Jezus i Maryja uratowali mi życie

Jakub Hap
Pomimo ciężkiej choroby 74-latka stara się czerpać z życia garściami Jakub Hap
Modlitwa ma moc 74-letnia Antonina Stoś z Brzezowej w marcu ub. roku przeszła zawał serca. - Gdyby nie koronka i modlitwy do MB Skalnickiej, już by mnie nie było... - twierdzi

Był 27 marca, piątek przed Niedzielą Palmową. Pogoda dopisywała, więc popołudniową porą pani Antonina poszła na cmentarz, by uporządkować grób zmarłego przed siedemnastu laty męża. Jak to przed świętami... Wyczekiwała już sobotniego wyjazdu do sanatorium w Polańczyku. Niestety, los miał wobec niej inne plany.

Coś wisiało w powietrzuChoć 74-latka od jakiego tygodnia nie czuła się najlepiej, kobiecie przez myśl by nie przeszło, że tego dnia przyjdzie jej stanąć na granicy życia i śmierci. - Od kilku dni nie było dobrze, słabiło mnie, miewałam uczucie zgagi. Nawet sąsiad zauważył, że jestem blada i muszę pójść do lekarza. Odpowiedziałam, że byłam już u doktorki i mam zapalenie tchawicy, które na pewno przejdzie. Później jeszcze postanowiłam pojechać do Jasła, zaniosłam buty do naprawy. Gdy wróciłam, ledwo co doszłam do domu. Ale to nic przy tym, co stało się w piątek. Wracając z cmentarza nagle poczułam, jak w środku coś mnie chwyta. Na początku powoli, później coraz mocniej. Serce nie bolało, ale zrobiło mi się bardzo słabo, znów przyszła zgaga. Nie mogłam wyjść do góry, trzymałam się słupków od pastuchów. Wreszcie zaczęło mnie mdlić. Jakoś doszłam do sklepu, za którym mieszkam. Sprzedawczyni mówi: Stosiowa, nie było was ze trzy godziny, kiedy ja myślałam, że tylko chwilę. Okazało się, że syn do mnie telefonował. Wzięła mnie więc pod rękę i zaprowadziła do domu. Było już tak źle, że nie dałam rady sama się rozebrać. Dzwonię do syna i mówię: ty nic nie mów tylko dzwoń czym prędzej po karetkę, bo chyba mam zawał. To było około 17 - opowiada Antonina Stoś.

Obrazek przy sercuNa pomoc medyczną nie musiała długo czekać, podobnie jak na przybycie syna z synową, mieszkańców Nowego Żmigrodu. Załoga karetki po przebadaniu kobiety od razu zabrała ją do krośnieńskiego szpitala. Stan pani Antoniny był bardzo poważny. W drodze do Krosna zaczęła tracić przytomność, trwając w modlitwie do Jezusa Miłosiernego i Matki Bożej Królowej Gór, czczonej w skalnickiej parafii. Przy sercu miała jej obrazek, jak zawsze.

- Wołałam o pomoc... Przypomniała mi się historia mojego wujka z Kątów, który pojechał do lasu i dostał tam zawału. Rzekł: ratujcie, bo umieram. Myślałam, że mnie to samo bierze. Z tamtych chwil w drodze do szpitala mało pamiętam, prócz tego, że od Dukli jechałam na tlenie, a gdy byłam już półprzytomna, lekarz zapytał, czy na coś tam się zgadzam. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale mówię: róbcie co chcecie. Potem na kilka minut straciłam przytomność, cucili mnie, pobudzali prądem. Okazało się, że mam jeszcze zator płucny. Później przepychali mi krew, od komory do komory... Świadomość odzyskałam następnego dnia rano. Na trzeci dzień pobytu w szpitalu usłyszałam od doktora: na połowie serca jest martwica, dziękuj pani Bogu, żeśmy panią uratowali. A ja: odmawiałam koronkę, może za to Pan Jezus mnie wyratował - wyznaje pani Antonina.

Na OIOM-ie spędziła pięć dni, powoli wracając do siebie. W Wielkim Tygodniu, który w międzyczasie się rozpoczął, z radością w schorowanym sercu przyjmowała komunię świętą. Z przedświątecznej spowiedzi zdążyła skorzystać jeszcze przed niespodziewanymi kłopotami zdrowotnymi. Ze szpitala wyszła w Wielkanoc. - Na początku byłam bardzo słaba, przez kilka tygodni mieszkałam u syna. Przypominał: masz martwicę, nie możesz nic robić. Jak było już lepiej, wróciłam do domu - mówi A. Stoś.

Chyba to wymodliłam Dziś czuje się dobrze. Widząc jej pogodną twarz i zapał do działania można by rzecz: okaz zdrowia. Znów z ochotą pracuje przy domu, uwielbia troszczyć się o ogród, patrzeć, jak kwitnie. Nie jest z tych, co godzinami mogliby siedzieć w fotelu i oglądać TV. Może dlatego, że zawsze była aktywna? Przez wiele lat zajmowała się gospodarstwem i chałupnictwem, szyjąc piłki dla strzyżowskiej firmy Polsport. Do czasu zawału nie narzekała na problemy ze zdrowiem, jedynie czasem doskwierało jej nadciśnienie. Nie ukrywa jednak, że męża straciła właśnie przez serce, jeden z synów także miał z nim kłopot.

To kobieta głębokiej wiary, ale i dużej skromności. O trudnych doświadczeniach opowiada nie dla rozgłosu, lecz pokazania wielkiej siły modlitwy. Za różaniec chwyta od dawna, kult Jezusa Miłosiernego rozpaliła w sobie nieco później. Zainspirowała ją znajoma, która też modliła się na różańcu, ale... krócej. Pani Antonina odmawia koronkę codziennie i namawia do tego innych, m.in. wnuczęta. - Kiedyś robiłam to o różnych porach dnia. Teraz, jak jest już 15, czuję, że trzeba iść. Uwielbiam tę modlitwę, wierzę w jej siłę, tak jak w moc Matki Bożej Skalnickiej. Gdy położę obraz z nią przy oknie podczas burzy, od razu przestaje lać. Polecam też koronkę do św. Rity, patronki spraw trudnych. Warto się modlić! - kończy A. Stoś.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie