Ekstraklasowy sędzia Mariusz Złotek: Życie od małego mnie nie oszczędzało

Bartosz Michalak
Sędziowanie meczów w ekstraklasie jest spełnieniem marzeń arbitra z Gorzyc.
Sędziowanie meczów w ekstraklasie jest spełnieniem marzeń arbitra z Gorzyc. archiwum prywatne
Mariusz Złotek zdradził nam kulisy swojego życia zawodowego, a także prywatnego. Przypomniał między innymi o meczu w Katowicach, podczas którego, trafiony w głowę baterią owiniętą w serpentynę, stracił przytomność, a także o zawodowej współpracy ze… starszą córką Marleną, z którą zdarza mu się wspólnie prowadzić spotkania w niższych ligach.

- Zaczniemy trochę "laurkowo". Jest godzina siedemnasta, a pan dopiero co skończył... pierwszą zmianę w gorzyckiej firmie "Federal Mogul". Gdyby, załóżmy za dwa dni miał pan mecz, to chyba nie byłyby najlepsze okoliczności do perfekcyjnego przygotowania.

- Powiem ci, że odkąd zacząłem sędziować w ekstraklasie, jestem w takim gazie, że mógłbym pracować codziennie nawet po szesnaście godzin (uśmiech). Tak się zresztą składa, że jutro (16.01. - red.) w firmie będę musiał spędzić praktycznie cały dzień, żeby trochę nadrobić świąteczne zaległości. O żadnym narzekaniu z mojej strony nie może być jednak mowy. Trwa przerwa w rozgrywkach, więc pracę łączę tylko z indywidualnymi treningami siłowymi i wydolnościowymi. Rozpiski zajęć dostaję od Grzegorza Krzoska, który jest naprawdę świetnym specjalistą. Podobnie jak psycholog Paulina Nowak, współpracuje on ze wszystkimi arbitrami sędziującymi w ekstraklasie.

- Jedyne, co chciałbym dodać, to podziękowania dla moich dwóch przełożonych: Adama Krępy i Andrzeja Zająca.

- Dzięki nim w trakcie roku mogę sobie w taki sposób dopasowywać urlop, żeby móc wyjechać na zgrupowanie do Turcji, czy wybrać się dwa dni wcześniej chociażby na mecz do Gdańska.

- Odnosi pan wrażenie, że zawodnicy Legii Warszawa, Wisły Kraków czy Lecha Poznań w trakcie spotkań "testują" pana? Pochodzi pan z biednego północnego Podkarpacia, przez wiele lat nie mógł pan sędziować w ekstraklasie. Idealne warunki do mobbingu ze strony ligowych wyjadaczy.

- Staram się wykonywać swoją robotę jak najlepiej. Z tego względu nie zwracam uwagi na sporne sytuacje, podczas których nierzadko robi się gorąco na linii arbiter - piłkarze. Nigdy nie zdarzyło mi się pokazać czerwonej kartki piłkarzowi za "pyskówkę". Przekleństwa swoją drogą, ale pamiętajmy, że piłka nożna to sport dla mężczyzn. Nie można płakać i obrażać się, że dorosły facet z tak dużym doświadczeniem boiskowym, jak na przykład Radosław Sobolewski, Arkadiusz Głowacki czy Miro Radović, przeklnie.

- A jak któryś z wymienionych piłkarzy w ferworze emocji krzyknąłby: "Złotek, ty chu**"? Nie ma co ukrywać, że niektórzy zawodnicy pozwalają sobie na zbyt wiele.

- Dotychczas nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć takich słów. Poza tym ludzie, którzy mają na swoim koncie po kilkaset spotkań w lidze, a także występy w reprezentacjach narodowych swoich krajów, zazwyczaj reprezentują coś sobą. Mają klasę. Prędzej bym się spodziewał tego typu wulgarnych odzywek, sędziując spotkania w B-klasie.
- I co wtedy? Co czuje 44-letni facet, do którego jakiś gówniarz, który dwa razy w życiu kopnął prosto piłkę na lokalnym podwórku, odzywa się w chamski sposób?

- Nawet, jeśli ktoś ci podnosi ciśnienie, to nie możesz pozwolić sobie na jakiekolwiek słowne przepychanki. Wyobrażasz sobie arbitra, który w trakcie meczu zaczyna wyzywać się z zawodnikami? To byłby kabaret i prawdopodobny zawodowy koniec dla takiego nerwowego rozjemcy. Inna sprawa, że w ligach centralnych arbitrzy są na podsłuchu. To skuteczny sposób na zachowanie zimnej głowy i używanie stanowczych, ale kulturalnych zwrotów typu: "proszę odejść" czy "proszę za mnie nie sędziować".

Skoro już dyskretnie przypomniałeś o moim wieku (uśmiech). Mam świadomość, że w każdym momencie, po każdym słabszym występie, na moje miejsce może wskoczyć ktoś inny, młodszy. Z tego względu naprawdę solidnie pracuję nad własnym warsztatem. Po każdym meczu otrzymuję płytę z nagraniem "gwizdanego" spotkania. Mam obowiązek szczegółowo oglądnąć i zanalizować swoje decyzje. Czasami, jak wracam do domu wieczorem w niedzielę, a w poniedziałek mam pierwszą zmianę, to po nocach siedzę, analizuję i zapisuję, co było dobre w mojej pracy, a co złe. To jest ważny element naszych obowiązków. Musimy sporządzić samoocenę z meczu, wyciąć klipy, wrzucić to wszystko na dedykowany serwer.

- Jako sędzia, jakie ma pan największe wady? Niedawno pana kolega po fachu, Tomasz Musiał otwarcie przyznał się do problemów z klasyfikacją poważnych, rażących fauli.

- Przede wszystkim staram się sędziować "po piłkarsku". Nie być "aptekarzem", który odgwizduje nawet najdelikatniejsze pociągnięcie za spodenki. Nie wystrzegam się błędów. Nie potrafię jednak jednoznacznie określić, co konkretnie jest moją największą wadą. Każdy mecz pisze swoją oddzielną historię. W jednym nie pokażę żadnej żółtej kartki, w innym trzy czerwone. Czy to powód, żeby od razu określać mnie wówczas jako arbitra, który rozdaje kartki na lewo i prawo?

- W piątek sędziuje pan mecz na Legii przy 40-tysiącach kibiców, a w niedzielę ma poprowadzić spotkanie w stalowowolskiej "okręgówce". Jak poradzić sobie z takim przeskokiem?

- Nie będę ukrywał, że poziom motywacji jest zupełnie inny. Lubię jak na trybunach są tłumy widzów. Wtedy jest ta dodatkowa adrenalina i motywacja. Dla mnie sędziowanie takich spotkań, to spełnienie marzeń. Powrót na lokalne boiska uczy pokory. Przypomina mi o wielu latach sędziowania w niższych ligach. Z tego względu jest we mnie ogromna motywacja, żeby nie zmarnować tego, do czego sam doszedłem. Za dużo mnie to kosztowało…

- Myśli pan, że gdyby urodził się na przykład w centralnej Polsce, to sędziowanie poważnych meczów zacząłby pan wcześniej?

- Myślę, że zdecydowanie zbyt długo byłem rozjemcą trzecioligowym. Nigdy nie miałem swojego mentora. Człowieka, który po meczu przyszedłby do mnie i powiedział: "Mariusz, tutaj zrobiłeś błąd. W tamtej sytuacji było OK". Jako 27-letni, początkujący arbiter oglądałem mecze w telewizji i na bieżąco podejmowałem decyzje. Trochę jakbym sędziował (uśmiech). Zawsze podobał mi się styl węgierskiego arbitra Sandora Puhl'a. Bardzo pozytywnie odbieram Howarda Webba, mimo że większość Polaków nie może mu zapomnieć podyktowania przeciwko nam karnego, w meczu naszej reprezentacji z Austrią.

Jeszcze do dziś, nie tylko w Polsce, są ograniczenia wiekowe dla sędziów. Jestem chyba najstarszym polskim arbitrem na szczeblu centralnym. Niewiele brakowało, a moje marzenia o ekstraklasie pękłyby niczym bańki mydlane. Dostałem szansę niemal w ostatniej chwili. Z tego co wiem, po decyzji FIFA jest wysoce prawdopodobne, że również w naszym kraju zniesione zostaną ograniczenia wiekowe. Jest zatem szansa, że będę mógł sędziować nawet w wieku pięćdziesięciu lat, o ile oczywiście będę spełniał inne kryteria, które na pewno nie ulegną złagodzeniu.

- Przez te lata "gwizdania" w niższych ligach, nie miał pan czasami ochoty powiedzieć: "Mam to gdzieś. Nie chce mi się już jeździć po tych wsiach i za śmieszne pieniądze wysłuchiwać na swój temat epitetów"?

- Życie od małego nauczyło mnie pokory i dużej cierpliwości. Wychowywany byłem przez dziadka i babcię. To właśnie dziadkom zawdzięczam najwięcej. W każdą niedzielę musiałem być w kościele. Byłem trochę chowany na grzecznego chłopca. Babcia zawsze mówiła: "Jak biją, to celowo nastaw drugi policzek".

- Nie rozumiem. Po co?

- Żeby pokazywać swoją mądrość w inny sposób, niż ten siłowy. Od piętnastego roku życia wiedziałem, co znaczy ciężka praca. Każde wakacje i nie tylko spędzałem w… cegielni. Tylko w ten sposób, mogłem pozwolić sobie później na kupno nowych spodni czy koszuli. Życie od małego mnie nie oszczędzało. O wielu sprawach nie chcę jednak publicznie mówić.

Wracając do sędziowania. Zdarzały się momenty zwątpienia. Nie zawsze jest tak, że sędziujesz mecz na jakimś pastwisku i co trzy minuty powtarzasz sobie: "I tak trafię do ekstraklasy". Ciężko utrzymać taki huraoptymizm. Najważniejsze jednak, żeby wkładać maksimum w to, co się robi. Trzeba wierzyć, że karta odwróci się na twoją korzyść i los wynagrodzi te starania. W moim przypadku apetyt rośnie w miarę jedzenia. Skoro awansowałem, to chcę sędziować na najlepszych polskich stadionach jak najdłużej. Nie ma czasu na samozadowolenie, czy trzymanie głowy w chmurach. Mam dom, żonę, dwie córki, pracę i… dwa egzaminy w trakcie roku. Nie zdasz jednego z nich i jest po tobie. W styczniu zawsze wyjeżdżam do Turcji na zgrupowanie sędziów, a przed rozpoczęciem kolejnych kolejek rundy wiosennej, mam egzamin. Kilka procent za dużo tkanki tłuszczowej i trafiam na listę rezerwowych.

- Pamiętam, że były szkoleniowiec Lechii Gdańsk, Ricardo Moniz, w zeszłym sezonie po przegranym 0:1 meczu z Legią Warszawa, ostro wypowiedział się na temat pana pracy. Według niego powinien pan zmienić zawód…

- W ferworze emocji mówi się różne rzeczy. Szczególnie, że to Lechia była wtedy zespołem lepszym, a wygrała Legia po strzale Ondreja Dudy z minimalnego spalonego. Uznałem tę bramkę, bo nie miałem żadnego sygnału od asystenta. Szczerze? Dopiero od ciebie słyszę o takiej reakcji trenera gdańszczan. Ze względu na brak czasu nie śledzę forów internetowych, nie oglądam powtórek wszystkich pomeczowych konferencji prasowych. Obserwuję jedynie kontrowersje ze wszystkich gier danej kolejki.

- Pana starsza córka Marlena także jest piłkarskim arbitrem. Z tego co się dowiedziałem, młodsza Wiktoria także myśli o zapisaniu się w przyszłości na kurs sędziowski. Moje pytanie brzmi: czy pana żona Nina nie ma czasami ochoty… wyprowadzić się z domu?

- Żona już dawno pogodziła się z faktem, że jej córki pokochały sport i sędziowanie. Dość często w trakcie świąt można w moim domu usłyszeć zdania typu: "Ludzie śpiewają kolędy, a wy tylko o tych "spalonych" gadacie" (uśmiech). Zdarza się, że Marlena jako sędzina liniowa prowadzi ze mną spotkanie. Bardzo tego nie lubi, bo wprost mówię jej o błędach jakie popełnia.

- Czyli córka podnosi chorągiewkę, daje cynk tacie, że jest "spalony", a pan każe grać dalej? To już jest mobbing (uśmiech).

- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Gdybym nie widział w niej potencjału, to nie zależałoby mi na dawaniu jej wskazówek. Córka może sędziować w centralnych ligach kobiecych i niższych ligach męskich. Mimo tylko dwudziestu lat, naprawdę "czuje" to. Początkowo byłem przeciwny, żeby zapisywała się na kurs, ale jak zobaczyłem jej zacięcie i niezrażanie się sytuacjami, kiedy ktoś z trybun kieruje pod jej adresem ostrzejsze słowa, doszedłem do wniosku, że nadaje się do tej pracy.

- A wie pan, co powiedzą ludzie, jak pana córka będzie coraz lepszą sędziną i w konsekwencji będzie stopniowo awansować w hierarchii?

- Domyślam się (uśmiech). "Stary załatwił". Zapewniam jednak, że Złotek nic córce nie załatwi. Wyznaję inne zasady gry. Poza tym czasy się zmieniły. Gdyby dziś awanse się "załatwiało", to nie sędziowałbym w ekstraklasie…

- Z powodu kontuzji w piłkę przestał pan grać w wieku 26 lat. Doszły mnie słuchy o pana testach w mocnym niegdyś Igloopolu Dębica.

- Byłem jeszcze młodzieżowcem. Dogadałem się z dębickimi działaczami, ale Stal Gorzyce zablokowała transfer. Mam nawet w domu pismo, które ostatecznie uniemożliwiło mi przeprowadzkę do Dębicy. Igloopol w tamtym sezonie awansował do najwyższej ligi. Pierwsze skrzypce grał Leszek Pisz, kontrakty podpisali: Alek Kłak i Marek Bajor, a ja musiałem wrócić do Gorzyc i zadowolić się grą w Stali. Miałem niespełna dziewiętnaście lat. Zabrakło mi tak zwanego pójścia na całość. Zaryzykowania, postawienia się rodzimemu klubowi.

- W notatkach mam jeszcze dwa hasła: "utrata przytomności na meczu w Katowicach", a także "krowa na boisku". Może pan wybrać kolejność, a ja zamieniam się w słuch.

- Krowa była w moim debiucie (uśmiech). Przegoniła mi piłkarzy jednej drużyny z boiska, którzy co ciekawe byli ubrani na czerwono. Byłem więc pewny, że to byk. Z jednej strony cała sytuacja wyglądała śmiesznie - banda dorosłych facetów uciekająca przed szarżującą po murawie krową. Z drugiej strony było to naprawdę niebezpieczne zajście, bo mało brakowało, a jednego z chłopaków nadziałaby ona na swoje rogi. Uroki "gwizdania" meczów B-klasy.

W Katowicach dostałem w głowę baterią, która była owinięta w serpentynę. Padłem jak ścięty na boisko. Dużo krwi, chwilowa utrata przytomności i rzecz jasna przerwany mecz. Nie mam jednak problemów z sędziowaniem spotkań w Katowicach. Od tamtego zdarzenia minęło blisko dziesięć lat. Pamiętam, że bardzo po ludzku zachowali się Jan Furtok, pełniący wówczas rolę dyrektora sportowego klubu, i Adam Nawałka, który był trenerem katowickiego zespołu. Otrzymałem od nich na piśmie gwarancję pomocy finansowej w ewentualnym leczeniu. Na szczęście badanie tomografem nic nie wykazało.

- Zakładam, że 99 procent piłkarzy grających w polskiej ekstraklasie, gdyby wzięło udział w słynnym "Gran Derbi", byłoby najsłabszymi postaciami widowiska. A jak to, pana zdaniem, byłoby z ligowymi arbitrami?

- Nie potwierdzam twojej opinii odnośnie piłkarzy. Powiem za siebie. Jestem przekonany, że dałbym sobie radę. Że nie sparaliżowałby mnie w tunelu prowadzącym na murawę. Jestem dojrzałym facetem. Broń Boże nie uważam się za najlepszego arbitra na świecie, ale znam swój organizm i psychikę.

- Odważne stwierdzenie. W tym tunelu z lewej strony stałby Cristiano Ronaldo, z prawej Lionel Messi, na trybunach siedziałoby sto tysięcy ludzi, a przed telewizorami setki milionów…

- Nie gadajmy o tym, bo jeszcze uwierzę w ten piękny scenariusz.

- Kończąc. Do PSL-u nie ma pan zamiaru się zapisywać? Wbrew pozorom pytam całkiem serio, ponieważ doszły mnie pewne plotki.

- Przyszłość wiążę z zakładem "Federal Mogul", w którym mam już przepracowane 27 lat i oczywiście z sędziowaniem. Kiedy nie będę już czynnym arbitrem, chciałbym pozostać przy sporcie. Nie wiem jakich masz informatorów, ale do polityki się nie pcham, mimo że przed wyborami samorządowymi faktycznie były pewne zapytania (uśmiech).

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3