Wisła Kraków. Henryk Kasperczak: Propozycję z Wisły miałem już w 1966 roku

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Nie ma drugiej takiej osoby, która jednocześnie kojarzyłaby się z największymi sukcesami Stali Mielec i Wisły Kraków. Jako piłkarz Henryk Kasperczak dwa razy zdobywał mistrzostwo Polski w barwach Stali. Jako trener miał swój udział w trzech tytułach mistrzowskich „Białej Gwiazdy”, Pucharach Polski i pamiętnych meczach w europejskich pucharach. Dzisiaj, chwilę przed ligowym starciem Wisły ze Stalą, wspomina latach swojej kariery w obu klubach.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Jak to się stało, że blisko 19-letni Henryk Kasperczak dostał propozycję ze Stali Mielec? Na Górnym Śląsku, gdzie pan dorastał, nie było zainteresowania klubów pańską osobą?
- Może i było, ale propozycja ze Stali była bardzo dobra. Pomyślałem, że warto spróbować. Jak się okazało, był to dobry wybór.

- Musiał pan tam nieźle się zaprezentować, skoro już po roku gry w ówczesnej II lidze (dzisiejszej I lidze, przyp. red.), dostał pan ofertę z Wisły Kraków. Trenował pan nawet przy ul. Reymonta kilka miesięcy, ale ostatecznie nie przeniósł się pod Wawel, a wiąże się z tym nieco dramatyczna opowieść. Może pan ją przypomnieć?
- Było tak, że rzeczywiście dostałem propozycję przenosin do Wisły już w 1966 roku, a że podjąłem studia wieczorowe, budowę silników na Politechnice Krakowskiej, to oferta bardzo mi odpowiadała. Trenowałem z pierwszą drużyną, mieszkałem w takim baraczku, który był przystosowany do roli hotelu, a który mieścił się przy bocznym boisku Wisły. Tam chyba teraz garaże są, jeśli nic się nie zmieniło. Super ekipa tam wtedy mieszkała, bo koszykarze Wiesiek Langiewicz, Bohdan Likszo, piłkarz Czesiu Studnicki. W tym okresie poznałem też Ludwiką Miettę-Mikołajewicza. Byliśmy młodzi, dużo się działo, było czasami naprawdę wesoło. Jeśli natomiast chodzi o drużynę, to w Krakowie była wtedy naprawdę mocna paka. Grali w Wiśle tacy piłkarze, jak: Henryk Stroniarz, Ryszard Budka, Władysław Kawula, Fryderyk Monica, Hubert Skupnik. Długo można by wymieniać. Powiedzieli mi w klubie, żebym trenował, żebym się nie martwił, a oni wszystkie formalności, związane z moimi przenosinami do Krakowa załatwią. No to trenowałem, chodziłem na uczelnię na zajęcia i czekałem, czekałem.

- Jak się okazało sprawa była poważniejsza, bo doszło do starcia wręcz resortowego…
- W Stali byli na mnie źli, że chcę przenieść się do Wisły. I żeby udowodnić mi, że tak łatwo nie dadzą mi odjeść, załatwili mi powołanie do wojska. To były takie czasy, że nikt tam się nie przejmował specjalnie faktem, że ja studiuję. Na początku to nawet nie wiedziałem, że to powołanie dostałem, ale z czasem okazało się, że szuka mnie WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna, dzisiejsza Żandarmeria Wojskowa, przyp. red.). Szukali, szukali i znaleźć nie mogli. A były przypadki, że potrafili przyjechać nawet na trening. Miałem szczęście, bo gdy do tego doszło, to mnie z jakiegoś powodu na nim nie było i żandarmi „zawinęli” Monicę, bo był ich zdaniem podobny do mnie. Sprawa przeciągnęła się do listopada i w końcu generałowie w Wiśle rozłożyli ręce, powiedzieli, że nie są w stanie nic zrobić i muszę stawić się w jednostce saperów w Dębicy. Sprawa nie była jednak prosta, bo przez to ukrywanie, zostałem uznany za dezertera i trafiłem do aresztu. Moją sprawą zajęła się również prokuratura wojskowa. Wozili mnie do Rzeszowa na przesłuchania. Nie było wesoło, bo groziło mi kilka, chyba nawet pięć lat odsiadki. Sprawa trafiła przed sąd wojskowy. W końcu wieźli mnie w kajdankach na kolejną rozprawę do Rzeszowa i jak to w życiu, miałem trochę szczęścia. W obstawie był m.in. taki młody porucznik, który mówi do mnie: - Panie Henryku, ja jestem kibicem Stali, pochodzę z Kolbuszowej. Sprawa jest naprawdę poważna, więc niech pan nie ryzykuje, tylko powie im wszystko, jak na spowiedzi, jak było, bo inaczej będzie źle.
Posłuchałem, opowiedziałem wszystko i chyba to najbardziej pomogło. Bo jak oni usłyszeli, kto mi obietnice tego transferu do Wisły składał, a mowa była o ludziach naprawdę wysoko postawionych, generałach, to chyba doszli do wniosku, że nie ma co tej sprawy za bardzo rozdmuchiwać, bo się jeszcze większe zamieszanie zrobi. Umorzyli i zamiast do więzienia trafiłem z powrotem do jednostki w Dębicy, gdzie już jako normalny żołnierz doczekałem do przysięgi. Ale działacze Stali i tak nie osiągnęli wtedy swego, bo upomniała się o mnie Legia. A czasy były takie, że jak żołnierza chciała Legia, to żołnierz wyjścia nie miał, tylko szedł do Legii.

- Te blisko dwa lata w Warszawie udane jednak dla pana nie były.
- Przez 1,5 roku nawet piłki tam nie kopnąłem, bo złamałem nogę raz, później drugi. Był nawet taki moment, że doktor Henryk Soroczko powiedział mi wprost, że w piłkę to ja już nie zagram. Złamanie było bardzo skomplikowane. Nie tylko kość piszczelowa była złamana, ale dodatkowo jeszcze staw skokowy całkowicie wykręcony. Więzadła były uszkodzone. Nie mogłem nawet chodzić, o bieganiu nawet mowy nie było. Później przez kilka lat przed wyjściem na boisko musiałem mocno obwiązywać ten staw skokowy, żeby dobrze się trzymał. Nie poddawałem się, przechodziłem żmudną rehabilitację i w końcu stanąłem na nogi. Zacząłem grać w rezerwach Legii i prezentowałem się na tyle dobrze, że przekonywali mnie nawet, żebym został w tym klubie. Miałem też w tamtym czasie ofertę z Gwardii, ale szczerze mówiąc po tych wszystkich przejściach miałem już serdecznie dość Warszawy. Wolałem wrócić do małego Mielca.

- Z czasem zrobiliście wielki sukces. Byliście ulubieńcami Mielca i całego regionu. To też były trochę inne czasy, bo żyliście praktycznie wśród kibiców. Pan np. z żoną w normalnym bloku.
- Tak, dostałem od Stali trzypokojowe mieszkanie, ale nie jakieś wielkie luksusy. W takich mieszkaniach żyli normalni ludzie, wielu z nich pracowało na co dzień w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Mieliśmy normalny kontakt z nimi. Czasy były, jakie były, czyli o takim prawdziwym, oficjalnym zawodowym graniu w piłkę mowy nie było, ale wszyscy mieliśmy bardzo dobre etaty w WSK. Zresztą, gdy pierwszy raz trafiłem do Stali, to wcale nie było tak, że grałem tylko w piłkę i pobierałem za to pensję. Chodziłem normalnie do pracy na godzinę 6, gdzie miałem etat technologa, bo byłem po technikum samochodowym. Normalnie wykonywałem swoje obowiązki przez cztery godziny, a dopiero później byłem zwalniany na treningi. Gdy wróciłem do Mielca po służbie wojskowej, to już chodzić do pracy nie musiałem. Mogłem się zająć już tylko futbolem. Stal była w tamtym okresie bogatym klubem. Pracowało tam ponad 20 tysięcy ludzi i zasada była taka, że każdy ze swojej pensji dawał jeden procent na sport. To powodowało, że niczego nam nie brakowało. Ludzie mieli też takie poczucie, że klub jest rzeczywiście ich, skoro na niego dawali swoje pieniądze. Szybko przyszły też sukcesy.

- Bywało też wesoło. Słynna jest choćby sprawa z wprowadzeniem konia na trzecie piętro w bloku…
- Zawsze jak wspominam mieleckie czasy, to każdy mnie się o tego konia pyta, a ja akurat w tym udziału nie brałem. Sprawę jednak znam. Było tak, że jeden kolega miał imieniny, drugi konia i poszedł zakład, że konia to na trzecie piętro w bloku nie da się wyprowadzić. Dało się, ale problem był w drugą stronę, bo koń po schodach wyszedł, ale zejść już nie bardzo potrafił. Z tego, co później opowiadali koledzy, trzeba było chyba drzwi ściągać, straż pożarną wzywać, ale koniec końców, to biedne zwierzę uwolnili.

- Na boisku też szło wam bardzo dobrze. Najpierw wywalczyliście historyczny awans do I ligi, jak nazywano wówczas ekstraklasę, a z czasem było jeszcze lepiej, bo dwukrotnie zdobywaliście mistrzostwo Polski.
- Organizacyjnie Stal wyglądała wtedy bardzo dobrze, więc trudno się dziwić, że przychodzili do nas coraz lepsi zawodnicy. Rośliśmy w siłę. Najpierw rzeczywiście był awans, a w pierwszym meczu graliśmy z Wisłą. Ludzi przyszło na stadion tyle, że nie mieścili się na trybunach. Siedzieli wokół boiska. Poszło nam bardzo dobrze, bo strzeliliśmy Wiśle pięć bramek, m.in. ja dwie i wygraliśmy 5:2. Przywitanie z I ligą mieliśmy zatem bardzo udane.

- Jak w ogóle wspomina pan rywalizację z Wisłą Kraków w tamtych latach?
- Bardzo dobrze. Z tego, co pamiętam, to Wisła długo z nami nie mogła wygrać po naszym awansie. I to bez względu na to, czy mecze były rozgrywane w Mielcu czy w Krakowie. Z chłopakami z Wisły lubiliśmy się jednak, bo to przecież były takie czasy, gdy wszyscy w tej lidzie świetnie się znali, bo grali w niej latami. Transfery były rzadkością, za granicę też bardzo trudno było wyjechać, więc jak przychodziło do meczów z jednym czy drugim klubem, oglądało się te same twarze. A najlepsi znali się jeszcze świetnie z reprezentacji, z którą w tamtych latach odnosiliśmy wielkie sukcesy.

- Mało kto dzisiaj pamięta, ale Stal, która mistrzostwo Polski zdobywała w 1973 i 1976 roku, swój pierwszy domowy mecz w europejskich pucharach, dokładnie w ówczesnym Pucharze Europy, rozegrała na stadionie Wisły.
- Tak, stadion w Mielcu był wtedy jeszcze rozbudowywany, nie spełniał wymogów, więc wynajęto ten w Krakowie. I tak jednak na trybunach były tłumy, ludzi przywieźli autokarami z Mielca. Ale Crvena Zvezda, z którą graliśmy była naprawdę mocna i nie daliśmy rady. Przegraliśmy najpierw w Belgradzie 1:2, a później w Krakowie 0:1.

- Przygotowania do tych potyczek były utrudnione, bo musieliście przechodzić przed nimi kwarantannę. Wszystko przez wyjazd na mecze towarzyskie do Włoch, gdzie panowała wówczas epidemia cholery.
- To prawda. Jak wróciliśmy z Włoch, to najpierw zamknęli nas na kwarantannie w Warszawie, później przewieźli do takiego ośrodka pod Krosnem. Izolacja trwała kilka dni, ale trudno było w takich warunkach myśleć o normalnych treningach. Tak jak jednak powiedziałem wcześniej, przede wszystkim to Crvena Zvezda była bardzo mocna. Miała naprawdę świetnych piłkarzy i nie przegraliśmy z byle kim.

- Z tych występów w europejskich pucharach najbardziej wspomina pan rywalizację z Realem Madryt?
- Na pewno było to zetknięcie już z tym największym klubowym futbolem, ale też proszę pamiętać, kto u nas wtedy grał. Przecież to my, a nie Real mieliśmy np. w składzie króla strzelców mistrzostw świata, Grzesia Latę! O kompleksach z naszej strony mowy być nie mogło, znaliśmy swoją wartość. W takich meczach, jak te z Realem czy wcześniej z HSV rywalizowaliśmy jak równy z równym i jeśli przegrywaliśmy, to po zaciętej walce. Zresztą przeciwnicy też czuli przed nami respekt, wiedzieli doskonale z kim grają. Wspomnienia mam rzeczywiście z tamtych lat piękne. Ludzie przyjeżdżali z całego regionu na nasze mecze. Rzeczywiście można powiedzieć, że byliśmy ich ulubieńcami.

- Wspomniał pan o specyfice tamtych czasów, gdy m.in. trudno było wam wyjechać do klubów zagranicznych. Pan np. wyjechał dopiero w wieku 32 lat w 1978 roku do Francji. Do Polski wrócił z kolei w 2002 roku, żeby w roli trenera przejąć Wisłę Kraków i poprowadzić ją do wielkich sukcesów. Można powiedzieć, że właśnie Stal i Wisła to kluby, które zajmują wyjątkowe miejsce w pańskim sercu?
- Można. Tym bardziej, że to w Polsce rzeczywiście kluby, w których odnosiłem sukcesy. I takie, w których w naszym kraju mi poszło, bo już w Górniku z mojego rodzinnego miasta nie było tak dobrze.

- Tak, jak w Stali byliście ulubieńcami Mielca w latach 70-tych, tak na początku XXI wieku prowadzonej przez pana Wiśle kibicowano nie tylko w Krakowie. Pokazaliście, że polski zespół może jak równy z równym rywalizować również z zespołami ze znacznie mocniejszych lig.
- Bardzo dobrze wspominam ten okres mojego życia. Bardzo dobrze wspominam przede wszystkim tych chłopaków, z którymi miałem okazję współpracować z Wiśle. To, że szybko znaleźliśmy wspólny język, było podstawą tego, że zaczęliśmy odnosić sukcesy. Przychodząc do Wisły zastałem już w niej duże grono piłkarzy z naprawdę wysoką jakością. Przede wszystkim oni jednak mieli podobne podejście do futbolu, jak ja. Chcieli grać ofensywnie, widowiskowo, chcieli strzelać bramki, wygrywać mecze. Z czasem do tej drużyny dokładaliśmy nowych zawodników, wypracowywaliśmy swój styl, dopasowywaliśmy piłkarzy do gry na pozycjach, na których czuli się najlepiej. I to wypaliło.

- To był również zespół, w którym zawodnicy dobrze dogadywali się na nie tylko na boisku, tworzyli zgraną grupę również poza nim. Pomogło panu to w pracy?
- Oczywiście. To byli młodzi ludzie, którzy z jednej strony byli chętni do pracy, ale potrafili też pobawić się w wolnych chwilach. Trener musi czasami odpuścić, zrozumieć potrzeby zawodników. To przede wszystkim jednak byli inteligentni ludzie, którzy wiedzieli, kiedy trzeba pracować, a kiedy jest czas na zabawę. Ja miałem generalnie szczęście do takich piłkarzy w czasie swojej kariery, nie tylko w Polsce zresztą. Proszę zwrócić uwagę na to, jak potoczyło się życie tych chłopaków już po zakończeniu kariery piłkarskiej. Większość jest albo trenerami, albo możemy ich oglądać w telewizji w charakterze ekspertów. To są fajni, mądrzy chłopcy, którzy radzili sobie na boisku, radzą sobie poza nim. Mają głowę na karku.

- Śledzi pan to, co dzieje się dzisiaj w polskiej ekstraklasie?
- Oczywiście, mam w swoim domu we Francji taki system, że mogę oglądać mecze praktycznie z całego świata. Jestem zatem na bieżąco również jeśli chodzi o polską ligę. I niestety, dla mnie trochę smutno to wygląda, bo brakuje mi - jakby to nie zabrzmiało - polskości w polskich klubach.

- Ma pan na myśli liczbę obcokrajowców, jacy grają w ekstraklasie?
- Dokładnie… Zresztą patrzę na to szerzej i uważam, że wiele rzeczy jest postawionych u nas na głowie. Niby mamy np. unormowane sprawy związane z zawodem trenera, a jednak nie do końca, jeśli porównać to do przepisów i standardów obowiązujących na świecie. Trenerów u nas po prostu się nie szanuje. Kluby niby są w pełni zawodowe, ale jednak też tak nie do końca, skoro większość z nich padłaby w kilka miesięcy, gdyby nie miliony płynące z budżetów miast. Dużo mówi się też ostatnio o szkoleniu i niby nawet kluby starają się w to inwestować, ale niestety nie po to, żeby ci młodzi chłopcy harmonijnie rozwijali się w naszej lidze, ale żeby jak najszybciej ich sprzedać. Moim zdaniem nie tak to powinno wyglądać. Taki zawodnik powinien pograć kilka lat w lidze, okrzepnąć i jak jest rzeczywiście dobry, to dopiero wtedy podbijać świat. Efekt jest jednak taki, że zamiast fajnych, polskich zawodników, coraz więcej jest marnej jakości obcokrajowców. Mam nadzieję, że to jednak pójdzie w dobrą stronę, bo w niektórych klubach zmienia się myślenie na trochę inne, lepsze. Nie podoba mi się też przepis o obowiązkowym wystawianiu młodzieżowca, bo to jest sztuczne. Są dużo mocniejsze ligi, w których też grają nastolatki, ale nie dlatego, że jest taki przepis, a dlatego, że są po prostu dobrzy, że wywalczyli sobie swoje miejsce na treningach. Tak to wygląda w poważnym futbolu.

- A jak podoba się panu to, jak wygląda obecna Wisła pod kierunkiem trenera Petera Hyballi?
- Jestem sercem z tym klubem, ale jeśli mam powiedzieć szczerze, to średnio mi się podoba to, co Wisła obecnie prezentuje. Peter Hyballa ma swój pomysł na grę, ale co on ma zrobić, jak brakuje jakości, polotu. Jest walka, zaangażowanie, ale jeśli popatrzeć na poziom gry, to jest już go zdecydowanie mniej. Często rządzi przypadek. Dla Wisły jednak najważniejsze jest moim zdaniem co innego. Dobrze, że rządzą w niej dzisiaj ludzie, którzy czują futbol, przede wszystkim Kuba Błaszczykowski. Widać jednak wyraźnie, że długa droga przed nimi. Dobrze, że chcą rozwijać szkolenie, przebudowują Akademię, ale w tym wszystkim potrzeba będzie mnóstwo cierpliwości, nawet lat, żeby doczekać się na efekty. Trzymam jednak za nich kciuki, żeby nie schodzili z tej drogi.

- Stal po wielu latach wróciła do ekstraklasy, ale wszystko wskazuje na to, że do końca będzie walczyła o utrzymanie w niej.
- Byłem w Mielcu ostatni raz na 80-lecie klubu. Wiem, że dużo pracy tam wykonano, żeby odbudować markę Stali, ale dzisiaj rzeczywistość nie jest łatwa. Żyją tak naprawdę z dnia na dzień i muszą zrobić wszystko, żeby ekstraklasę utrzymać, bo to wiąże się z pieniędzmi z telewizji. Tak jednak jak za Wisłę, trzymam też bardzo mocno kciuki za Stal.

- W niedzielę będzie pan oglądał starcie Wisły ze Stalą?
- Tak, na pewno będę. Wrócą wspomnienia, bo oba klubu dały mi bardzo dużo w moim sportowym życiu. Tak, jak już powiedziałem, mam zarówno Stal, jak i Wisłę w sercu. Przeżyłem w Mielcu i Krakowie tyle pięknych chwil, że nie może być inaczej.

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Henryk Kasperczak: Propozycję z Wisły miałem już w 1966 roku - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie