Wasze wspomnienia. Maria Kaczyńska ściskała nas serdecznie

ddziopak
Rzeszów, 12 października 2005 roku. Maria Kaczyńska na oddziale dziecięcym w Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie.
W kontaktach ze zwykłymi ludźmi byli bardzo otwarci i bezpośredni. Pierwsza Dama lubiła pogadać z kucharkami, kelnerami... Do każdego odnosiła się osobiście. Tak Marię i Lecha Kaczyńskich zapamiętali nasi Czytelnicy, którzy mieli okazje ich spotkać. Oto ich wspomnienia.

We wrześniu 2007 r. Maria Kaczyńska przyleciała helikopterem do Ustrzyk Dolnych, by odwiedzić w szpitalu Czeczenkę Kamisę Dżamaldinow. Kobieta straciła w Bieszczadach troje dzieci przedzierając się przez zieloną granicę. Z rodzeństwa ocalał tylko najmłodszy chłopczyk.

- Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy pani prezydentowa weszła do sali chorych i serdecznie, jak matka, przytuliła panią Kamisę i jej synka - wspomina Marek Kęska, lekarz i wicedyrektor ustrzyckiego szpitala, który przyjmował Marię Kaczyńską. - Pocieszała ją także słowami, obiecała wsparcie, widać było w niej ogrom dobroci.

Mój mąż, to pies na lody

Po południu Maria Kaczyńska w towarzystwie wojewody Ewy Draus zjadła obiad w hotelu "Laworta". - Potem podaliśmy koktajl lodowy, pani prezydentowa stwierdziła, że nie przepada za tego typu zimnymi deserami, za to jej mąż "to prawdziwy pies na lody" - wspomina Zbigniew Lichwa, właściciel hotelu. - Ze wszystkimi chętnie rozmawiała. Zagadnęła panią w recepcji, kelnerów, ucięła sobie pogawędkę z kucharzem. Najbardziej ujęło mnie to, że w każdym momencie była naturalna i nie odgrywała kogoś ważnego.

- Rozmawiała z nami na stadionie, tuż przed odlotem do Warszawy - wspomina Tadeusz Podolak, emerytowany policjant. -Dziękowała nam za "opiekę", pytała, jak się nam żyje. Podobne słowa skierowała także do strażaków i pograniczników.

Dzieci kleiły się do niej

Rok później Pierwsza Dama przyleciała do Ustrzyk i do "Laworty" ponownie - tym razem w odwiedziny do gruzińskich dzieci, które leczyły psychiczne rany po konflikcie zbrojnym z Rosją.

Oto, co wówczas powiedziała: "Cieszę się, że tu, w Bieszczadach, możecie choć na chwilę oderwać się od tragedii, którą przeżyliście i od złych wspomnień. Mimo wszystko wierzę, że świat będzie lepszy i że będziecie żyć w pokoju".

Rozdała prezenty i zatańczyła w rytm narodowych gruzińskich tańców. - Mali Gruzini kleili się do niej, jak do najbliższej sercu osoby - pamięta Zbigniew Lichwa. -Emanowały z niej ciepło i delikatność, dzieciaki momentalnie to wyczuły.

- Miałam okazję rozmawiać z nią dość długo i o różnych rzeczach - dodaje córka pana Zbigniewa, Katarzyna. - Okazała się doskonałą rozmówczynią, wesołą, kontaktową. Zachwycała się Bieszczadami. Podkreślała, że chciałaby kiedyś przyjechać tu z mężem choćby na krótki wypoczynek…

To nie był ostatni kontakt pani Katarzyny z prezydencką parą. Po ukończeniu stosunków międzynarodowych na brytyjskiej uczelni przez sześć tygodni odbywała staż w Kancelarii Prezydenta. - Pan prezydent był dla podwładnych jak ojciec, troszczył się o ich życie prywatne, zawsze interesował się, czy nie trzeba w czymś pomóc - wspomina. - Również mnie dopytywał, jak podoba mi się w Warszawie, czy dobrze się czuję w Kancelarii.

Był gościem w naszym domu

15 października 2007 roku Monika i Maciej Marczakiewiczowie gościli prezydenta w swoim gospodarstwie w Nehrybce k. Przemyśla. Witali go wspólnie z dziećmi: Marceliną, Markiem i Bartoszem. Oprócz kwiatów, ofiarowali mu wiklinowy kosz pełen dorodnych, świeżo zebranych grzybów.
- Interesował się problemami rolników - wspomina pan Maciej. - Nie były mu obce sprawy prostych, zwyczajnych ludzi.

Prezydentowi smakował sernik upieczony przez panią Monikę. Zresztą osobiście dbała, aby ważny gość spróbował wszystkich przygotowanych łakoci.

Na koniec prezydent podarował gospodarzom grafikę przedstawiającą Pałac Prezydencki. - To dla nas najcenniejsza pamiątka - mówią Marczakiewiczowie.

Prezydencka "Lokomotywa"

Była niedziela, 1 czerwca 2008 r. W parku przy Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu prezydent przeczytał dzieciom "Lokomotywę" Juliana Tuwima. - Przed wejściem wszyscy zostaliśmy zrewidowani przez pracowników BOR-u - opowiada Małgorzata Kosiba, opiekunka szkolnego zespołu wokalno-tanecznego "Świetliki".

- Dziewczynki były zaskoczone i bardzo podekscytowane - dodaje Aneta Bobula, nauczycielka z SP 4. - Po raz pierwszy miały zobaczyć tak ważne osoby w państwie. Na miejscu okazało się, że to właśnie one zostały wytypowane do przyprowadzenia i powitania głowy państwa z małżonką. Kiedy prezydent recytował słynny wiersz, dzieci z radością wychwyciły drobny błąd popełniony przez pana Kaczyńskiego. Przez to okazał się dla nich zwykłym człowiekiem. Dzieci mogły zajadać się do woli lodami i ciastkami sponsorowanymi przez parę prezydencką. Dostały też drobne pamiątki.

Pierwsza Dama częstuje na grillu

Po spotkaniu w Żarnowcu prezydent pojechał do Jasła. Popołudnie spędził przy imieninowym grillu w domu i ogrodzie u Stanisława Zająca. - Nie miałam specjalnej ochoty, by iść na to spotkanie - przyznaje Danuta Sołtys, bratowa Alicji Zając, żony senatora. - Myślałam sobie, że to przecież najwyższa świta z Warszawy, że będzie oficjalnie i sztywno. Ale bardzo myliłamsię. Atmosfera była wspaniała.

Było kilkanaście osób. - Rozmawiamy o tym i o tamtym, a pani prezydentowa nagle wraca do spotkania z dziećmi w Żarnowcu - wspomina pani Danuta.
- Złapała męża za rękę i z czułością w głosie mówi: Lesiu, nie wiedziałam, że ty tak ładnie umiesz czytać.

- Przecież skończyłem jakieś szkoły - odpowiedział śmiejąc się prezydent.
- No wiesz, ale że tak ładnie, z taką intonacją, że ta lokomotywa tak buch, że te koła w tak w ruch… - ciągała prezydentowa.

Prezydent też był tego dnia bardzo bezpośredni. - Do teściowej Staszka zagadywał: "pani tak ładnie wygląda" - opowiada Danuta Sołtys. - Rozglądając się po domu i ogrodzie kiwał głową z uznaniem i mówił: my też mamy bardzo ładne mieszkanie, ale jednak swój dom to co innego. A pani Maria podziwiała róże i klematisy w ogrodzie i sama podawała do stołu potrawy, które Staszek ugrillował z panem prezydentem. Bierzcie, proszę, jedzcie - zachęcała wszystkich, wczuwając się w rolę gospodyni. I wypytywała, czyje to są wyroby wędliniarskie, bo takie smaczne. A na koniec wszystkich serdeczne wyściskała, jakbyśmy od lat byli przyjaciółmi.
[obrazek3] Spontaniczne spotkanie z harcerzami w namiocie w Przemyślu w 2008 r. (fot. Norbert Ziętal)Prezydent w naszym namiocie

17 czerwca 2008 r., przemyskie Wzgórze Zamkowe. Odbywa się tutaj zlot drużyn harcerskich i strzeleckich. Prezentują się na stoiskach i przy namiotach. Prezydent Kaczyński ze świtą spaceruje, zagaduje. W pewnym momencie robi się zamieszanie. Harcerze "porywają" prezydenta do swojego namiotu. BOR-owiki są bezsilni. Dopiero po chwili blokują wejścia do namiotu.
A w środku radosna atmosfera.

- Sami byliśmy zaskoczeni, że się udało. Ale równocześnie szczęśliwi. Marzyłem, aby dać prezydentowi do podpisania jedną z kronik Szarych Szeregów. I udało się - wspomina harcmistrz Roman Taworski.
[obrazek4] Paulina Gazda z Krosna: - Rozmawiałam z panią prezydentową zaledwie dwa tygodnie temu.Pogłaskała mnie po ramieniu

Paulina Gazda, uczennica Liceum Plastycznego w Krośnie, wolontariuszka krośnieńskiego hospicjum, zaledwie dwa tygodnie temu rozmawiała z panią prezydentową. Zapamiętała niezwykłe ciepło, jakie od niej biło. - Ona naprawdę interesowała się tym, co robimy, dla każdego miała kilka słów wsparcia - mówi 19-latka.

Wyjazd do Pałacu Prezydenckiego w Warszawie był nagrodą dla młodych krośnieńskich wolontariuszy za ich pracę na rzecz hospicjum. Spotkanie miało być krótkie, ale przeciągnęło się do godziny. Cała grupa została nawet zaproszona na poczęstunek do Ogrodu Zimowego.

- Spodziewałam się, że będzie bardzo oficjalne, a nawet drętwo. Nic podobnego. Już od wejścia pani prezydentowa ujęła nas serdecznym uśmiechem. Podeszła do każdego, z każdym się przywitała. Rozmawiając z nią nie czuło się dystansu, a przecież to była Pierwsza Dama. Mówiła prostymi słowami. Że docenia to, co robimy, że sama też stara się pomagać ludziom, bo to ważne, by dawać innym wsparcie. Każdego z nas pożegnała osobiście. Rozmawiałyśmy przez chwilę, a na koniec pogłaskała mnie po ramieniu, tak po matczynemu. Nie zapomnę ciepła tego gestu. Dodała, że postara się, by odwiedzić nas w Krośnie. Ciężko pogodzić się z tym, że takiej okazji już nie będzie...

Zebrali: Krzysztof Potaczała, Ewa Wawro, Norbert Ziętal, Dariusz Delmanowicz, Ewa Gorczyca

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

wszyscy nas ściskają już od 89r

Dodaj ogłoszenie