NOWINY24

    Polecamy Twojej uwadze

    Rozwiń
    NOWINY24
    Zwiń

    Polecamy Twojej uwadze

    • Największe tragedie podkarpackich sportowców. Na torach ginęli żużlowcy, na drogach siatkarze i piłkarze
    • Podkarpacka wieś na starych zdjęciach z Narodowego Archiwum Cyfrowego
    • Za nami Plebiscyt „Piłkarskie Laury Podokręgu Rzeszów”

    Zbigniew Trześniowski: Czasem wystarczy mi trzy zdania, by...

    Zbigniew Trześniowski: Czasem wystarczy mi trzy zdania, by powstała opowieść

    Rozmawiał Michał Okrzeszowski

    Nowiny

    Nowiny

    Zbigniew Trześniowski: Czasem wystarczy mi trzy zdania, by powstała opowieść

    ©Fot. Michał Okrzeszowski

    Rozmowa ze Zbigniewem Trześniowskim z Łańcuta, pisarzem, autorem zbiorów legend
    Zbigniew Trześniowski: Czasem wystarczy mi trzy zdania, by powstała opowieść

    ©Fot. Michał Okrzeszowski

    Zbigniew Trześniowski (ur. 1938) - z wykształcenia ekonomista, emerytowany pracownik Urzędu Miasta Łańcuta. Zadebiutował w 1992 r. książką pt. "Didko spod kamiennego mostu". Jego kolejne publikacje to m.in. "W zakamarkach łańcuckiej okolicy", "Sport w Łańcucie", "Wokół tyczyńskiego wzgórza. 640 lat Tyczyna (1368-2008)", "Od Rzeszowa… Legendy i opowieści regionu rzeszowskiego", "Legendy ziemi lubaczowskiej", "Łańcut i okolice. Przewodnik", "W miasteczku Łańcucie. Wspomnienia", "Boże latarnie. Kapliczki i krzyże w Łańcucie i okolicy", "Legendy Ziemi Kolbuszowskiej", "Pogwarki i gadki Ziemi Rzeszowskiej". W 1999 r. otrzymał od ministra kultury i sztuki Złotą Odznakę "Za opiekę nad zabytkami". Autora wyróżniono także Nagrodą I Stopnia im. Franciszka Kotuli (2002).



    - Od jak dawna spisuje pan legendy?

    - Zawsze lubiłem ich słuchać i notować to, co usłyszałem, ale jeśli chodzi o spisywanie i wydawanie w formie książek, to zacząłem dopiero w latach 90.

    - Jak do tego doszło?

    - Od dawna zbierałem historie krzyży i kapliczek przydrożnych. Zapisywałem wszystko: i fakty historyczne, i wspomnienia ludzi związane z tymi miejscami, i legendy również. W Łańcucie byłem znany z tego, że mam takie hobby. Swego czasu ukazała się książka pt. "Legendy Regionu Łańcuckiego", autorstwa znanego malarza Franciszka Frączka (Słońcesława z Żołyni). Jej nakład szybko się rozszedł. Regionalny Ośrodek Studiów i Ochrony Środowiska Kulturowego w Rzeszowie, który działał przy wojewódzkim konserwatorze zabytków, planował wznowić wydanie tej książki. Jednak tam stwierdzono, że w książce pana Frączka jest niewiele legend opowiadających o samym mieście. Wtedy dyrektor ośrodka, pan Jerzy Tur zwrócił się do mnie, abym spisał legendy o Łańcucie. Planowali uzupełnić nimi książkę Franciszka Frączka, i wydać ją na nowo. Więc przejrzałem te moje zapiski o kapliczkach i wyłuskałem z nich elementy legendarne, takie jak np. opowieść o Czarnym Chrystusie. Przekazałem do ośrodka około 40 legend. Jednak przez ponad rok nic się nie działo w tej sprawie. Zapytałem pana Tura, co się stało. A on mi na to: "Wie pan, zabił nam pan klina." Stwierdził, że moich legend nie da się połączyć z legendami pana Frączka, który pisał w takim stylu, jak usłyszał, jak mu ludzie opowiadali. "Pan tworzy opowiadania. To inny styl, jedno do drugiego zupełnie nie pasuje." - tłumaczył dyrektor. Wtedy zapytałem, czy w takim razie zwrócą mi moją pracę. "Nie, wydamy pana legendy oddzielnie". I w ten sposób powstała książka pt. "Didko spod kamiennego mostu". Gdy się ukazała, pomyślałem: "Bracie, pisz coś dalej." Więc nadal szukałem, pisałem, i tak powstawały kolejne książki.

    - Legendy najczęściej pamiętają ludzie najstarsi. Czerpie pan głównie z ich opowieści?

    - Tak, ale czasem też sięgam do literatury. W niektórych miejscowościach szkoły organizowały akcje spisywania legend. Tu, w Łańcucie, w roku 1948 jedna z nauczycielek dała uczniom zadanie, by je zbierali. Te opowieści, które młodzież spisała ręcznie, są do dziś dostępne w bibliotece miejskiej. Z nich też korzystałem. Z tym że ja piszę trochę po swojemu. Tworzę opowiadanie, które dzieje się w jakimś miejscu i czasie, pojawiają się w nim jakieś fikcyjne postaci.

    - Na przykład pijak Maciej Katana?

    - Tę historię znam od ciotki. Opowiadała mi o pijaku, który pewnej nocy zabłądził i szedł korytem rzeczki Mikośki, bo gdzieś widział światełko, oraz swoją zmarłą żonę Marynę. Reszta tej opowieści to już moja fantazja. Czasem mi wystarczy dwa, trzy zdania, które usłyszę o jakimś miejscu, w którym coś się działo. Na tej podstawie już może powstać opowiadanie. Z tym, że na zakończenie zawsze podaję, skąd znam tę legendę, kto mi ją opowiedział, albo skąd odpisałem, bo czasem też odpisuję.

    - Mam wrażenie, że dawniej legendy pełniły rolę "horrorów" .

    - Kiedyś słyszałem rozmowę dwóch redaktorów. Jeden mówił: "Chłopie, jak nie napiszemy o jakimś zabójstwie czy wypadku, to gazeta nie idzie. A kiedy mamy sensację, to nakład szybko się rozchodzi". Legendy też były swego rodzaju sensacjami, które ludzie sobie opowiadali. Bo ich ciekawiło, że "tu straszy, a tam się duch pokazał". Jest jeszcze druga sprawa. Sam pamiętam czasy, kiedy nie było światła elektrycznego. W długie jesienne, czy zimowe wieczory siedziało się przy lampie naftowej albo świeczce. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie: co można było robić przy takim świetle? A opowiadać można było zawsze, nic temu nie przeszkadzało. Gdy jeszcze w pobliżu był ciepły piec, to siadało się przy nim…

    - Zajmuje się pan nie tylko legendami Ziemi Łańcuckiej…

    - Kiedy zbliżała się 640. rocznica założenia Tyczyna, burmistrz Kazimierz Szczepański zwrócił się do mnie, by i o Tyczynie coś napisać. Wtedy powstało "Wokół Tyczyńskiego wzgórza..." Rok później wydałem książkę pt. "Od Rzeszowa… Legendy i opowieści regionu rzeszowskiego", a w 2013 wydałem "Legendy Ziemi Lubaczowskiej", a w tym roku ukazały się "Legendy Ziemi Kolbuszowskiej" oraz "Pogwarki i gadki rzeszowskie", które są moją najnowszą książką.

    - Pańska przedostatnia książka "W miasteczku Łańcucie. Wspomnienia" opowiada o latach młodości"…

    - Chciałem po prostu zachować pamięć o dawnym Łańcucie, którego już właściwie nie ma, o osobach, które już odeszły. Opisuję Łańcut, jaki widziałem w czasach tuż po wojnie. Pamiętam dobrze ten ruch w mieście, te targi. Widziałem to codziennie, bo aby dostać się do szkoły, musiałem przejść przez całe miasteczko. Tam zawsze coś człowieka zainteresowało, bo ja jestem dość ciekawski. Wspominam też różnych wesołych ludzi, o których piszę żartobliwie, np. o doktorze Baranie, który potrafił opowiadać jak Zagłoba. Są anegdotki, są wspomnienia szkolne o kolegach i o profesorach, którzy nas uczyli. Sięgam też do czasów nieco starszych, przedwojennych. To są opowieści zasłyszane od rodziny i znajomych. Sam ich nie pamiętam, bo urodziłem się w roku 1938. Kiedyś wpadł mi w ręce wykaz pełnoletnich mieszkańców miasta, sporządzony właśnie w tym roku. Te nazwiska przepisałem i listę umieściłem w książce. Łańcut jest mały, więc myślę, że jako dziecko mogłem z tymi ludźmi mijać się na ulicy.

    - Jeżeli już mowa o pańskim dzieciństwie... Pana ojciec był kierowcą oraz muzykiem w orkiestrze dętej Alfreda hr. Potockiego. Czy pamięta pan ostatniego ordynata?

    - Nieraz widziałem go z daleka, gdy szedł na sumę do kościoła. Odprowadzała go orkiestra. Najbardziej utkwił mi w pamięci kucyk, który ciągnął wielki bęben. Jednak pewnego razu miałem bliższe spotkanie z ordynatem. Wtedy ojciec wziął mnie do zamku i kazał zaczekać, bo miał coś do załatwienia. Nagle patrzę, a tu idzie hrabia. "A co ty tu chłopczyku robisz?" - zapytał mnie. "A, na tatę czekam". "To jak to tak! Tata cię zostawił? Dlaczego cię nie wziął? Chodź ze mną!". Wziął mnie do taty i obiecał dać mi pieniądze na lody, ale nie pamiętam, czy dał. Ojciec do końca życia wspominał Potockiego. Zawsze go chwalił.

    - W najnowszej książce znów nawiązał pan do swojej fascynacji przydrożnymi kapliczkami…

    - Traktuję je jako pomniki ludzkich losów. Bo to są nie tylko symbole wiary. Zawsze był jakiś powód, dla którego ta kapliczka powstała: czyjaś prośba, albo wdzięczność. Właśnie to mnie szczególnie interesuje. Dodam, że w dawnych czasach kapliczki często służyły za drogowskazy. Na ich szczycie była umieszczona lampka oliwna albo świeczka, która w nocy wskazywała drogę. Dlatego książka nosi tytuł "Boże latarnie…".

    - O czym będzie pana następna publikacja?

    - Pisałem już o legendach łańcuckich, rzeszowskich, tyczyńskich i lubaczowskich. Tym razem przyszła kolej na legendy kolbuszowskie.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    Świeć Się! Trwa głosowanie finałowe.

    Świeć Się! Trwa głosowanie finałowe.

    Zobacz, gdzie dobrze zjeść w Rzeszowie

    Zobacz, gdzie dobrze zjeść w Rzeszowie

    Weź udział w loterii Nowin i wygraj mieszkanie!

    Weź udział w loterii Nowin i wygraj mieszkanie!