Zastrzelił sąsiada, bratową i siebie

Krzysztof Potaczała
DARIUSZ DELMANOWICZ
Udostępnij:
Trzy osoby nie żyją, troje dzieci zostało półsierotami. To skutek strzelaniny w Czarnej i Polanie, do której doszło wczoraj rano.

Pierwsze strzały padły na parkingu i tarasie widokowym pod Polaną około 8 rano. 44-letni Edward S. umówił się tam z przyszłą ofiarą - 42-letnim Aleksandrem S.

Sprawca przyjechał na parking samochodem, podszedł do znajomego z tej samej wsi, wyciągnął broń i wypalił. Aleksander S. zginął na miejscu. Jego ciało zabójca przeciągnął kilkadziesiąt metrów dalej, po czym wsiadł do auta i odjechał.

Zabił w rodzinnym domu

Chwilę później zaparkował na podwórzu swojego rodzinnego domu w Czarnej. Tam postrzelił Katarzynę S., 29-letnią bratową. Mimo szybkiej pomocy lekarskiej, kobieta zmarła. Przed szaleńcem zdołał uciec z trzyletnią córką jego młodszy brat Grzegorz.

Wyskoczył z dzieckiem przez okno. Kilka minut później zabójca wyszedł na podwórze i strzelił sobie w głowę.

Aleksander S. to były policjant, osierocił dwoje dzieci wieku szkolnym. Wójt gminy Czarna Marcin Rogacki natychmiast zapewnił im pomoc psychologa.

- Jestem w szoku - mówi Rogacki. - Kiedy rano jechałem do pracy, po drodze mijałem Edwarda S. Zapewne miał już krew na rękach...

Zaplanowana zbrodnia

Edward S. był kawalerem. Niedawno wrócił z pracy we Włoszech. Razem z najbliższymi spędził święta wielkanocne, modlił się w kościele. Wciąż nie wiadomo, co skłoniło go do tak desperackich czynów.

Nie wiadomo też, skąd miał broń (przerobiony karabin myśliwski, bez kolby). W jego pokoju policja znalazła list pożegnalny, w którym wyjaśnia motywy swojego postępowania.

- Dla dobra śledztwa nie ujawniamy na razie treści listu - tłumaczy Paweł Międlar z zespołu prasowego KWP w Rzeszowie. - Bez wątpienia mężczyzna starannie przygotował się do zabójstwa Aleksandra S. i swojej bratowej.

Wieś w szoku

Tragedia wstrząsnęła mieszkańcami Czarnej.

- Boże, co ten Edek zrobił -załamuje ręce starsza kobieta. - Zawsze lubił wódkę, raptus był, jednak nigdy nikomu nic złego nie zrobił.

Tadeusz Kołodyński:

- Mieszkam w pobliżu miejsca tragedii, ale nie słyszałem strzałów. Widziałem tylko, jak Grzesiek (brat Edwarda S., który uciekł z córką przed desperatem) biegnie w kierunku przystanku PKS. To chyba stamtąd zadzwonił z komórki na policję i po pogotowie, bo po chwili nadleciał helikopter.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie