Wacław Nycz. Perfekcjonista w lataniu i w życiu

Waldemar Mazgaj
– Robiłem to zdjęcie Wackowi Nyczowi na lotnisku w Jasionce pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy sam działałem w aeroklubie. Wydaje mi się takie ciepłe, oddające jego charakter - mówi Franciszek Kasowski, autor fotografii.
– Robiłem to zdjęcie Wackowi Nyczowi na lotnisku w Jasionce pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy sam działałem w aeroklubie. Wydaje mi się takie ciepłe, oddające jego charakter - mówi Franciszek Kasowski, autor fotografii. FRANCISZEK KASOWSKI
Wacław Nycz, znakomity pilot, wielokrotny mistrz świata i Europy w lataniu precyzyjnym, zginął tragicznie w wypadku. - Był zawsze elegancki i perfekcyjny - wspominają przyjaciele.

Wacław Nycz

Wacław Nycz

Urodził się 19 kwietnia 1954 roku w Łańcucie, zginął 17 kwietnia 2013 roku w Warszawie. Mistrz świata w lataniu precyzyjnym - indywidualnie trzy razy w 1985, 1987 i 1992 roku oraz siedmiokrotnie w drużynie.

Czterokrotny mistrz Europy, wielokrotny mistrz Polski. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Pięciokrotnie (w 1985, 1986, 1987, 1988 i 1992) zwyciężał w plebiscycie Nowin, 14 razy znalazł się w "10" najlepszych i jest liderem tzw. klasyfikacji wszechczasów. Wygrał też wśród asów 50-lecia plebiscytu Nowin.

Żona Anna pochodzi ze Stalowej Woli, jest pielęgniarką w LOT, córka Sylwia jest stewardessą, syn Michał pracuje w Brukseli.

Środa, 17 kwietnia, godziny przedpołudniowe, Warszawa, skrzyżowanie ulic Wirażowej i Narkiewicza, niecałe 2 km od lotniska "Okęcie". Volkswagen golf uderza w filar wiaduktu, samochód dachuje.

Za kierownicą siedzi Wacław Nycz, znakomity pilot Aeroklubu Rzeszowskiego, wielokrotny mistrz świata i Europy, a ostatnio pilo LOT-u. Na miejscu pojawiają się służby ratunkowe. Niestety, na uratowanie kierowcy nie ma szans.

***

Ser za zwycięstwo

Rzeszowscy piloci wygrywali też mniej prestiżowe zawody. Nycz, wspólnie z Janem Baranem, zwyciężył w tzw. rajdzie serowym organizowanym w Bawarii.

Nazwa rajdu nie była przypadkowa, nagrodą za zwycięstwo był bowiem... 100-kilogramowy ser.

- Był to emmentaler, miał średnicę prawie metr - wyjaśniał po latach Nycz. - Do Polski wracaliśmy samolotem, a że działo się to latem, ser pod wpływem temperatury odrobinę nam stopniał, skurczył się. Po przybyciu do kraju ważył już nie 100, lecz 95 kilogramów. Oddaliśmy go do Centrum Zdrowia Dziecka.
ck

Wychował się w Soninie koło Łańcuta. Jego ojciec był trenerem biegów narciarskich, ale nie zaraził syna pasją.

- Byłem zwykłym chłopakiem z Soniny, który w pewnym momencie zamarzył, że będzie pilotem - opowiadał Nycz w 2010 roku, gdy odbierał nagrodę dla Asa 50-lecia plebiscytu Nowin.

Podniebną przygodę zaczął w roku 1971, najpierw na szybowcach, później w samolotach.

- Spotkaliśmy się na studiach, na Politechnice Rzeszowskiej, mieszkaliśmy nawet w jednym pokoju w akademiku - wspomina Andrzej Marszałek, były znakomity pilot i nawigator, a obecnie dyrektor Aeroklubu Rzeszowskiego.

Na tym kierunku zgromadzili się najlepsi adepci z całej Polski, z różnych aeroklubów. Nauczycielem był nieżyjący już pułkownik Bronisław Janus, założyciel i pierwszy dyrektor Ośrodka Kształcenia Personelu Lotniczego.

- W 1976 roku startowaliśmy w pierwszych mistrzostwach Polski juniorów, zdobyliśmy wtedy brązowy medal, ale na następnych mistrzostwach już było złoto i tak zaczęła się wielka kariera Wacława. Od razu dostał powołanie do reprezentacji Polski, był w niej już do końca swojej kariery sportowej - opowiada Marszałek.

- To nietuzinkowy facet, mój pierwszy instruktor, wspaniały kolega - podkreśla Marek Kachaniak, świetny pilot i prezes Aeroklubu Rzeszowskiego. - Lataliśmy na wielu imprezach rangi mistrzowskiej, przyjaźniliśmy się, spaliśmy nawet w jednym pokoju.

- Był bardzo zasadniczy i perfekcyjny, ale jego latanie można określić jednym słowem: dostojne - charakteryzuje kolegę Marszałek.

Kachaniak: - Miał ksywę "Lolo" i bardzo do niego pasowała. Zawsze dokładnie ogolony, elegancko ubrany, taki pedancik. Był perfekcjonistą: wszystko musiało być dopieszczone w szczegółach, także strój i wygląd samolotu. Był elegancki i w lataniu i w życiu.

Marszałek: - Całe swoje sportowe życie związał z wilgą i na niej osiągał największe sukcesy. Robił nią takie rzeczy, jak oblatywacz Jerzy Wojnar. I kręcił beczkę, i pętlę, i różyczkę, lądował idealnie w punkt. Miał też epizod akrobacyjny, nawet z Krzyśkiem Wyskielem ściągnęli taki jednoosobowy samolot akrobacyjny. Tak go ujeżdżali, że prawie go zajechali.

- Spędziliśmy razem wiele wspaniałych chwil, latając razem w kraju i za granicą. To był złoty okres dla rzeszowskiego lotnictwa, mieliśmy w kadrze siedem załóg, samych świetnych pilotów. Wszyscy nam zazdrościli. A Wacek był liderem - opowiada Kachaniak.

W powietrzu Nycz spędził kilkanaście tysięcy godzin. Trzy razy był indywidualnym mistrzem świata w lataniu precyzyjnym.

- Najwyżej cenię tytuł z 1992 roku, bo wcześniej sugerowano, abym już dał sobie spokój. Udowodniłem jednak, że wciąż potrafię wygrywać - mówił nie tak dawno Nowinom.

Jakim był nauczycielem?

- Bardzo wymagającym, ale miałem to szczęście, że uczyli minie najlepsi - dodaje Kachaniak. - W 1980 roku, gdy zaczynałem naukę, Wacek jeszcze był młodym instruktorem, ale już doświadczonym pilotem. Dużo wymagał, miał olbrzymią wiedzę i potrafił ją przekazać. Byliśmy przyjaciółmi, choć w pewnym okresie życia rywalizowaliśmy, ale tylko sportowo. Było to dla niego miłe, że uczeń okazał się wymagającym rywalem.

- Jako instruktor zarażał młodych ludzi swoją pasją do latania. Był lubiany przez uczniów, patrzyli w niego jak we wzorzec doskonałości, bo takim był w rzeczy samej - opowiada Marszałek.

***

Karierę sportową Wacław Nycz zakończył w 1997 roku. Przeniósł się do Warszawy, gdzie był pilotem samolotów pasażerskich w Polskich Liniach Lotniczych LOT.

- Nieco inne latanie. Ciąży na mnie dużo większa odpowiedzialność, bo leci ze mną kilkadziesiąt osób - mówił w jednym z wywiadów.

- To był jeden z naszych ulubionych pilotów linii pasażerskich. Precyzyjny aż do bólu, ale zawsze uśmiechnięty, swobodny - chwalą Nycza kontrolerzy lotów na rzeszowskim lotnisku.

***

- O popularności Wacka niech świadczy to, ile razy zdobywał tytuł najlepszego sportowca w Nowinach - podkreśla Marszałek. - A przecież sporty samolotowe nie mają wielu kibiców. Zwycięstwa w plebiscytach świadczą, jak szanowanym był sportowcem, jak wiele zrobił dla sportu samolotowego w regionie i kraju.

- Znam go tylko z pozytywnej strony i czuję się, jakby zginął ktoś bardzo mi bliski - mówi Brygida Sakowska, była znakomita rzeszowska akrobatka. - Rywalizowaliśmy w wielu plebiscytach, ale to on był mistrzem, był najlepszy. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, naładowany pozytywną energią. Widać było, że kocha swoją rodzinę. Odczuwam ogromny smutek. Składam szczere kondolencje dla rodziny - mówi pani Brygida, która tak jak Nycz i siatkarz Krzysztof Ignaczak wygrywała plebiscyt Nowin pięciokrotnie. Cała trójka to w tej klasyfikacji rekordziści.

- To szok, on był ode mnie tylko sześć lat starszy. Miał większe osiągnięcia, tak naprawdę zdobył wszystko, co było do zdobycia. Kilka razy rozmawialiśmy, interesował się żużlem, ale żartowałem, że dopóki będzie latał, zawsze wygra plebiscyt - dodaje Janusz Stachyra, były żużlowiec Stali Rzeszów.

@Żegnaj Wacku. Czytam o Twojej śmierci i po prostu nie wierzę. Przed oczyma stają mi chwile, gdy wielokrotnie rozmawialiśmy o specyfice sportów samolotowych. Jak dzieliłeś się swymi wrażeniami z wielkich imprez europejskich i światowych, w których zresztą niejednokrotnie byłeś głównym bohaterem. I później, jak zajmowałeś się szkoleniem młodych pilotów i martwiłeś się, że nie zawsze starcza środków na ten cel. Zawsze wysoko ceniłeś sobie zwycięstwa w plebiscycie Nowin. Mówiłeś wówczas - piłkarzom, siatkarzom, czy koszykarzom łatwiej jest zdobyć sympatię kibiców, bo można ich zmagania oglądać. Nas pilotów natomiast mogą zobaczyć jedynie na starcie i po wylądowaniu. Dzisiaj wiem, że już nigdy do tych rozmów nie wrócimy, że nie przelecimy się nad Rzeszowem Twoją ukochaną wilgą. Żegnaj Przyjacielu! - napisał "roy" (czyli Roman Rybicki, wieloletni nasz dziennikarz) na forum Nowin.

***

- Nie wiem, czemu nasz aeroklub jest aż tak doświadczany. Czy to jakaś klątwa? Od wielu lat odchodzą od nas naprawdę najlepsi. Mam takie zdjęcie wspaniałych polskich pilotów: co drugi jest z Rzeszowa i co drugi nie żyje - gorzko konstatuje Kachaniak.

Zginęli: Jan Baran w 1984 roku w Irlandii, Krzysztof Wyskiel w trakcie mistrzostw świata w 1989 roku w Austrii, Witold Świadek w 1990 roku w Afryce, a w środę Nycz, który 19 kwietnia skończyłby 59 lat.

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone ze względu na ciszę wyborczą i zostanie włączone po jej zakończeniu.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie