MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zabójstwo, które wstrząsnęło Rzeszowem. W 1933 roku doszło tu do głośnego napadu na proboszcza

Arkadiusz Bednarczyk
Przybyszówka, kiedyś wieś, dzisiaj raczej spokojna dzielnica Rzeszowa. Dominuje tu zabudowa jednorodzinna, nie brakuje zieleni. 7 czerwca 1933 roku doszło tu do głośnego napadu na proboszcza.

Kiedy w 1933 roku policja rzeszowska przypadkowo wpadła na trop skradzionych monet austriackich i rosyjskich w mieszkaniu jednego z rzeszowskich złodziei, okazało się, że pochodzą z plebanii w Przybyszówce, gdzie niejaki Władysław Maczuga z kolegami (Warzybok, Janusz i Kapusta) śmiertelnie postrzelili księdza Józefa Chmurowicza, proboszcza tutejszej parafii. Postać czerstwego 72-letniego staruszka przemierzającego ulice budziła sympatię mieszkańców.

Najpierw tort, później brudna robota

Mówiono w mieście, że ksiądz Chmurowicz „ma zielone”, gdyż rodzina przesyła mu je w sporych ilościach z Ameryki. Ktoś widocznie opowiedział o tym bandytom. Mówiło się o 30-40 tysiącach. Informacje te uwiarygodniła chyba budowa domku przy plebanii. Feralnego dnia proboszcz wyjechał do miasta celem załatwienia jeszcze jakichś formalności. Kiedy przybył z powrotem na plac budowy w godzinach południowych, rozmawiał z kierownikiem budowy, niejakim inżynierem Pellerem. Zwrócił się do niego z prośbą, aby na dzień następny przygotował mu potrzebne dokumenty, gdyż chciałby zapłacić za wykonaną pracę.

Mówił inżynierowi, że ma na ten cel odłożone pieniądze, tylko zamieni je w mieście na dolary. W końcu podjęli decyzję. Do napadu na plebanię w Przybyszówce doszło 7 czerwca 1933 roku. Wieczorem odwiedził księdza sąsiad, rządca jednego z majątków Christiani, i razem z wikarym mężczyźni rozegrali partię karcianą. Ksiądz Józef Chmurowicz wreszcie zakończył wieczorną kolację i szykował się właśnie na nocny spoczynek... Kiedy zgasło światło w jednym z okien przykościelnej plebanii, dla czatujących bandytów był to znak, że mogą rozpocząć swój plan. Trzech zamaskowanych bandytów wtargnęło na plebanię między 2 a 3 w nocy, wycięli w szybie okna otwór, przez który wyłamali rygle, i najpierw otwierając okno... zjedli tort stojący na parapecie. Następnie zbudzili księdza i zażądali wydania pieniędzy.

Ksiądz Chmurowicz odparł, że pieniądze są własnością parafii i pochodzą ze składek wiernych. Odmówił zatem ich wydania. Sięgnął do biurka, skąd wyjął pistolet i wystrzelił w stronę bandytów. Wtedy bandyci oddali do niego kilka strzałów, raniąc go śmiertelnie w brzuch i z łupem oddalili się z miejsca zbrodni. Skradli pieniądze, w tym dolary, złoty zegarek oraz złotą szczękę. Inna wersja mówiła, że kiedy ksiądz zerwał maskę z twarzy Janusza, Władysław Maczuga strzelił do niego z pistoletu. Strzały usłyszał wikary Ziobro, ale nie wzbudziły one u niego początkowo żadnych podejrzeń, gdyż opodal parafii znajdował się poligon ćwiczebny dla wojska i nocą odbywały się tutaj częste ćwiczenia wojskowe. Wikary jednak po chwili usłyszał jęki proboszcza i kiedy przybył do jego kancelarii, zastał go poranionego. Ksiądz łkał: „wszystko zabrali; chociażby mi życie zostawili”... Ciszę nocną przerwał stukot kopyt koni wiozących bryczką doktora Romana Hinzego, dyrektora Szpitala Powszechnego w Rzeszowie, który na miejsce przybył z policją.

Po wstępnych oględzinach zapadła decyzja - natychmiast do szpitala! Niestety wkrótce ksiądz rozstał się z życiem... Policyjny pies podjął wprawdzie trop, ponieważ dopadł do wyłamanej w płocie dziury, gdzie znaleziono kasetkę opróżnioną z kosztowności. Na drugi dzień wiadomość o napadzie na księdza Chmurowicza lotem błyskawicy rozniosła się po całym Rzeszowie. Rodzina zmarłego kapłana wyznaczyła nagrodę za wskazanie sprawców w sporej jak na ówczesne czasy wysokości. Kierownictwo śledztwa objął nadzorem prokurator okręgowy doktor Midowicz. Oględziny i sekcja zwłok wykazały, że nad kapłanem znęcano się wielokrotnie, nawet już po oddaniu strzałów, strzelając do leżącego na ziemi staruszka.

Pogrzeb kapłana, który potrafił bohatersko stawić czoła chciwym bandytom, zgromadził tłumy wiernych nie tylko z Przybyszówki, ale i Rzeszowa. Wstrząsający był widok, kiedy otwarto drzwi przyszpitalnej kaplicy, mieszkańcy Przybyszówki rzucili się całować katafalk, na którym znajdowała się trumna księdza. Pogrzeb zebrał wszystkich rzeszowskich kapłanów, a odprawił go ksiądz proboszcz z rzeszowskiej fary - Tokarski.

Wkrótce udało się zatrzymać jednego ze sprawców - Władysława Maczugę; zdradził go charakterystyczny zegarek, który chciał sprzedać w jednym z rzeszowskich szynków.

Niebezpieczna znajomość... na śmierć i życie

W rzeszowskim więzieniu Władysław Maczuga poznał Antoniego Byka. Od tygodni układali wspólny plan ucieczki i w rzeczywistości do niej doszło. Było to 31 grudnia 1933 roku: udało im się uciec, podczas porannego spaceru, kiedy to pokonali Wisłok, a policja zgubiła trop. Wcześniej bandyci pokonali otaczający więzienie mur zakończony kolczastym drutem. Jeden ze strażników, pod którego pieczą pozostawali więźniowie, został natychmiast zwolniony, mimo że pozostał mu rok do emerytury. Choć takie były wówczas standardy postępowania w stosunku do pracowników więziennych, niestety nie pomogło to w schwytaniu sprawców.

Wiadomość o ucieczce zabójców proboszcza z Przybyszówki zelektryzowała mieszkańców Rzeszowa. Ludzie dowiadywali się o tym z plakatów, którymi poklejono miasto. Bali się spotkać oko w oko z bandytami. Jak pisały ówczesne gazety, dochodziło nawet do wypadków, kiedy zakopywali w ziemi drogocenne mienie. I istotnie, zaledwie kilkanaście dni po wyjściu rozpoczęli kolejną krwawą serię napadów. W Błażowej zamordowali trzyosobową rodzinę Herzbergów. Zamordowali też posterunkowego Feliksa Lewandowskiego podczas napadu na kasę kolejową w Trzcianie. Lewandowski, przodownik policji państwowej z posterunku w Trzcianie, zamierzał już wcześniej zaaresztować Byka i Maczugę, po tym jak na miejscowej stacji napadli na zawiadowcę. Kiedy Feliks Lewandowski natknął się na nich, oślepili go latarką i oddali doń kilka strzałów. Lewandowski zdążył jednak, choć niegroźnie, ranić Byka. Niestety dzielny policjant zmarł w rzeszowskim szpitalu, a jego pogrzeb 18 marca 1934 roku w Rzeszowie stał się prawdziwą manifestacją przeciwko bandytyzmowi. Przybyły władze policyjne ze Lwowa, a mszę świętą pogrzebową koncelebrowało kilkudziesięciu księży.

W lipcu 1933 roku Antoni Byk zginął w policyjnej zasadzce. Dwóch policjantów zaczaiło się w rodzinnej miejscowości Maczugi w Rozbożu... Kiedy funkcjonariusze leżeli nocą w zbożu, wkrótce zobaczyli dwóch idących mężczyzn. Byli to Maczuga i Byk. Antoniego Byka udało im się zastrzelić, z kolei Maczuga zbiegł. Istniały jednak wersje, że to Maczuga zastrzelił Byka, gdyż ten naraził mu się pomysłem wyjazdu do Ameryki. Miał on zostawić kumpla i zacząć wszystko od nowa. Maczuga zamordował Byka, a zwłoki zostawił pod snopem zboża, tak, że policjanci myśleli, że strzelają do żywego odpoczywającego człowieka. Maczuga uciekł i jesienią 1934 roku z niejakim Stanisławem Kołodziejem napadli na leśniczego ordynacji przeworskiej, Władysława Świszczaka.

Brawurowa ucieczka jak w filmie akcji

Władysław Maczuga został okrążony w jednym z zaprzyjaźnionych gospodarstw, gdzie ukrył się... pod psią budą. Został skazany na karę śmierci. W trakcie procesu ujawnił, jak Antoni Byk pochwalił się przed nim, że siekierą dokonał morderstwa jednej Żydówki. Była nią Goldbergowa z Trzciany. Wskazał też kompanowi miejsce pochówku ciała. Podczas zeznań Maczuga je ujawnił. I rzeczywiście policja przybywając na miejsce, znalazła okrutnie okaleczone, rozłożone zwłoki Żydówki. Poznano ją po uzębieniu...

Władysław Maczuga próbował uciec w 1934 roku w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia z więzienia. Więźniowie z celi pomogli mu rozkuć kajdany i przetrzymali strażnika. Władysław Maczuga przedostał się do gabinetu naczelnika więzienia, gdyż tylko tam nie było krat. W mieszkaniu znajdowała się tylko żona naczelnika, która próbowała wszcząć alarm. Maczuga zorientowawszy się w sytuacji, wybił szybę w mieszkaniu i wyskoczył na podwórze więzienne. Biegiem przez podwórze dotarł do więziennego muru, gdzie najprawdopodobniej ktoś pomógł mu wspiąć się na niego. Ogrodzenie liczyło bowiem 6 metrów wysokości. Ulicą Zamkową rozpoczął ucieczkę. Jak w dobrych filmach kryminalnych, strażnicy więzienni wybiegli z zamku i rozpoczęli pościg. Wołali i strzelali, aby bandyta zaprzestał ucieczki. Do pościgu włączyli się mieszkańcy Rzeszowa. Na ulicy Kraszewskiego jeden z więziennych strażników strzelił - Maczuga został trafiony w rękę. Próbował dostać się do jednej z piwnic przy kolejnej kamienicy, ale został trafiony przez drugiego strażnika. Ranny trafił do szpitala, gdzie zmarł 7 stycznia 1935 roku.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Komentarze piłkarzy po meczu Polska-Holandia

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nowiny24.pl Nowiny 24