Zbigniew Trześniowski: Czasem wystarczy mi trzy zdania, by powstała opowieść

Rozmawiał Michał Okrzeszowski
Fot. Michał Okrzeszowski
Rozmowa ze Zbigniewem Trześniowskim z Łańcuta, pisarzem, autorem zbiorów legend

Zbigniew Trześniowski (ur. 1938) - z wykształcenia ekonomista, emerytowany pracownik Urzędu Miasta Łańcuta. Zadebiutował w 1992 r. książką pt. "Didko spod kamiennego mostu". Jego kolejne publikacje to m.in. "W zakamarkach łańcuckiej okolicy", "Sport w Łańcucie", "Wokół tyczyńskiego wzgórza. 640 lat Tyczyna (1368-2008)", "Od Rzeszowa… Legendy i opowieści regionu rzeszowskiego", "Legendy ziemi lubaczowskiej", "Łańcut i okolice. Przewodnik", "W miasteczku Łańcucie. Wspomnienia", "Boże latarnie. Kapliczki i krzyże w Łańcucie i okolicy", "Legendy Ziemi Kolbuszowskiej", "Pogwarki i gadki Ziemi Rzeszowskiej". W 1999 r. otrzymał od ministra kultury i sztuki Złotą Odznakę "Za opiekę nad zabytkami". Autora wyróżniono także Nagrodą I Stopnia im. Franciszka Kotuli (2002).

- Od jak dawna spisuje pan legendy?

- Zawsze lubiłem ich słuchać i notować to, co usłyszałem, ale jeśli chodzi o spisywanie i wydawanie w formie książek, to zacząłem dopiero w latach 90.

- Jak do tego doszło?

- Od dawna zbierałem historie krzyży i kapliczek przydrożnych. Zapisywałem wszystko: i fakty historyczne, i wspomnienia ludzi związane z tymi miejscami, i legendy również. W Łańcucie byłem znany z tego, że mam takie hobby. Swego czasu ukazała się książka pt. "Legendy Regionu Łańcuckiego", autorstwa znanego malarza Franciszka Frączka (Słońcesława z Żołyni). Jej nakład szybko się rozszedł. Regionalny Ośrodek Studiów i Ochrony Środowiska Kulturowego w Rzeszowie, który działał przy wojewódzkim konserwatorze zabytków, planował wznowić wydanie tej książki. Jednak tam stwierdzono, że w książce pana Frączka jest niewiele legend opowiadających o samym mieście. Wtedy dyrektor ośrodka, pan Jerzy Tur zwrócił się do mnie, abym spisał legendy o Łańcucie. Planowali uzupełnić nimi książkę Franciszka Frączka, i wydać ją na nowo. Więc przejrzałem te moje zapiski o kapliczkach i wyłuskałem z nich elementy legendarne, takie jak np. opowieść o Czarnym Chrystusie. Przekazałem do ośrodka około 40 legend. Jednak przez ponad rok nic się nie działo w tej sprawie. Zapytałem pana Tura, co się stało. A on mi na to: "Wie pan, zabił nam pan klina." Stwierdził, że moich legend nie da się połączyć z legendami pana Frączka, który pisał w takim stylu, jak usłyszał, jak mu ludzie opowiadali. "Pan tworzy opowiadania. To inny styl, jedno do drugiego zupełnie nie pasuje." - tłumaczył dyrektor. Wtedy zapytałem, czy w takim razie zwrócą mi moją pracę. "Nie, wydamy pana legendy oddzielnie". I w ten sposób powstała książka pt. "Didko spod kamiennego mostu". Gdy się ukazała, pomyślałem: "Bracie, pisz coś dalej." Więc nadal szukałem, pisałem, i tak powstawały kolejne książki.

- Legendy najczęściej pamiętają ludzie najstarsi. Czerpie pan głównie z ich opowieści?

- Tak, ale czasem też sięgam do literatury. W niektórych miejscowościach szkoły organizowały akcje spisywania legend. Tu, w Łańcucie, w roku 1948 jedna z nauczycielek dała uczniom zadanie, by je zbierali. Te opowieści, które młodzież spisała ręcznie, są do dziś dostępne w bibliotece miejskiej. Z nich też korzystałem. Z tym że ja piszę trochę po swojemu. Tworzę opowiadanie, które dzieje się w jakimś miejscu i czasie, pojawiają się w nim jakieś fikcyjne postaci.

- Na przykład pijak Maciej Katana?

- Tę historię znam od ciotki. Opowiadała mi o pijaku, który pewnej nocy zabłądził i szedł korytem rzeczki Mikośki, bo gdzieś widział światełko, oraz swoją zmarłą żonę Marynę. Reszta tej opowieści to już moja fantazja. Czasem mi wystarczy dwa, trzy zdania, które usłyszę o jakimś miejscu, w którym coś się działo. Na tej podstawie już może powstać opowiadanie. Z tym, że na zakończenie zawsze podaję, skąd znam tę legendę, kto mi ją opowiedział, albo skąd odpisałem, bo czasem też odpisuję.

- Mam wrażenie, że dawniej legendy pełniły rolę "horrorów" .

- Kiedyś słyszałem rozmowę dwóch redaktorów. Jeden mówił: "Chłopie, jak nie napiszemy o jakimś zabójstwie czy wypadku, to gazeta nie idzie. A kiedy mamy sensację, to nakład szybko się rozchodzi". Legendy też były swego rodzaju sensacjami, które ludzie sobie opowiadali. Bo ich ciekawiło, że "tu straszy, a tam się duch pokazał". Jest jeszcze druga sprawa. Sam pamiętam czasy, kiedy nie było światła elektrycznego. W długie jesienne, czy zimowe wieczory siedziało się przy lampie naftowej albo świeczce. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie: co można było robić przy takim świetle? A opowiadać można było zawsze, nic temu nie przeszkadzało. Gdy jeszcze w pobliżu był ciepły piec, to siadało się przy nim…

- Zajmuje się pan nie tylko legendami Ziemi Łańcuckiej…

- Kiedy zbliżała się 640. rocznica założenia Tyczyna, burmistrz Kazimierz Szczepański zwrócił się do mnie, by i o Tyczynie coś napisać. Wtedy powstało "Wokół Tyczyńskiego wzgórza..." Rok później wydałem książkę pt. "Od Rzeszowa… Legendy i opowieści regionu rzeszowskiego", a w 2013 wydałem "Legendy Ziemi Lubaczowskiej", a w tym roku ukazały się "Legendy Ziemi Kolbuszowskiej" oraz "Pogwarki i gadki rzeszowskie", które są moją najnowszą książką.

- Pańska przedostatnia książka "W miasteczku Łańcucie. Wspomnienia" opowiada o latach młodości"…

- Chciałem po prostu zachować pamięć o dawnym Łańcucie, którego już właściwie nie ma, o osobach, które już odeszły. Opisuję Łańcut, jaki widziałem w czasach tuż po wojnie. Pamiętam dobrze ten ruch w mieście, te targi. Widziałem to codziennie, bo aby dostać się do szkoły, musiałem przejść przez całe miasteczko. Tam zawsze coś człowieka zainteresowało, bo ja jestem dość ciekawski. Wspominam też różnych wesołych ludzi, o których piszę żartobliwie, np. o doktorze Baranie, który potrafił opowiadać jak Zagłoba. Są anegdotki, są wspomnienia szkolne o kolegach i o profesorach, którzy nas uczyli. Sięgam też do czasów nieco starszych, przedwojennych. To są opowieści zasłyszane od rodziny i znajomych. Sam ich nie pamiętam, bo urodziłem się w roku 1938. Kiedyś wpadł mi w ręce wykaz pełnoletnich mieszkańców miasta, sporządzony właśnie w tym roku. Te nazwiska przepisałem i listę umieściłem w książce. Łańcut jest mały, więc myślę, że jako dziecko mogłem z tymi ludźmi mijać się na ulicy.

- Jeżeli już mowa o pańskim dzieciństwie... Pana ojciec był kierowcą oraz muzykiem w orkiestrze dętej Alfreda hr. Potockiego. Czy pamięta pan ostatniego ordynata?

- Nieraz widziałem go z daleka, gdy szedł na sumę do kościoła. Odprowadzała go orkiestra. Najbardziej utkwił mi w pamięci kucyk, który ciągnął wielki bęben. Jednak pewnego razu miałem bliższe spotkanie z ordynatem. Wtedy ojciec wziął mnie do zamku i kazał zaczekać, bo miał coś do załatwienia. Nagle patrzę, a tu idzie hrabia. "A co ty tu chłopczyku robisz?" - zapytał mnie. "A, na tatę czekam". "To jak to tak! Tata cię zostawił? Dlaczego cię nie wziął? Chodź ze mną!". Wziął mnie do taty i obiecał dać mi pieniądze na lody, ale nie pamiętam, czy dał. Ojciec do końca życia wspominał Potockiego. Zawsze go chwalił.

- W najnowszej książce znów nawiązał pan do swojej fascynacji przydrożnymi kapliczkami…

- Traktuję je jako pomniki ludzkich losów. Bo to są nie tylko symbole wiary. Zawsze był jakiś powód, dla którego ta kapliczka powstała: czyjaś prośba, albo wdzięczność. Właśnie to mnie szczególnie interesuje. Dodam, że w dawnych czasach kapliczki często służyły za drogowskazy. Na ich szczycie była umieszczona lampka oliwna albo świeczka, która w nocy wskazywała drogę. Dlatego książka nosi tytuł "Boże latarnie…".

- O czym będzie pana następna publikacja?

- Pisałem już o legendach łańcuckich, rzeszowskich, tyczyńskich i lubaczowskich. Tym razem przyszła kolej na legendy kolbuszowskie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie