Dariusz Szubert: Cienie olimpijskiego sukcesu w Barcelonie

Jakub Lisowski
Jakub Lisowski
Dariusz Szubert po jednym ze spotkań wiosną 2003. Pogoń rozpadała się przy pustych trybunach
Dariusz Szubert po jednym ze spotkań wiosną 2003. Pogoń rozpadała się przy pustych trybunach Marek Biczyk/Archiwum GS24.PL
Udostępnij:
Gdybym to ja zagrał w finale, a taką usłyszałem obietnicę dzień przed meczem, nie musielibyśmy czekać do dogrywki na zwycięstwo – mówi Dariusz Szubert, srebrny medalista olimpijski z Barcelony.

30 lat mija od wielkiego sukcesu, jakim było wicemistrzostwo olimpijskie piłkarskiej reprezentacji młodzieżowej w Barcelonie. Kadra prowadzona przez Janusza Wójcika grała atrakcyjny futbol, strzelała sporo bramek i nie bała się żadnego przeciwnika. W olimpijskich zmaganiach – Polacy pokonali w grupie Kuwejt, Włochy i zremisowali z USA. W ćwierćfinale ograli Katar, w półfinale Australię (6:1) i dopiero w finale lepsza była Hiszpania (2:3). W tamtej drużynie grali m.in. Tomasz Wałdoch, Andrzej Juskowiak, Wojciech Kowalczyk czy Jerzy Brzęczek.

W składzie było też dwóch piłkarzy Pogoni Szczecin – Dariusz Adamczuk, który grał dużo w Barcelonie i Dariusz Szubert, który był rezerwowym i nie zagrał ani minuty. Szansę na wyjazd miał też Radosław Majdan, ale wypadł z kadry podczas ostatniej selekcji.

Serducho mocniej bije przy okazji takich jubileuszy.
Dariusz Szubert: Okres dojrzewania mam dawno za sobą, więc nie gorączkuję przy takich okazjach. Na zdrowie też nie narzekam. Oczywiście wiem, ile lat mija, ale jak pan myśli, że szykuję się na jakieś jubileuszowe spotkanie „po latach” to powiem, że o niczym nie wiem.

Wspomnienia wracają?
Powiem inaczej, bo to taka dobra okazja, by wspomnieć o tzw. polskiej myśli szkoleniowej. Ja pracowałem przez wiele lat w niemieckim związku i angażowałem się w różne projekty z PZPN – np. wspomagaliśmy polskich trenerów w edukacji. I mam taką refleksję, że moja generacja czy ta jeszcze poprzednia były wychowane na podwórkach i były obdarzone niesamowitą koordynacją, wielostronnie uzdolnione. To była baza sukcesów. Wszystko to się zmieniło w Polsce. Podwórka już nie odgrywają takiej roli w kształtowaniu młodych piłkarzy, więc to musiały przejąć szkółki, czy kluby piłkarskie. I tu też mieliśmy pomysły, w jakim kierunku ma iść taki rozwój. Chcieliśmy pomóc za pośrednictwem PZPN, ale prezes Zbigniew Boniek – nie chcę złego słowa powiedzieć – nie zrobił więcej niż mógł. Za dużo dyplomacji, za mało konkretnych działań dla dzieciaków i młodych trenerów. To procentowałoby w przyszłości.

I na kolejne sukcesy czekamy.
Do tego zmierzam. Barcelona to był świetny, cudowny okres. Ale są i cienie tego sukcesu. To może być nawet tytuł naszej rozmowy. Chodzi mi o kwestie związane, jak ta drużyna powstała, jak się kształtowała. Nasz zespół powstał z połączenia dwóch roczników – trenera Mieczysława Broniszewskiego i trenera Marka Śledzianowskiego. Później wiadomo, kto przejął zespół i… to był strzał w „10”. Ale wtedy poświęcono coś, a nawet kogoś w zamian za coś. Rosło to jak ciasto drożdżowe, a przecież było świeżo po zmianie ustrojowej w kraju, gdy wielu ludzi ze starych układów jeszcze miało dużo wpływów na nową rzeczywistość. Czy wtedy grali najlepsi? Ja się z tym nie zgodzę. Z biegiem czasu inaczej wspominamy igrzyska, sukces, rozegrany finał. Często był podnoszony temat, że finał przegraliśmy w końcówce, choć byliśmy bardzo dobrze fizycznie przygotowani. I słyszałem opinie, że gdybyśmy dociągnęli do dogrywki to byśmy wygrali. A ja powiem inaczej – gdybym to ja zagrał w finale, a taką usłyszałem obietnicę dzień przed meczem, nie musielibyśmy czekać do dogrywki na zwycięstwo. Ale do dziś nie wiem, co się stało przed odprawą, że mimo obietnicy – nie zagrałem. Po tylu latach mówię to, ale i powiedziałem to też na 25-lecie tego sukcesu kolegom.

Skąd w Panu taka pewność siebie?
Nie jestem już małym człowiekiem, tak jak i wielu moich kolegów, których też stać na własne opinie, na refleksje. I ja też mam swoje przemyślenia. To nie jest kwestia tego, że jestem arogancki, zuchwały. Wtedy broniła mnie forma, a forma i prawda zawsze leży na boisku. Jak ktoś spełnia takie wymagania, a mimo to nie dostaje okazji, by je potwierdzić, to chyba nie jest kwestią, że nie potrafi, ale że były inne powody.

Kto blokował Panu grę, bo w Barcelonie nie dostał Pan nawet minutowej szansy?
Powiem tak: większość moich kolegów miała już menedżerów, a ja nie. A jakim mottem kierował się nasz trener? „Kasa, misiu, kasa”. Co ja mogę jeszcze powiedzieć? Na mojej pozycji w finale zagrał Andrzej Kobylański, który za chwilę został sprzedany za 750 tys. marek do FC Koeln. A Piotrek Świerczewski wskoczył do reprezentacji, bo grał w GKS Katowice, którego prezesem był Marian Dziurowicz, prezes PZPN. To jak miał grać Szubert? Może nie umiałem grać... Jeśli tak, to wszystkim wybaczam.

Sukces z Barcelony to ten najważniejszy?
Ja swoją karierę rozpoczynałem w Iskrze Białogard zanim zostałem dostrzeżony przez trenera Marka Śledzianowskiego z kadry U15, gdzie grałem m.in. z Jurkiem Brzęczkiem, Marcinem Jałochą czy Tomkiem Wałdochem. Chciałbym tu podkreślić, że grać z Tomkiem od początku było wielką przyjemnością. A jeszcze dodam, że wcale mnie nie dziwi, że Tomka nigdy nie było na spotkaniach związanych z rocznicami Barcelony. Ja nigdy nie miałem też parcia na szkło, jak pewien bramkarz, który w swojej biografii napisał jakieś bzdury o mnie. Cieszyłem się z każdego dnia i treningu z tamtym zespołem. Ale przerażało mnie, to, co się działo wokół zespołu i przerażało mnie w kolejnych latach, okresach gdy wracałem do Polski grać czy chcąc pracować z ramienia niemieckiego związku. Polska ogromnie się zmieniła wizualnie, ale ludzie się nie zmienili. Szybko się przekonywałem, że wciąż królują układy. Mam tu na myśli ludzi starszych, bo młodzież była zdolna, ale nie dostawała szans, by realizować swoje pomysły z racji na to, że nie nadawała się do tych układów.

Wracam do pytania – największy sukces?
Tak, ale mógłbym go bardziej docenić po występach na boisku. Jestem świadomy swojej ówczesnej wartości. Znałem jednak tamte realia, wiedziałem, że nie będę miał łatwo.

Z Panem pojechał inny piłkarz ówczesnej Pogoni Dariusz Adamczuk, a wypadł ze składu Radosław Majdan.
To byli chłopcy świetnie uzdolnieni wszechstronnie ruchowo, dostrzeżeni i zaangażowani w ciężką pracę. Dla tych chłopców trzeba było być bardziej pedagogiem, wychowawcą, a nawet ojcem, a nie trenerem. Sztuką było stworzenie nam optymalnych warunków na boisku i poza nim. Dziś jest inaczej - trzeba fachowców od najmłodszych roczników piłkarskich aż po juniorów starszych, by to procentowało w seniorach. Tego się m.in. nauczyłem w niemieckim związku piłkarskim, który sukcesy reprezentacyjne ma od lat. A u nas jak jest? Ale jak mogło dziać się dobrze w amatorskiej piłce nożnej, jak prezesem był Jan Bednarek, który do dziś nie rozliczył się ze mną za serię prowadzonych przeze mnie kursów. Na temat szkolenia dzieci miał takie pojęcie, jak ja o kosmosie. Wracając do olimpijczyków z Pogoni. Radek przegrał rywalizację, co boli, ale przy okazji mi też wyrzucał, że nie powinienem jechać. To nie on decydował, a wiem np. że mocno moją kandydaturę popierał śp. trener Leszek Jezierski. O Radku nie chcę więcej słyszeć i rozmawiać. Powiem jedynie, że prawda zawsze się wybroni, a ja wszystkiego jeszcze nie chcę mówić. Za to Darek Adamczuk był przeciwieństwem mnie w kadrze, bo był jednym z ulubieńców trenera Wójcika. Szkoleniowiec lubił chłopców, którymi mógł w pełni kontrolować. Za to niepewnie się czuł, jak zawodnicy mieli swoje zdanie i sporo potrafili. Darek na swojej pozycji dobrze się czuł, spełniał oczekiwania, zawsze był maksymalnie zaangażowany, zostawiał całe swoje zdrowie – tu bez uwag. Darek i ja to dwa różne światy – na boisku i prywatnie. Nigdy nie miałem z nim problemów, ale tego kontaktu też nie mieliśmy bardzo dobrego. Spotkałem Darka kilka lat temu na szczecińskim stadionie latem, pogadaliśmy, wypiliśmy kawkę, nawet się umawialiśmy na kolejne spotkanie, ale ostatecznie nie znalazł czasu. Trudno. Musiało mi wystarczyć, że przez przypadek porozmawiałem z jego małżonką. Wiem, że teraz jest dyrektorem Pogoni, ale nie będę oceniał jego kompetencji czy pomysłów, bo zupełnie nie znam sytuacji. Często przyjeżdżam do Szczecina, rozmawiam z różnymi osobami także o Pogoni i wiem, że Darek we mnie widzi źródło krytycznych uwag pod swoim adresem. Kompletnie błędne podejście na które nie mam wpływu. Pozdrawiam za to wszystkich, którzy kochają Pogoń Szczecin.

To wciąż Pana klub? Obserwuje Pan jej rozwój?
Oczywiście, że tak. Byłem już pytany o Kostę Runjaica po pierwszym okresie jego pracy w Szczecinie. Odmówiłem oceny, bo nie znałem tego szkoleniowca, jego warsztatu, sukcesów. Ale powiedziałem, że jak postęp jest widoczny, to warto przedłużyć kontrakt. Gdy tak się stało – pojawiły się sukcesy. Na pewno związane było to też z poprawą zaplecza finansowego, czyli dobrą polityką sportową klubu. Śledzę wydarzenia w Pogoni i ostatnio zaskoczył mnie wybór Darka Adamczuka, czyli zatrudnienie szwedzkiego szkoleniowca. Pamiętam Jensa Gustafssona, gdy byłem na praktykach podczas ME U19 w Czechach. Prowadził Szwedów, zdobyli złoty medal. Miło było oglądać jego kadrę. I było dla mnie jasne, że po przyjściu Szweda zwiększy się intensywność gry Pogoni. Pamiętam, gdy w latach 90. graliśmy ze szwedzkim zespołem w Pucharze Intertoto i w 30. minucie mówię do Adasia Benesza „policz ich”. Myślałem, że jest ich z 20 na boisku. Oni są przyzwyczajeni do ciężkiej, dynamicznej pracy. Są przygotowani do spotkań wzorowo kondycyjnie, taktycznie i technicznie, nigdy nie brakuje im zaangażowania i ciężko się z nimi gra. Jak to przełoży się na Pogoń? Za nami początek sezonu, może nie jest najbardziej efektywny, ale oby się to nie przełożyło na dysonans we współpracy na linii zespół – trener. Trener wie, czego chce, ale czy drużyna to zaakceptuje? Będę to obserwował, bo mam wrażenie, że szkoleniowiec ma umiejętności i pomysły. W trakcie meczu z Jagiellonią zwróciłem uwagę na sposób komunikacji podczas przerwy związanej z upałem. Widać, że nie tylko chce mówić, ale też przekazywał swoje uwagi na tablicy. Szuka najlepszego pomysłu na dotarcie do zawodników. Możliwe, że zespół jeszcze nie do końca rozumie, o co chodzi, ale jak będziemy cierpliwi, jak dadzą mu czas, to będzie to procentować. Drużyna ma jakość, doświadczenie i fachowego trenera. Z przyjemnością czekam na dalsze postępy.

Pan grał trzy razy w Pogoni, ale szans na sukcesy nie było zbyt dużo.
Z klubem związany byłem 10 lat. Najdłużej w tym pierwszym okresie, gdy przychodziłem z Białogardu. Klub wtedy miał ograniczone możliwości finansowe i opierał się głównie na selekcji młodzieżowej w regionie. Takim przykładem byłem właśnie ja czy Robert Dymkowski, Maciej Stolarczyk. Na tamte warunki dobrze się prezentowaliśmy, ale to nie wystarczyło na sukcesy.

Wrócił Pan pod koniec lat 90.
Wróciłem, zostałem dobrze przyjęty i czułem się jak w domu. Ale to był już czas korupcji w piłce i mnie źle postrzegano, bo miałem swój charakter. Kilka lat wcześniej zostałem niesłusznie ukarany, choć nikt mnie za rękę nie złapał. Przypomnę, że po jednym z turniejów juniorskich wracaliśmy do kraju i czekała na nas policja kryminalna. Zostaliśmy zastraszeni, ale to była zaplanowana akcja, by się pozbyć selekcjonerów, a z dwóch roczników zbudować jeden. Dlatego podrzucono trenerowi Broniszewskiemu jakieś pieniądze, a nas też policjanci sprawdzali. Mocno to przeżyłem i nigdy nie chciałem mieć nic z tym wspólnego. A jak wróciłem w końcówce lat 90. i zobaczyłem z bliska, co się dzieje w szatni, to chciałem uciekać. Nazwano mnie czarną owcą w piłce, bo nie akceptowałem panujących obyczajów. Po przyjściu Sabriego Bekdasa do Pogoni pojawiła się ciekawa perspektywa, ale szybko się to skończyło na negocjacjach sponsora z miastem. Prezes niestety otaczał się ludźmi zachłannymi, którzy bardziej dbali o swoją kieszeń niż honor klubu czy dobry wizerunek. To było skazane na porażkę. Ja zostałem pierwszy przegoniony z klubu. Ale ugodę z Pogonią podpisałem, bo spotkałem się w PZPN z Bekdasem, rozmawialiśmy w cztery oczy, przeprosił mnie i dogadaliśmy się w kilka minut. Rozmawiałem wtedy z redaktorem Arturem Dyczewskim, który jako jedyny widział, jak moje serce cierpi, gdy musiałem opuścić Pogoń. Kibice nie zajęli wtedy stanowiska, ale szybko się przekonali, że miałem rację.

Wiosną 2003 wrócił Pan do upadającego już klubu.
To był okres, gdy szykowałem się do wyjazdu na stałe do Niemiec, ale nie wiedziałem, czy jeszcze grać czy już dać sobie spokój. Zgodziłem się pograć, nic nie zarabiałem, a w walce o utrzymanie klubu szans nie było.

Od tamtej pory pracuje Pan tylko w Niemczech?
Tak. Przez 13 lat pracowałem w Związku Piłkarskim Dolnej Saksonii. Związany byłem z prezesem Karlem Rothmundem, człowiekiem do którego mam ogromny szacunek. Z racji swojego wieku musiał zrezygnować z tej funkcji, a był też wiceprezesem niemieckiego związku. Z jego odejściem na emeryturę – ja też zdecydowałem się odejść. Miałem już inny projekt na swoją działalność. Firmę prowadzę, cieszę się życiem, miałem trochę komplikacji z nowotworem, ale już jest lepiej i cieszę się każdym dniem. A kontakt ze związkiem cały czas też utrzymuję.

Do dużej piłki Pana nie ciągnie?
Odejście z niej to nie była łatwa decyzja. Kończyłem kurs UEFA Pro w Białej Podlaskiej z takim przeświadczeniem, że odchodzę z futbolu. Na kolacji kończącej kurs – podszedł do mnie selekcjoner Adam Nawałka. Zapytał się, czy to prawda, że chcę zrezygnować. Odpowiedziałem, że sam wie, jak w kraju wszystko wygląda. Gdyby były zdrowe sytuacje, to bym pracował dalej. Namawiał mnie, bym zmienił zdanie. Ale nie zmieniłem. Piłka była, jest i będzie bliska mojemu sercu. Czy po tylu latach chciałbym wrócić? Zastanowiłbym się, gdybym dostał ofertę z miejsca, które znam, ludzi, którym mógłbym zaufać i ludzi z ambicją, którzy docenią pasją, charyzmę i kompetencje.

Rozmawiał Jakub Lisowski

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Fitbit

Fitbit Charge 4 Czarny

955,79 zł469,00 zł-51%
miejsce #2

Forever

Forever Fitband SB-50 różowa

79,00 zł48,90 zł-38%
miejsce #3

Honor

Honor Band 5 Czarny

199,00 zł129,00 zł-35%
miejsce #4

Huawei

HUAWEI Band 7 Zielony

299,00 zł210,00 zł-30%
miejsce #5

Huawei

Huawei Band 4 Czarny

137,23 zł108,28 zł-21%
miejsce #6

Huawei

Huawei TalkBand B6 Elite Srebrny

740,97 zł699,00 zł-6%
Materiały promocyjne partnera

Jan Błachowicz: Chcę już poznać rywala i termin kolejnej walki!

Materiał oryginalny: Dariusz Szubert: Cienie olimpijskiego sukcesu w Barcelonie - Głos Szczeciński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nowiny 24
Dodaj ogłoszenie