Żuklin ma dwóch sołtysów? Wojna na całego. Radni z Kańczugi...

    Żuklin ma dwóch sołtysów? Wojna na całego. Radni z Kańczugi zignorowali sąd!

    ddziopak

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Mieczysław Żak idzie na wojnę z władzami Kańczugi: - Pozbawiano mnie możliwości pełnienia funkcji, którą powierzyli mi mieszkańcy Żuklina.

    Mieczysław Żak idzie na wojnę z władzami Kańczugi: - Pozbawiano mnie możliwości pełnienia funkcji, którą powierzyli mi mieszkańcy Żuklina. ©Andrzej Plęs

    - To ja powinienem być sołtysem Żuklina, przeciez wygrałem wybory - przekonuje Mieczysław Żak. Rada Miasta Kańczuga ma jednak inne zdanie. Nie przekonał jej nawet... Naczelny Sąd Administracyjny.
    Mieczysław Żak idzie na wojnę z władzami Kańczugi: - Pozbawiano mnie możliwości pełnienia funkcji, którą powierzyli mi mieszkańcy Żuklina.

    Mieczysław Żak idzie na wojnę z władzami Kańczugi: - Pozbawiano mnie możliwości pełnienia funkcji, którą powierzyli mi mieszkańcy Żuklina. ©Andrzej Plęs

    "My mieszkańcy wsi Żuklin wnosimy protest w sprawie byłych wyborów sołeckich (...) ponieważ zostaliśmy wprowadzeni w błąd odnośnie godzin wyborów poprzez wywieszenie ulotki o bałamucącej treści"... - poskarżyli się w 2007 roku żuklinianie radzie miasta w Kańczudze.

    To był wstrząs pierwotny samorządowy. Wstrząsy wtórne przetoczyły się przez urząd wojewódzki, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Rzeszowie i Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie. Ostatni wstrząs z epicentrum zanotowano 20 stycznia 1012 r. na sesji rady miejskiej w Kańczudze.

    Ostatni, ale nie ostateczny - zapowiada Mieczysław Żak, którego żuklinianie wybrali sołtysem w 2007 roku, ale który sołtysem nie został, bo... tak zdecydowała rada miasta.

    Żuklin podzielony

    Pokonał w sołeckich wyborach 2007 roku urzędującego sołtysa Andrzeja Seremeta zaledwie dwoma głosami i widać było, że Żuklin pękł na pół. Żak niemal już triumfalnie odkorkował szampana, kiedy dotarła do niego wieść, że wynik wyborów został oprotestowany przez 30 jego współobywateli.

    Ci zaalarmowali Radę Miasta Kańczuga, że na ulotkach, nie wiadomo czyich i przez kogo rozklejanych, podano, iż głosować można do godz. 16. O dwie godziny dłużej niż w realu, więc część elektoratu pocałowała klamkę siedziby komisji wyborczej.

    Rada protest wzięła sobie do serca, w trybie natychmiastowym podjęła uchwałę anulującą wyniki sołeckich wyborów w Żuklinie i zarządziła nowe. Do nowych Żak już nie przystąpił.

    - Bo w ten sposób zaakceptowałbym nieprawne decyzje rady - tłumaczy.
    W powtórzonych Seremet był bezkonkurencyjny. Bo nie miał konkurencji. Potem wygrywał już tylko Żak. Przed sądem.

    Uchwała nieważna

    Najpierw od decyzji rady odwołał się do urzędu wojewódzkiego: przecież komisja wyborcza nie miała zastrzeżeń do pierwszych wyborów, pod protestem były nazwiska, ale żadnych adresów ani numerów pesel, w uchwale rady Kańczugi nie podano żadnej podstawy prawnej, nie było też uzasadnienia - pisał.

    Argumenty Żaka powtórzyła w piśmie piątka radnych Kańczugi. Urząd wojewódzki uznał jednak, że rada miała prawo uchwalić, co uchwaliła. Ale urząd zastrzegł, że nie wnikał, czy ta uchwała była zasadna.

    Wniknął Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wysłuchał Żaka, wysłuchał radę gminy i orzekł, że uchwała tej ostatniej jest nieważna. Radę taki wyrok musiał zaboleć, ale nie tak, jak uzasadnienie do wyroku.

    Bo czy rada sprawdzała, kto rozlepiał ulotki z błędnym czasem wyborów - pytał sąd? Nie sprawdzała. To dlaczego rada ukarała Żaka? Czy rada widziała te "bałamutne" ulotki, zanim podjęła uchwałę? Ano nie widziała. Czy rada ustaliła, kto nie wziął udziału w wyborach przez te "bałamutne" ulotki? Nie ustaliła.

    Kto sporządził "bałamutne" ulotki?

    - A mnie udało się ustalić, że wszystkie osoby podpisane pod protestem głosowały - dodaje Żak. - Wystarczyło sprawdzić listę głosujących. W dodatku to cała rodzina pana Seremeta, plus sąsiedzi.

    - Oczywiście, że postępowanie wyjaśniające było prowadzone, znaleźli się czterej świadkowie - tłumaczy Jacek Sołek, burmistrz Kańczugi. - Tyle, że wzmianka o tym nie znalazła się w uzasadnieniu do uchwały, co było błędem.

    Rada próbowała ratować jej sens, toteż już po drugich - wygranych przez Seremeta wyborach - radni dostali jego oświadczenie, w którym wskazuje na Żaka, jako autora "bałamutnych" ulotek. I jeszcze zarzut, że Żak naruszył plakatowaniem ciszę wyborczą. Rada uwierzyła na słowo, nikt niczego nie sprawdzał.

    Sprawdził Żak, a właściwie przez przypadek, przeglądając akta sprawy, natknął się na "bałamutną" ulotkę, za pomocą której rada w Kańczudze przewróciła pierwsze wybory.

    I Żak bije się w piersi, że wtedy, w sądzie zobaczył ją po raz pierwszy. Owszem, podobna do jego ulotki, ale nieco inna treść, inna czcionka i inne godziny wyborów. Bo na jego ulotce godziny były właściwie.

    Rada idzie w zaparte

    Żeby zadośćuczynić wyrokowi Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie, rada musiałaby anulować swoją uchwałę i przywrócić prawomocność pierwszych wyborów.

    A to znaczy, że Żak powinien zostać sołtysem. Tylko co wtedy zrobić z drugimi wyborami i Seremetem, który po powtórzonych wyborach od dwóch lat już sołtysował na Żuklinie?

    Bo skoro pierwsze były ważne, to drugie ważne być przestawały. To nie problem Żaka, więc ten zwrócił się na piśmie do rady miasta o wykonanie wyroku i anulowanie uchwały, którą NSA uznał za nieważną.

    Rada mu odpisała, że nie może, bo ta uchwała już została wycofana z obiegu prawnego. Czyli - jakby jej nie było. Tylko skutki były, bo Żak sołtysem nie został, a został Seremet.

    Pierwsze wybory - ważne. Powtórzone wybory - ważne?

    Mniej więcej przez rok Żak bił się z radą na pisma i odwołania, rada mu odpisywała, że "Sądy zajęły się pierwszymi wyborami i stwierdzenie przez Sąd nieważności uchwały nie skutkuje nieważnością drugich wyborów".

    Żak nie mógł pojąć stanowiska rady: skoro sąd uznał, że pierwsze wybory były ważne, to znaczy, że on powinien być sołtysem. A skoro rada uznała, że drugie były ważne, to znaczy, że i Seremet powinien być sołtysem.

    Czyli Żuklin przez cztery lata powinien mieć dwóch sołtysów na raz. I obu legalnych: jednego z wyroku sądu, a drugiego - z wyroku rady. Obu legalnych.

    Z radą nie mógł dojść do porozumienia, w końcu nie wytrzymał i poskarżył się sądowi administracyjnemu na bezczynność władz Kańczugi. Że ta nie wykonuje wyroków sądowych. Nie sam się poskarżył, bo do skargi dołączyła się grupa mieszkańców Żuklina.

    Żółta kartka dla rady

    Druga runda sporu przetoczyła się ponownie przez wojewódzki, a potem Naczelny Sąd Administracyjny, trochę to trwało, aż w połowie listopada 2011 r.

    NSA ponownie przyznał Żakowi rację: Rada Miasta w Kańczudze ma 30 dni na podjęcie uchwały o ważności wyborów, w których wygrał Żak. To już była druga żółta kartka od NSA dla samorządu w Kańczudze.

    Rada drugą żółtą kartką się nie przejęła, nie zmieściła się w wyznaczonym czasie miesiąca i dopiero po dwóch podjęła uchwałę: "Stwierdza się nieważność wyborów sołtysa wsi Żuklin - Pana Mieczysława Żaka z uwagi na błędne poinformowanie mieszkańców wsi Żuklin o godzinach głosowania"...

    Żak parę razy przeczytał projekt uchwały, w końcu zrozumiał, co jest napisane, ale dalej uwierzyć nie mógł. Bo - jego zdaniem - rada uchwaliła coś zupełnie przeciwnego do tego, co nakazał sąd.

    - Są nakazał podjęcie uchwały o ważności lub nieważności tamtych wyborów - burmistrz Sołek rozumie wyrok nieco inaczej niż niedoszły sołtys Żuklina.

    Radnych ostrzegałem...

    Nie tylko Żak nie mógł uwierzyć w to, co czyta. - Na sesji ostrzegałem radnych, że to może mieć konsekwencje finansowe, bo pan Żak może wystąpić do sądu cywilnego o zadośćuczynienie - mówi radny Janusz Drąg, który jako jedyny głosował przeciwko tej uchwale.

    Trójka innych radnych wsparła go połowicznie, bo wstrzymali się od głosu. - Radni zareagowali ironią. I chyba nie wierzą w determinację pana Żaka.

    Drąg dodaje, że przecież podczas obrad rajcom odczytano wyrok NSA i raczej niemożliwe jest, żeby go nie zrozumieli.

    - Jeśli uchwalili, co uchwalili, to chyba z pełną świadomością, że łamią prawo - kwituje Drąg. - Większość radnych uznała, że mają rację i sąd nie będzie im dyktował, co mają robić.

    Konsekwencje? Zobaczymy

    Przewodniczący rady Emil Drąg jest chyba nieco zakłopotany jest obrotem spraw. - Od kiedy uchwała sprzed czterech lat została wycofana z obiegu prawnego, powstała pustka i jakąś uchwałę musieliśmy podjąć - tłumaczy. - Taką czy inną.

    Podjęto właśnie taką i z tym samym uzasadnieniem: bo ulotki były "bałamutne". Ktoś w końcu przez ostatnie pięć lat próbował dociec, czyje to były ulotki, kto rozwieszał i czy ktoś się przez nie spóźnił na wybory?

    - Nie przypuszczam, żeby ktokolwiek po pięciu latach o tym jeszcze pamiętał i żeby ktokolwiek z mieszkańców chciał do tej sprawy wracać - mówi przewodniczący. - Zobaczymy, jakie będą konsekwencje prawne.

    A konsekwencje mogą być takie, że Żak w końcu zmusi radę do uznania go byłym urzędującym sołtysem.

    - Wyszłoby na to, że pan sołtys Seremet przez cztery lata rządził nieprawnie - przepowiada przewodniczący Drąg, ale nie chce rozwinąć myśli, że wszystkie decyzje sołtysa Seremeta byłyby wtedy nieważne, jak on sam musiałby może zwracać diety za sołtysowanie.

    - Jeśli będzie jakieś nowe stanowisko sądu w tej sprawie, to rada będzie musiała się do niego ustosunkować. A jeśli sąd wymusi na radzie jakieś odszkodowanie, to trudno.

    Może trzeba przewietrzyć?

    A Żak zapowiada, że o "nowe stanowisko sądu" to on się postara.

    - Mój prawnik już pisze pozew o zadośćuczynienie - zdradza. - Bo naruszono także moje dobra osobiste i prawa obywatelskie, bo pozbawili mnie możliwości pełnienie funkcji, którą powierzyli mi mieszkańcy Żuklina. Jak wygram, to wygrana pójdzie na cel charytatywne, choćby na budowę kładki, która w Żuklinie jest bardzo potrzebna.

    Burmistrz Sołek jest przekonany, że właśnie po to Żak domagał się uznania ważności tamtych wyborów, żeby teraz domagać się pieniędzy.

    - Ten człowiek znany jest z kopania, pomawiania, puszczania nieprawdziwych informacji - charakteryzuje Żaka, a Żak burmistrzowi nie pozostaje dłużny i zdradza makiawelliczny plan miejsko-gminnej rewolucji i obalenia całej rady: - Bo przez parę kadencji rządzą ci sami ludzie, obrośli we władzę, nikt ich nie kontroluje, nikt im nic nie może zrobić, a większość radnych to marionetki burmistrza - tłumaczy. - A jak wykażę, że władza w Kańczudze świadomie łamie prawo, to może uda się gminę przewietrzyć.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo