne, w których praca opiera się nie na sile najemnej, ale na członkach rodziny.

- Brak im czasu i doświadczenia, żeby promować swoją propozycję turystyczną - zauważa Sokół. - Nie potrafią przebić się do świadomości potencjalnych turystów, tracą przez to na wpływach, a to ogranicza ich rozwój. A nie ma zwyczaju, by ośrodki agroturystyczne na tej samej przestrzeni skrzyknęły się w imię wspólnej promocji. Jest raczej rywalizacja.

Przykład idzie z góry. Przed laty z pompą powołano Lokalną Organizację Turystyczną "Bieszczady" w siedzibą w Sanoku. Umarła śmiercią naturalną, z bezczynności, bo lokalne samorządy, które miały ją tworzyć, raczej ją ignorowały. A raczej intonowały siebie wzajemnie, bo bieszczadzkie samorządy są wzajemnie skłócone. Przedstawiciele gmin i powiatów nawet nie pojawiali się na zebraniach LOT. Przed rokiem LOT postanowiono reaktywować. A może reanimować? Reanimacja się nie powiodła. Bieszczady wciąż czekają, aż ktoś wskaże im sens istnienia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie