Zawsze byłem Robertem walecznym

Anna Koniecka
Robert Korzeniowski
Robert Korzeniowski Krystyna Baranowska
Rozmowa z Robertem Korzeniowskim, trzykrotnym mistrzem świata w chodzie: - Narobił pan nadziei krajanom mówiąc, że myśli wracać w rodzinne strony. Faktycznie "Korzeń" wróci do korzeni?

- Myślę, że każdy, po młodocianym czy dłuższym podboju świata chce wracać, żeby spojrzeć w przeszłość. Ten mój powrót nie ma nic z sentymentalnego jedynie spotykania się ze szkolnymi kolegami czy z rodziną. Okazuje się, że to może być powrót twórczy - zamierzamy tu wspólnie podziałać. Przed dwoma laty powiedzieliśmy sobie z Mirosławem Karapytą, przyjacielem z podwórka, a dziś wicekuratorem oświaty, że postaramy się zrobić coś więcej niż tylko celebrację. I to się udaje. Jest już piękna hala w Lubaczowie, ma być pływalnia. Jest świetna młodzież, która chce uprawiać sport. I ludzie, którzy chcą w tym pomóc. Dlatego powiedziałbym, że to jest dopiero mój początek powrotu do korzeni.

- Burmistrzowie Lubaczowa i Jarosławia chcą już grunty pod dom panu znaleźć, a starosta jarosławski powiada, że ma parę poważnych projektów gospodarczych, więc jak by pan był zainteresowany, to...

- Bardzo to miłe. Jeśli ten grunt faktycznie będzie podatny do zapuszczenia korzeni, to na pewno nie powiem nie. Sympatycznie byłoby się jeszcze bardziej związać z regionem, ale nic na siłę. Mieszkam dziś w Krakowie, niemniej nie wyobrażam sobie, że karta podkarpacka to jest karta historyczna, dawno zapisana i pędzimy już tylko ku Europie.

- Jakie to uczucie, gdy widzi pan, chodząc po ścieżkach z dzieciństwa, że droga do podstawówki w Jarosławiu już nie pachnie ciastkami, bo fabrykę rozszarpała prywatyzacja. Nikt się też nie wspina na gruszę pod pana blokiem przy Reymonta.

- Naprawdę? To ginie duch w narodzie! Myśmy na tej gruszce przesiadywali non stop, albo na czereśniach u pana Górskiego, jeśli oczywiście pozwolił. Można było je zbierać, zarobić w ten sposób, a pan Górski płacił nam za to zbieranie czereśniami.

- Czyli to prawda, co mówią sąsiedzi, że Robuś to był aniołek i nikomu nawet nosa nie rozkwasił.

- Do aniołka, to mi... o ho ho... Ale rozbijaką nie byłem, zawsze chyba działałem na zasadzie autorytetu nie narzuconego pięścią. W każdej grupie rówieśniczej wszyscy się ze mną liczyli. Nie byłem ciapciakiem, ani takim, który siedział cichutko na lekcji. Przesadzano mnie z ławki do ławki za gadanie na lekcji, raz nawet odebrano mi odznakę wzorowego ucznia za zachowanie. Ale byłem aktywnym zuchem, harcerzem, a jak trzeba było robić akademie czy przedstawienia to tez zawsze pierwszy się pchałem.

- Powiedział pan "Nowinom", że będzie wspierał pracowników dawnego "Sanu", protestujących przeciwko likwidacji fabryki przez francuskiego właściciela. Jak?

- Uważam, że to nie jest tylko sprawa pracowników "Sanu" i ich pracodawcy. Nie można pozwolić, żeby z powodu decyzji podejmowanych w Paryżu, bez gruntownej analizy sytuacji, zamknąć wiodącą kiedyś fabrykę. Gdy byłem sponsorowany przez firmę "San", jeszcze w 2000 r. miała ona bilans dodatni. Dopiero gdy została przejęta przez Danona, zaczęły się problemy. Zmasowana akcja przeciwko działaniom Danona może doprowadzić do sukcesu. Tak się stało na Węgrzech i Słowacji. Wierzę w obronę dawnego "Sanu" i jeśli tylko będą podejmowane konkretne działania, w których mogę być przydatny, to chętnie służę swym autorytetem i pomocą.

- Burmistrz Jarosławia mówi o panu "intelektualista w butach do chodzenia". O czym myśli intelektualista Korzeniowski, gdy drepcze te swoje 50 kilometrów?

- Dziękuję burmistrzowi za takie określenie, chwalebne i motywujące do pracy intelektualnej nad sobą. (Śmiech) Powiem szczerze, że praca intelektualna w chodzie na dystansie 50 kilometrów polega na tym, żeby nie przegapić bidonów, które trzeba wziąć na drogę, bądź usłyszeć międzyczas pokonywanego okrążenia. Trzeba bardziej opierać się na intuicji, na zmysłach słuchu, zapachu, temperatury, niż na myśleniu. Owszem, decyzje trzeba podejmować odważne, ale im mniej refleksji, myślenia w trakcie zawodów, tym dla mnie lepiej. Można być intelektualistą przed, albo po, ale nie w trakcie.

- Myślał pan kiedykolwiek, że zrobi taką karierę?

- Absolutnie nie!

- Zwyciężył słynny upór Korzeniowskich? Na sportowca wcale się pan nie zapowiadał: chudzina, chorowitek najmniejszy w klasie.

- Kto powiedział, że byłem najmniejszy? Średni! Ale za to wielki duchem. Zawsze byłem Robertem walecznym, przewodniczącym, albo wiceprzewodniczącym klasy i to wybieranym demokratycznie... O karierze sportowej nie marzyłem. Chorowałem na reumatyzm i ktoś, kto znał mnie jako 12-latka, nawet pięciu groszy by nie postawił na moją karierę. Sportową, bo że życiowo coś osiągnę, przesłanki były. Radziłem sobie nienajgorzej (był prymusem - przyp. red.). Gdy zacząłem się interesować historią, bardzo chciałem być odkrywcą, odkryć jakąś piramidę, albo grobowiec, najchętniej w Meksyku. Dzisiaj Meksyk odkrywam na sportowo i uważam, że w jakimś sensie te moje marzenia się spełniły. Odkrywam, wyznaczam nowe kierunki, ale inaczej.

- Co pan lubi robić, gdy nikt pana nie widzi?

- Uwielbiam porządkować zdjęcia, pamiątki z podróży, przelewać na papier różne przemyślenia. Nikt mi wtedy nie może przeszkadzać, muszę być sam. W samotności lubię też czytać. Od kolorowej gazety po mądrą książkę historyczną. Wszystko zależy od nastroju.

- A kiedy mężczyzna płacze?

- Kiedy? Jak przechodzi linię mety np. w Paryżu, jak się dowiaduje, że zdobył złoty medal w Melbourne. Jak traci przyjaciela w wypadku samochodowym też płacze.

- W jaki sposób wycisza się pan po emocjach sportowych?

- Powiem szczerze, że dziś, miesiąc po mistrzostwach świata w Paryżu, jeszcze nie jestem wyciszony. Potrzebuję gdzieś wyjechać, być daleko, odciąć się od wszystkiego, pójść samemu do lasu, w góry.

- I to jest takie trudne? Tyle lasów dookoła Lubaczowa.

- Warto tymi terenami zainteresować chodziarzy ze świata. Szukamy miejsc do treningów, a tu są, takie piękne i nieskażone. Z tego może być przyszłość dla regionu. Właśnie w takich miejscach najlepiej się wyciszam. Pierwsza faza wyciszenia - to minimum tydzień. Spotykam się wtedy tylko z ludźmi, z którymi bardzo chcę się spotkać. Mimo że lubię ludzi, to jednak potrafią oni zamęczyć niemalże na śmierć.

- To jest ciężar popularności.

- Nie przypuszczałem, że aż taką cenę trzeba będzie zapłacić za medale. Nie mam czasu dla rodziny, jestem wciąż otoczony niemal tłumem ludzi, a mój dzień powinien liczyć 48 godzin. Tu jest sprzeczność pomiędzy higieną sportowca, a byciem gwiazdą. Jest mi się bardzo trudno z tym pogodzić, bo najchętniej byłbym sportowcem. Bycie gwiazdą to jest orka. A ja niczego nie chcę udawać, nigdy nie korzystałem z doradców ds wizerunku, niemniej to wszystko kradnie moje życie. Ale i tak nie zamieniłbym tego, co robię, na cokolwiek innego.

- W takim razie porozmawiajmy o kobietach. Dziewczyny latały za panem, ale jak twierdzi pański przyjaciel z klasy, bez wzajemności.

- Ja też biegałem za dziewczynami, które nie zwracały na mnie uwagi.

- Teraz pewnie żałują.

- Ja też żałuję. Mówiąc serio: najważniejsze kobiety w moim życiu, to żona, córka i mama. Mama jest oazą spokoju, osobą, która stabilizuje rodzinę. Tato jest bardziej impulsywny, ale nie żaden tyran, wręcz przeciwnie. Nie widzę go na moim miejscu, startującego w zawodach sportowych. Byłby przykładem zawodnika, którego zżera trema, bardzo ambicjonalnie podchodzi do każdego zadania. Ja też, ale mam, jak mama, umiejętność pozytywnego pokierowania stresem. Mam szczęście, że miałem młodych rodziców i że zawsze mieliśmy ze sobą świetny kontakt. To kim jestem, również im zawdzięczam.

- Co by pan powiedział dziś małym Robusiom, którzy marzą o karierze sportowej?

- Żeby się nie bali marzyć. Ale od marzeń jeszcze nie ma sukcesów, więc niech sobie już teraz wyznaczą pierwszy etap do zrealizowania. Bliski, który da się osiągnąć. A jak to zrobią, to niech wyznaczają od razu kolejny.

- Co jest tak naprawdę w życiu ważne?

- Myślę, że harmonia ducha, zgoda z samym sobą. Jeśli akceptuję siebie i to co robię, wtedy czuję się spełnionym i szczęśliwym człowiekiem.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3