Zawsze będziemy bać się wody

Adam Dębiec
Jan Mazur dobrze pamięta dokąd sięgała woda w lipcu 1997 r. Do dziś z rodziną mieszka w kontenerze, bo jego dom wciąż nie jest wykończony.
Jan Mazur dobrze pamięta dokąd sięgała woda w lipcu 1997 r. Do dziś z rodziną mieszka w kontenerze, bo jego dom wciąż nie jest wykończony. Adam Dębiec
11 lipca 1997 r. powódź zabrała im wszystko. Niektórzy do dziś nie mogą wrócić do normalnego życia.

Na dziś synoptycy zapowiadają ulewy. Mieszkańcy Glin Małych znów pójdą na wały przeciwpowodziowe. Żeby sprawdzić czy woda się podnosi. Robią tak od 10 lat, od dnia kiedy ich wioskę zalała wielka woda.

W nocy z poniedziałku na wtorek strażacy mieli pełne ręce roboty. Ulewne deszcze podtopiły wiele piwnic i posesji w regionie. W dzielnicy Mielca Borek Niski pracowali nieprzerwanie od godz. 22 do 4 nad ranem. Wypompowywali wodę z piwnic, udrażniali studzienki. A mieszkańcy tylko patrzyli czy woda nie wedrze się do domów.

Ratowali, co się dało

Podczas powodzi w lipcu 1997 r. zginęło 55 osób. Dach nad głowa straciło 7 tys. ludzi. Wylały wtedy rzeki: Nysa Łużycka, Nysa Kłodzka, Odra, Widawa oraz górna Wisła. Straty oszacowano na ok. 12 miliardów zł.

Mieszkańcy Glin Małych dobrze znają ten strach. 10 lat temu przez 5 dni walczyli z żywiołem.

- Wieś często była podtapiana. Ludzie z całego województwa przyjeżdżali, żeby popatrzeć na wylewy. Ale wtedy nawet dzieci wiedziały, że coś jest nie tak. Woda zbliżała się do korony wału. Rodzice zawieźli nas do rodziny. Tam z całych sił modliliśmy się po nocach o tatę i babcię, którzy zostali w Glinach - mówi 20-letnia Paulina Mieszkowska.

Był piątek. 11 lipca 1997 r. Wisła przekroczyła stan alarmowy. - Byłam w ciąży. Mąż zawiózł mnie z dziećmi do rodziny w Borowej. Przez następne dni nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje. Odchodziłam od zmysłów. Dopiero czwartego dnia znajomy policjant powiedział mi, że widział męża. Że on żyje - opowiada Maria Mazur.

Jej mąż Jan pomagał sąsiadom ratować dobytek i zwierzęta. - U nas jeszcze przed falą wnieśli wszystko co się dało na piętro. A potem i tam wdarła się woda - wspomina pani Maria.

Wioska była ruiną

- Tego dnia słuchałem radia. O 12 powiedzieli, że stan wody w Karsach przekroczył 974 cm. Powiedziałem do żony: Boże, potopimy się. Poszedłem po łódkę za wał. Wszyscy się ze mnie śmiali. Ta łódka okazał się zbawieniem - opowiada Grzegorz Peret, kronikarz powodzi tysiąclecia.

Kiedy woda opadła ludzie przeżyli szok. - Wioska była ruiną. Nie mieli siły żyć, walczyć. Zarzekali się, że wyjadą stąd najdalej jak się da. Ale zaraz z pomocą przyszły prywatne osoby, firmy, ksiądz, Caritas, gmina. Sąsiedzi sobie pomagali. I ludzie zrozumieli, że to jest ich miejsce, że tu mają swój świat, przyjaciół - mówi Maria Mazur.

Mówią, że skoro przeżyli powódź tysiąclecia, już nic ich stąd nie wypędzi. Ale poziom wody sprawdzają podczas każdej ulewy...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie