Złota ręka chirurga

Ewa Gorczyca
Bogdan Naszkiewicz, ordynator Oddziału Ortopedii, Traumatologii, Mikrochirurgii i Chirurgii Ręki Szpitala Specjalistycznego w Jaśle: - Takich ośrodków jak nasz, które specjalizują się w mikrochirurgii, jest w kraju tylko kilka.
Bogdan Naszkiewicz, ordynator Oddziału Ortopedii, Traumatologii, Mikrochirurgii i Chirurgii Ręki Szpitala Specjalistycznego w Jaśle: - Takich ośrodków jak nasz, które specjalizują się w mikrochirurgii, jest w kraju tylko kilka. Fot. Tomasz Jefimow
Obciętą rękę Bylinowski położył na parapecie okna. - Trzeba to będzie wyrzucić - powiedział do żony. A dziś nie może uwierzyć, że lekarze potrafili ją przyszyć

Lekarz Bogdan Naszkiewicz pamięta pierwszego pacjenta z Jasła, któremu przyszył odcięty palec. Był skrzypkiem i organistą kościelnym.

- Przyszyjcie, nawet gdyby palec miał być sztywny - prosił. - Bez niego nie mogę grać.

Naszkiewicz, wówczas młody lekarz świeżo po kursie dla mikrochirurgów, zdecydował się operować, choć jego ówczesny szef podchodził do zabiegu sceptycznie. Udało się, palec się przyjął.

- To mnie ośmieliło do replantacji - wspomina ortopeda.

Mikrochirurgią zainteresował się kilkanaście lat temu, kiedy zaczął pracę w jasielskim szpitalu.

- Rola lekarza ograniczała się wtedy do opatrzenia kikuta, a obcięte palce pacjenta lądowały w pojemniku. Nie mogłem na to patrzeć - opowiada.

Pojechał na sympozjum lekarskie. Zakwaterowano go z prof. Ryszardem Kociębą, pionierem replantacji kończyn w Polsce.

- To był dla mnie impuls - mówi.

Od ponad 10 lat oddział, któremu szefuje dziś Naszkiewicz, zajmuje się mikrochirurgią ręki. Lekarze uruchamiają sztywne dłonie, naprawiają palce pacjentom po oparzeniach i wypadkach. Z 1350 operacji ortopedycznych rocznie, jedna piąta to właśnie zabiegi z tej dziedziny.

Przeszczepy, uzupełnianie nerwów i ścięgien, rekonstrukcje i korekcje po urazach, przemieszczanie palców - to codzienność pracy oddziału. Replantacje kończyn zdarzają się kilka-kilkanaście razy w roku. Rękę uciętą wysoko, tuż pod łokciem - jak w przypadku Kazimierza Bylinowskiego - jasielscy lekarze przyszywali po raz pierwszy.

Obcięta kończyna nadaje się do zespolenia (możną ją ożywić) do czterech godzin po urazie. Zabezpieczenie w odpowiednio niskiej temperaturze (do 4 stopni C) - zwiększa ten czas nawet do ośmiu godzin. Im krótszy był czas niedokrwienia - tym większe szanse na udaną replantację. Nie nadają się do replantacji kończyny zmiażdżone czy urwane (np. w wyniku wybuchu).

Przyszyliśmy panu rękę

Jest sobota, dzień przed Wigilią. 53-letni Kazimierz Bylinowski na podwórku tnie drewno na cyrkularce, by zrobić zapas na święta. Piętrzące się na blacie klocki przeszkadzają, odsuwa je i wtedy czuje, że jakaś siła ciągnie go za rękaw.

Nie pamięta momentu, gdy ostrze piły przecina mu przedramię. W szoku idzie do domu. Żona krzyczy na jego widok, sąsiadka dzwoni po pogotowie. Bylinowski wraca wyłączyć cyrkularkę, chowa kabel i silnik. Zabiera odciętą rękę, kładzie na zewnętrznym parapecie okna. - Trzeba będzie gdzieś to wyrzucić - mówi żonie.

Dwadzieścia minut później erka wiezie Kazimierza Bylinowskiego z Lipnicy Górnej do jasielskiego szpitala. Ręka, w lodówce, jedzie razem z nim. Jak przez mgłę dociera do niego głos ratowników.

- Przygotujcie salę operacyjną - woła przez radio lekarz z karetki.

Doktor Naszkiewicz jest akurat na dyżurze. Dzwoni do kolegów: Andrzeja Iwańca i Gerarda Hombescha. Jeden z lekarzy właśnie ubiera choinkę, ale natychmiast wsiada do samochodu i jedzie na oddział. Kiedy Bylinowski budzi się sześć godzin później, słyszy - przyszyliśmy panu rękę. Nie może uwierzyć.

[obrazek3] Kazimierz Bylinowski lewą ręką sprawdza palce prawej dłoni. Ciągle ciepłe. - Ale miałem szczęście!
(fot. Fot. Tomasz Jefimow)Kiedy ręka różowieje

Pielęgniarka Agnieszka Zaleśny, instrumentariuszka, najbardziej przeżywa, gdy na stół operacyjny trafiają dzieci.

Takie wypadki się zdarzają najczęściej z winy dorosłych - potwierdza Naszkiewicz. - Nawet kilkulatki odnoszą urazy, pomagając w gospodarstwie.

Ma w pamięci ostatniego małego pacjenta: chłopczyka z dwoma obciętymi przez maszynę rolniczą paluszkami. Jeden udało się przyszyć, drugi lekarze uratowali tylko częściowo.

- W lecie takich wypadków mamy dużo więcej - wzdycha.

Dorośli tracą fragmenty kończyn zazwyczaj od ostrza tarczy domowej konstrukcji pilarki. Doktor Naszkiewicz zawsze pyta swoich pacjentów: czy piła miała specjalny klin, osłonę. I niezmiennie słyszy taką samą odpowiedź: nie. Sam od dziecka jest zapalonym majsterkowiczem, w rodzinnym domu był warsztat stolarski.

- Może dlatego jestem wyczulony na te sprawy? - zastanawia się.

Rękę uciętą przez cyrkularkę trudno rekonstruować: ścięgna, naczynia, nerwy są poszarpane. Czasem się udaje. Tak jak w przypadku pacjenta z podjasielskiej Lipnicy Górnej.

Replantacja jednego palca trwa cztery godziny. Ręki - dwukrotnie dłużej. Kilka godzin najpierw żmudnego preparowania ścięgien, nerwów, tętnic żył, tak by je dopasować do siebie, potem precyzyjnego łączenia poszczególnych elementów.

Kiedy lekarze przenosili odciętą rękę Kazimierza Bylinowskiego z hipotermicznego blatu na stół operacyjny, była martwa, całkowicie wypłukana z krwi, niczym woskowy odlew. Najpierw na płytkach zespolili kości. Potem naczynia krwionośne. To newralgiczny moment. Lodowata, kredowobiała kończyna zaczyna nabierać ciepła, powoli różowieje.

- I wtedy cały zespół oddycha z ulgą. To znak, że krew zaczyna krążyć - opowiada doktor Naszkiewicz.

Radość z udanej operacji przychodzi dopiero po kilku dniach. Kiedy po tygodniu ręka jest dobrze ukrwiona, wiadomo: będzie dobrze.

Palec jeszcze trudniejszy

Pan Kazimierz już może poruszać palcami. Ale pełne czucie nie wraca od razu. Uszkodzone nerwy regenerują się powoli, milimetr na dobę. Czucie w palcach odzyska dopiero za około dziesięć miesięcy.

Wbrew pozorom - przyszycie całej ręki jest łatwiejsze niż małego palca. Ta druga operacja jest trudna technicznie. Umiejętność zespolenia koniuszka palca świadczy o wielkiej klasie chirurga.

Trudność bierze się ze średnicy naczyń krwionośnych. Im drobniejsze, tym większa sztuka w połączeniu uciętych fragmentów.

- Takie naczynie jest jak ucięty gumowy wężyk - mówi obrazowo doktor Naszkiewicz. - Trzeba je zszyć wkoło, szczelnie, ale tak by w środku mogła popłynąć krew. Jak się zeszyje źle lub krzywo, może powstać zakrzep Bywają naczynia mniejsze niż dwie dziesiąte milimetra. Nie zawsze ich połączenie okazuje się zadaniem wykonalnym dla mikrochirurga.

Co zrobić z odciętą kończyną?

Co zrobić z odciętą kończyną?

● Zabrać z miejsca wypadku
● Owinąć w czysta tkaninę (np. ręcznik), do czasu przyjazdu lekarza położyć w lodówce (nie wolno zamrażać)
● Kikut ucisnąć, żeby zatamować krwawienie z rany.

Nici cieńsze niż włos

Doktor Naszkiewicz otwiera drewniane pudełko. Jego wnętrze, wyścielone aksamitnym materiałem, kryje specjalne okulary amerykańskiej produkcji. Ciężkie, z doczepionymi do oprawki dwiema lunetkami.

To podstawowe narzędzie pracy mikrochirurga. Nici do szycia można zobaczyć jedynie w wielokrotnym powiększeniu. Są cieńsze niż włos. Zdarza się, że podczas operacji traci się nić z pola widzenia. Wtedy nie ma co tracić czasu na jej poszukiwanie. Trzeba wziąć następną.

W Chinach, kraju, gdzie wyniki w mikrochirurgii należą do najlepszych na świecie, zszywaniem mikroskopijnych naczyń zajmują się nie chirurdzy, ale… dziewczynki. Nastoletnie instrumentariuszki mają niezwykłą cierpliwość.

- Zespalają naczynia lepiej niż lekarze - twierdzi doktor Naszkiewicz.

Najważniejszy jest kciuk

W trakcie wielogodzinnego zabiegu drętwieje kark, boli szyja i cały kręgosłup pochylonego ciała. Bolą oczy. Do tego dochodzi stres. Z jednej strony działa presja czasu, liczy się każda minuta. Z drugiej - szycie musi być bardzo dokładne. Trudno to pogodzić.

Najważniejszy w ręce jest kciuk. Bez niego dłoń traci swoje funkcje, jest jak bezużyteczna klapka. Dlatego kciuk lekarze starają się ratować za wszelką cenę. Kiedy pacjent stracił więcej niż jeden palec, kciukiem zajmują się najpierw, zdarza się, że kosztem innych palców (ten przyszywany jako pierwszy ma największe szanse). Albo zastępują go innym palcem.

- W miejsce kciuka można przenieść palec ze… stopy. Robiliśmy już takie operacje, choć są obarczone ryzykiem, zwłaszcza u osób starszych, palaczy - przyznaje ordynator Naszkiewicz.

Na podobny zabieg czeka pacjent aż z Dęblina.

- Wiele osób o naszym oddziale dowiaduje się z internetu - mówi ordynator.

Takich ośrodków jak ten w jasielskim szpitalu jest w kraju tylko kilka. Operacje mikrochirurgiczne są pracochłonne, dlatego niewielu ortopedów chce się w nich specjalizować.

- W tym samym czasie możemy np. trzem pacjentom wymienić stawy biodrowe - przyznaje Naszkiewicz.

W Polsce nie bardzo wiadomo, gdzie pacjent po wypadku ma szukać pomocy i nie zawsze ją znajduje.

- Sami poszkodowani też nie zawsze orientują się w możliwościach mikrochirurgii - mówi ordynator. - Zdarza się, że przyjeżdżają na opatrunek do szpitala, ale bez odciętych fragmentów dłoni.

Przedramię zostało w lesie

Niedawno na oddział przetransportowano helikopterem drwala z Bieszczadów. Ścinał gałęzie. Spadł z drzewa razem z włączoną piłą łańcuchową.

- Byliśmy dobrej myśli, bo odcięta kończyna została fachowo schłodzona i nadawała się do replantacji - opowiada Naszkiewicz. - Przygotowaliśmy pacjenta, zaczynamy operację. Odwijamy opatrunek z kikuta i nagle konsternacja: części ręki nie pasują do siebie. Brakowało kawałka przedramienia. Zostało gdzieś w lesie. Ostrze przecięło rękę w dwóch miejscach. Musieliśmy zrezygnować.

Palce w kopercie

Lata praktyki jasielskiego zespołu zaowocowały sukcesami, o najbardziej spektakularnych piszą media.

- Ale cudotwórcą nie jestem - zastrzega dr Naszkiewicz. Wspomina przypadek mieszkanki Rzeszowa, której syn doznał urazu ręki. - Już po telefonicznej konsultacji z lekarzami w Rzeszowie doszedłem do wniosku, że zabieg nie ma szans powodzenia. Ale ta pani nie dała za wygraną. Przyjechała do Jasła. Pamiętam, wyszedłem z sali operacyjnej i zobaczyłem kobietę, która niosła przed sobą wielką białą kopertę. Zajrzałem - w środku były odcięte palce jej syna. Niestety - każdy w kilku kawałkach. Żaden lekarz nie zdołałby ich pozszywać.

* * * * *

Kazimierz Bylinowski zanudza lekarzy, żeby pozwolili mu wyjść do domu. Bez zajęcia trudno wytrzymać. Lewą ręką sprawdza palce prawej dłoni, wystające spod bandaży. Ciągle ciepłe. - Ale miałem szczęście - uśmiecha się.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie